Bez dobrych rad Do Saszka na Messengerze przyszło zdjęcie kartki w kratkę. Niebieski długopis, ładn…

Bez rad

Dostałem wiadomość od dziadka przez komunikator była to fotografia kartki w kratkę. Niebieski długopis, równy pochyły charakter pisma, na dole podpis: „Twój dziadek, Janek”. Obok krótka notka od mamy: „Teraz pisze tak. Jeśli nie chcesz, nie musisz odpowiadać”.

Przewinąłem zdjęcie, powiększyłem, żeby rozczytać linijki.

„Maćku, hej.

Piszę do ciebie z kuchni. Mam nowego kumpla glukometr. Od rana się złości, jak za dużo chleba. Lekarz kazał mi więcej wychodzić na spacery, ale gdzie mam łazić, jak moi znajomi już na cmentarzu, a ty w swoim Poznaniu. Spaceruję więc wspomnieniami.

Dziś przypomniało mi się, jak w siedemdziesiątym dziewiątym z chłopakami rozładowywaliśmy wagony na dworcu w Gnieźnie. Płacili grosze, za to można było podwędzić parę skrzynek jabłek. Drewniane skrzynki, takie z metalowymi okuciami. Jabłka kwaśne, zielone, ale i tak święto. Jedliśmy je tam, na nasypie, siedząc na workach z cementem. Ręce szare, paznokcie od brudu, piach w zębach a mimo to smakowały świetnie.

Piszę ci to nie dlatego, żeby coś ci tłumaczyć. Nie martw się, nie zamierzam cię uczyć życia. Ty masz swoją drogę, ja analizy.

Jak będziesz miał ochotę, napisz, co u was z pogodą i jak tam sesja.

Twój dziadek Janek.”

Uśmiechnąłem się. „Glukometr”, „analizy”. Zauważyłem info z komunikatora: „Wysłano godzinę temu”. Zdążyłem już zadzwonić do mamy nie odebrała. Czyli faktycznie „teraz tak”.

Przewinąłem nasz czat. Ostatnie wiadomości od dziadka miałem sprzed roku krótkie głosówki z życzeniami i jedno „jak tam studia?”. Odpisałem wtedy tylko emotką i zniknąłem.

Teraz długo patrzyłem na zdjęcie kartki w kratkę, potem otworzyłem okienko odpowiedzi.

„Dziadek, cześć. Pogoda trzy stopnie i plucha. Sesja zaraz. Jabłka po sześć złotych za kilo. Z jabłkami u nas kiepsko.

Maciek.”

Zastanowiłem się, wykasowałem „Maciek”, napisałem „Wnuk Maciek.” i wysłałem.

Po paru dniach mama przesłała nowe zdjęcie.

„Maćku, dobry dzień.

Odpisałem ci, przeczytałem aż trzy razy twoją wiadomość. Postanowiłem odpisać porządnie. U nas z pogodą tak samo jak u was, tylko bez modnych kałuż. Rano śnieg, w południe chlapa, wieczorem lód na chodnikach. Raz już niemal się wywróciłem, ale chyba jeszcze nie czas, by się łamać.

Jak już rozmawiamy o jabłkach, opowiem ci o mojej pierwszej poważnej pracy. Miałem dwadzieścia lat, poszedłem do zakładu pracy. Produkowaliśmy części do wind. Huk, wieczny hałas, pył w powietrzu. Spodnie robocze z szarego plótna, których nigdy nie dało się sprać do końca. Palce pełne zadziorów, paznokcie wiecznie tłuste. Ale byłem dumny, że mam przepustkę i wchodzę przez bramę jak dorosły.

Najlepsze z tego wszystkiego nie były pieniądze, tylko obiad. W stołówce lali barszcz do ciężkich talerzy i jak przyszedłeś wcześniej, można było wziąć jeszcze kawałek chleba. Siedzieliśmy z chłopakami przy jednym stole, milcząc nie dlatego, że nie było o czym gadać, tylko nie miałeś siły. Łyżka w ręce wydawała się cięższa niż klucz do śrub.

Pewnie teraz siedzisz przy laptopie i myślisz, że to archeologia. A ja sam się zastanawiam czy ja wtedy byłem szczęśliwy, czy po prostu nie miałem czasu o tym pomyśleć.

Czym się w ogóle zajmujesz poza sesją? Pracujesz gdzieś? Czy teraz to już tylko wszyscy te swoje start-upy wymyślają?

Dziadek Janek.”

Czytałem to, stojąc w kolejce po kebaba na Świętym Marcinie. Wokół ktoś się kłócił, ktoś narzekał, z głośnika leciała reklama. Złapałem się na tym, że wracam do opisu barszczu i ciężkich talerzy.

Odpisałem od razu, opierając się o ladę.

„Dziadku, cześć.

Dorabiam jako kurier. Noszę jedzenie, czasem dokumenty. Przepustki nie mám, tylko aplikacja, która ciągle się wiesza. Ale też czasem jem w pracy. Nie kradnę, po prostu nie wracam do domu. Kupuję coś taniego, jem w klatce schodowej albo w samochodzie znajomego. Też w milczeniu.

Co do szczęścia nie wiem. Ja też nie mam czasu o tym myśleć.

Ale barszcz w stołówce brzmi kusząco.

Wnuk Maciek.”

Chciałem dopisać o start-upach, ale uznałem, że za dużo tłumaczenia. Lepiej niech dziadek sam sobie dopowie.

Następny list był zaskakująco krótki.

„Maćku, cześć.

Kurier to poważna sprawa. Zacząłem cię widzieć inaczej nie jako chłopaka przy komputerze, ale człowieka w adidasach, który wiecznie gdzieś się spieszy.

Skoro napisałeś o pracy, opowiem ci, jak dorabiałem na budowie. To było pomiędzy zmianami w zakładzie, gdy pieniędzy brakowało. Nosiliśmy cegły na piąte piętro po trzeszczących schodach. Pył wchodził we wszystko: nos, oczy, uszy. Wieczorem, jak ściągałem buty, wysypywał się z nich piach. Babcia twoja narzekała, że jej linoleum zniszczyłem.

Ale najdziwniejsze, że nie pamiętam zmęczenia, tylko jeden szczegół. Był tam taki facet, wołali na niego Stachu. Zawsze przychodził wcześniej i siadał na przewróconym wiadrze, obierał kartofle nożem. Wrzucał do starego gara, który przynosił z domu. W południe stawiał ten gar na kuchence i po całej kondygnacji rozchodził się zapach gotowanych ziemniaków. Jedliśmy palcami, sól z papierowego torebki. I wydawało się, że niczego smaczniejszego nie ma.

Siedzę teraz w kuchni, patrzę na worek sklepowych ziemniaków i myślę, że to już nie ten smak. Może to nie ziemniaki się zmieniły, tylko człowiek.

Co ty jadasz, jak jesteś naprawdę zmęczony? Nie z dowozu, tak po swojemu?

Dziadek Janek”

Nie odpowiedziałem od razu. Zastanawiałem się, co napisać o „prawdziwym” jedzeniu. Przypomniało mi się, jak zimą po dwunastogodzinnej zmianie kupiłem w całodobowym pierogi, ugotowałem w akademiku w garnku, w którym ktoś wcześniej parzył parówki. Pierogi się rozpadły, woda mętna, ale zjadłem wszystko na stojąco, bo nie było stołu.

Po dwóch dniach odpisałem.

„Dziadek, cześć.

Jak padam ze zmęczenia, najczęściej smażę jajecznicę. Dwa, trzy jajka, czasem z kiełbasą. Patelnia u nas okropna, ale smaży. W akademiku nie ma Stacha, ale mam sąsiada, który ciągle coś przypala i klątwami straszy.

Dużo piszesz o jedzeniu. Byłeś wtedy głodny, czy teraz?

Wnuk Maciek.”

Od razu po wysłaniu pożałowałem tej ostatniej frazy. Zabrzmiało zbyt ostro. Ale już za późno na cofnięcie.

Odpowiedź przyszła szybciej niż zwykle.

„Maćku.

Z tym głodem dobre pytanie. Byłem młody, ciągle chciałem jeść. I nie tylko zupy czy ziemniaków. Chciałem motocykla, nowych butów, własnego pokoju, żeby nie słyszeć ojcowego kaszlu nocą. Chciałem, żeby mnie szanowali. Żeby wejść do sklepu i nie liczyć groszy. Żeby dziewczyny patrzyły, a nie omijały.

Teraz jem normalnie lekarz mówi, że wręcz za dobrze. Piszę o jedzeniu chyba dlatego, że to łatwiej opisać i zapamiętać. Smak zupy to łatwiej ująć niż poczucie wstydu.

Pytasz, to opowiem jedną historię ale bez morału, jak lubisz.

Miałem dwadzieścia trzy lata. Już spotykałem się z twoją przyszłą babcią, ale niewiele brakowało, by było inaczej. W zakładzie ogłosili, że szukają ludzi na ekipy do roboty na północy. Dobre pieniądze, można było po dwóch latach zebrać na malucha. Zamarzyło mi się wrócę, kupię auto i będę zawoził ją po mieście.

Ale był jeden problem. Babcia powiedziała, że nie pojedzie. Matka chora, praca, koleżanki nie da rady zostawić wszystkiego, żeby żyć w ciemnościach i chłodzie na końcu Polski. Powiedziałem jej, że ciągnie mnie w dół. Że jeśli mnie kocha, powinna wesprzeć. Byłem ostrzejszy, ale nie będę cytował.

Pojechałem sam. Po pół roku przestaliśmy pisać do siebie. Vróciłem po dwóch latach z pieniędzmi i samochodem. Ona już była po ślubie z innym. Długo gadałem wszystkim, że mnie zdradziła. Że to dla niej, a ona…

Ale prawda jest taka, że wybrałem kasę i samochód, nie człowieka. I długo udawałem, że to była jedyna możliwa decyzja.

Taki miałem wtedy apetyt.

Pytałeś, co czułem. Wtedy ważny i słuszny. Później przez lata udawałem, że nic nie czuję.

Nie musisz odpisywać, rozumiem, że masz dość starych historii.

Dziadek Janek.”

Czytałem to kilka razy. Słowo „wstyd” zacięło się we mnie jak haczyk. Próbowałem znaleźć między linijkami jakieś usprawiedliwienie, ale dziadek żadnego nie dawał.

Otworzyłem nowe okienko, napisałem „Żałujesz?”, skasowałem. Wpisałem „A co by było, gdybyś został?”, usunąłem. Ostatecznie wysłałem coś innego.

„Dziadek, cześć.

Dzięki, że o tym napisałeś. Nie bardzo wiem, co odpowiedzieć. U nas w rodzinie o babci mówi się, jakby od zawsze była babcią bez alternatyw.

Nie oceniam cię. Sam ostatnio wybrałem pracę zamiast kogoś. Miałem dziewczynę. Akurat zacząłem pracować jako kurier, dostawałem coraz lepsze zlecenia. Zniknąłem z jej życia. Mówiła, że się nie widujemy, że wiecznie patrzę w telefon, że jestem zmęczony i wybucham. Tłumaczyłem, że trzeba przetrwać, że potem będzie lepiej.

Ona stwierdziła, że nie będzie czekać. Odpowiedziałem, że to jej problem. Też rzuciłem kilka mocnych zdań.

Teraz jak wracam do akademika o jedenastej i odgrzewam jajecznicę, myślę, że wybrałem kasę i dowozy zamiast człowieka. I udaję, że to było słuszne.

Chyba to rodzinne.

Maciek.”

List od dziadka przyszedł tym razem na kartce w linię. Mama dorzuciła głosówkę, że skończył mu się zeszyt w kratkę.

„Maćku,

Z tym 'rodzinne’ dobrze powiedziałeś. U nas lubiło się wszystko zwalać na rodowód. Pije bo dziadek pił. Krzyczy bo babka była ostra. Ale prawda jest taka, że za każdym razem wybierasz sam. Tylko czasem tak trudno się do tego przyznać, że łatwiej wymyślić dziedziczenie.

Jak wróciłem z północy, myślałem, że to będzie nowy start. Samochód, pokój w akademiku, trochę grosza. Ale wieczorem siadałem na łóżku i nie wiedziałem, gdzie się ogrzać. Koledzy wyjechali, w zakładzie majster się zmienił, w domu tylko radio grało i kurz stał na półkach.

Raz pojechałem pod dom babci, tej-nie-babci. Stałem po drugiej stronie ulicy, patrzyłem na okna w jednym światło, w drugim ciemno. Stałem tak, aż zmarzłem. W pewnej chwili zobaczyłem, jak wychodzi z wózkiem, a obok niej facet, trzyma ją pod rękę. Śmiali się, coś gadali. Schowałem się za drzewo jak dzieciak. Patrzyłem, aż zniknęli za rogiem.

To wtedy zrozumiałem, że nikt mnie nie zdradził. Wybrałem swoją drogę, ona swoją. Ale przyznać się do tego potrafiłem dopiero po latach.

Piszesz, że wybrałeś robotę zamiast dziewczyny. Może wybrałeś siebie. Może teraz ważniejsze dla ciebie wydostać się z długów niż kino. Ani dobrze, ani źle. Po prostu tak jest.

Najgorsze, że nie umiemy mówić wprost 'teraz to dla mnie ważniejsze niż ty’. Zaczynamy pleść farmazony i potem każdy ma do siebie żal.

Nie piszę ci tego, żebyś teraz rzucał się do niej z kwiatami. Nie wiem, czy warto. Ale może kiedyś staniesz pod cudzym oknem i pomyślisz, że trzeba było powiedzieć po prostu prawdę.

Twój stary dziadek Janek”.

Siedziałem na parapecie na korytarzu akademika, telefon grzał dłoń. Za oknem przesuwały się samochody przez kałuże, ktoś palił papierosa na schodach; z sąsiedniego pokoju dobiegała muzyka i basy. Długo siedziałem, myśląc, co odpisać. Przypomniałem sobie, jak sam stałem pod oknem byłej, gdy już nie odbierała, patrzyłem na firanki, na ciepłe światło i miałem nadzieję, że wyjdzie, zobaczy mnie. Nie wyszła.

Odpisałem.

„Dziadek, cześć.

Ja też stałem pod oknem. Też się schowałem, jak zobaczyłem ją z kimś. On z plecakiem, ona z torbą zakupów. Śmiali się. Wtedy poczułem, jakby mnie wymazano z jej życia. Teraz, czytając ciebie, myślę, że może to ja się sam wycofałem.

Napisałeś, że zajął ci to dziesięć lat. Chciałbym szybciej zrozumieć.

Nie pójdę za nią. Pewnie po prostu przestanę udawać, że nic mnie nie rusza.

Wnuk Maciek.”

Kolejny list był już o czymś innym.

„Maćku.

Kiedyś pytałeś o pieniądze. Nie odpowiedziałem, nie wiedziałem jak zacząć. Spróbuję teraz.

U nas w domu o kasie mówiło się jak o pogodzie. Albo jak było tragicznie, albo niespodziewanie świetnie. Twój ojciec, kiedy był mały, raz się zapytał, ile zarabiam. Akurat robiłem nadgodziny. Podałem mu sumę. Zrobił wielkie oczy i powiedział: 'To ty bogaty jesteś!’. Zaśmiałem się, że to żart.

Po paru latach mnie zwolnili. Zarabiałem dwa razy mniej. Ojciec zapytał znowu. Podałem liczbę, a on: 'Czemu tak mało? Słabiej pracujesz?’. Wtedy się wściekłem na niego, nakrzyczałem, że nic nie rozumie, że niewdzięczny. On chciał tylko wyłapać różnicę w liczbach.

Wtedy nauczyłem go, by nie pytał o pieniądze. Dorósł, nigdy nie pytał. Po cichu zarabiał drobniaki, naprawiał sprzęty. A ja oczekiwałem, że się domyśli, jak mi ciężko.

Z tobą nie chcę powtórzyć tego błędu. Powiem wprost emerytura niewielka, ale na leki i jedzenie wystarczy. Na samochód już nie zbiorę i nie chcę. Oszczędzam tylko na nowe zęby, stare już nie dają rady.

A jak ty? Dajesz sobie radę? Nie pytam, żeby ci teraz wysyłać przelewy albo kupować skarpetki, po prostu nie chodzisz głodny, nie śpisz na podłodze?

Jeśli ci głupio odpowiadać, weź napisz 'spoko’, zrozumiem.

Dziadek Janek.”

Poczułem ucisk w środku. Przypomniałem sobie, jak sam w dzieciństwie pytałem ojca o zarobki, a on odpowiadał żartem albo złością. Wyrastałem z poczuciem, że pieniądze to tabu.

Długo się zastanawiałem, potem napisałem:

„Dziadek, cześć.

Nie chodzę głodny i nie śpię na podłodze. Mam łóżko, nawet materac nie rewelacyjny, ale jest ok. Za akademik płacę sam, tak się umówiłem z ojcem. Czasem spóźniam się z opłatą, ale nikt mnie nie wyrzuca.

Na jedzenie starcza, jak nie kupuję głupot. Jak już kiepsko, biorę więcej zmian i potem chodzę jak zombie. Ale to mój wybór.

Trochę mi głupio, że pytasz, a ja nie umiem spytać ciebie, czy masz wszystko, czego potrzeba. Ale sam odpowiedziałeś.

Szczerze, łatwiej by mi było, gdybyś napisał po prostu 'jest okej’ i tyle. Ale rozumiem, to tylko ja przywykłem do zasady, że dorośli nic nie tłumaczą.

Dzięki, że napisałeś o kasie.

Maciek.”

Długo jeszcze kręciłem telefonem w dłoniach, aż dorzuciłem drugą wiadomość:

„Jakby ci kiedyś zabrakło na coś potrzebnego, napisz. Nie obiecuję, że będę mógł pomóc, ale przynajmniej będę wiedział”.

I wysłałem, zanim się rozmyśliłem.

Następny list był najbardziej koślawy litery tańczyły, wersy schodziły na bok.

„Maćku.

Przeczytałem twój tekst o 'brakuje’ i chciałem najpierw napisać, że mi nic nie trzeba. Że mam wszystko, że stary jestem i tylko leki mi zostały. Potem miałem zażartować, że jak przyciśnie, to poproszę cię o nowy motor.

A potem pomyślałem, że całe życie udawałem twardziela, co wszystko zrobi sam. W efekcie zostałem starcem, który wstydzi się poprosić wnuka o najdrobniejszą rzecz.

Więc napiszę tak: jeśli kiedyś naprawdę będę czegoś bardzo potrzebował i nie dam sobie rady, postaram się nie udawać, że to nieważne. Na razie mam herbatę, chleb, tabletki i twoje listy. To nie patos, tylko wymieniam po kolei.

Myślałem kiedyś, że jesteśmy kompletnie inni. Ty z tymi swoimi… no… aplikacjami, a ja z radiem. A dzisiaj widzę, ile mamy wspólnego. Oboje nie lubimy prosić. Oboje udajemy, że nic, choć w środku coś boli.

Skoro już jedziemy szczerze, opowiem ci coś, o czym się w rodzinie nie mówi. Nie wiem, co z tym zrobisz.

Gdy urodził się twój tata, nie byłem gotowy. Dopiero dostałem nową robotę, dali nam pokój w hotelu pracowniczym i myślałem, że będzie lepiej. A tu dziecko płacz, pieluchy, nieprzespane noce. Wracałem z nocnej zmiany, a on wył. Wkurzałem się. Raz, kiedy nie zamierzał przestać, rzuciłem butelką tak, że się rozbiła. Mleko na podłodze, twoja babcia płacz, dziecko wyje, a ja myślałem tylko, żeby wyjść i nie wracać.

Nie wyszedłem. Potem przez lata udawałem, że to tylko nerwy, a w tamtej chwili byłem blisko, by naprawdę uciec. Gdybym odszedł, nie czytałbyś dziś moich listów.

Nie wiem, po co ci to wiedzieć. Może żebyś wiedział, że nie jestem bohaterem ani wzorem. Jestem zwykłym człowiekiem, który czasem chciał zwiać.

Jeśli po tym nie będziesz chciał pisać dalej, zrozumiem.

Dziadek Janek”.

Czytałem, i robiło się na zmianę raz zimno, raz gorąco. Ten obraz dziadka zawsze ciepłego, jak koc i mandarynki na święta nabrał nowych kolorów. Zmęczony facet w akademiku, płaczące dziecko, mleko na podłodze.

Przypomniałem sobie, jak ostatniego lata, gdy dorabiałem w kolonii letniej, nakrzyczałem na małego chłopaka, który ciągle płakał. Chwyciłem go za ramiona za mocno, aż się przestraszył i zapłakał. Przez całą noc nie mogłem spać, myślałem, że będę beznadziejnym ojcem.

Długo gapiłem się w puste okno nowej wiadomości. Palce same wpisały: „Nie jesteś potworem”. Skasowałem. „Kocham cię mimo wszystko”. Też skasowałem, słowo zawstydziło mnie.

Wysłałem:

„Dziadek, cześć.

Nie przestanę do ciebie pisać. Nie wiem, co się mówi na takie coś. U nas się nie mówi, o krzykach i chęciach ucieczki u nas się milczy albo żartuje.

W zeszłe lato byłem na kolonii. Był tam chłopak, który ciągle płakał i tęsknił do domu. W końcu wybuchłem i nawrzeszczałem tak, że sam się siebie przestraszyłem. Później całą noc myślałem, że jestem podłym człowiekiem, że nie powinienem mieć dzieci.

To, co napisałeś, nie sprawia, że mniej cię szanuję. Wręcz przeciwnie jesteś przez to bardziej prawdziwy.

Nie wiem, czy będę kiedyś potrafił tak szczerze powiedzieć swojemu dziecku, jeśli je będę miał. Ale, przynajmniej spróbuję nie udawać, że zawsze wiem lepiej.

Dzięki, że wtedy nie uciekłeś.

Maciek.”

Kliknąłem wyślij i po raz pierwszy poczułem, że czekam na odpowiedź nie z grzeczności, ale dlatego, że na nią naprawdę liczę.

Odpowiedź przyszła po dwóch dniach. Mama tym razem nie przysłała zdjęcia, tylko napisała: „Opanował głosówki, ale prosił, żebym cię nie straszyła. Przepisałam mu na kartkę”.

Na ekranie pojawiło się nowe zdjęcie, kartka w linie.

„Maćku.

Czytałem twój list i myślę, że jesteś odważniejszy ode mnie w twoim wieku. Ty przynajmniej potrafisz przyznać, że się boisz. Ja udawałem twardziela, potem rozbijałem meble.

Nie wiem, czy będziesz dobrym tatą. Ty też nie wiesz. To wyjdzie w praniu. Ale samo to, że się nad tym zastanawiasz, sporo znaczy.

Napisałeś, że dla ciebie jestem prawdziwy. To chyba najlepszy komplement, jaki dostałem. Najczęściej mówią o mnie uparty, zawzięty… A żywy nikt już dawno nie mówił.

Ponieważ już padły takie słowa, chciałem zapytać cię o coś, ale się wstydziłem. Teraz zapytam. Jeśli cię kiedyś zmęczą moje historie, powiedz. Będę pisał rzadziej albo tylko na święta. Chcę nie przytłoczyć cię swoim życiem.

I jeszcze jedno. Jeżeli kiedyś wpadniesz tak po prostu, bez okazji, to będę w domu. Mam wolny taboret i czystą filiżankę. Sprawdzałem jest naprawdę czysta.

Twój dziadek Janek.”

Uśmiechnąłem się na myśl o tej filiżance. Wyobraziłem sobie jego kuchnię, taboret, glukometr na stole, worek ziemniaków przy kaloryferze.

Zrobiłem zdjęcie swojej kuchni w akademiku. Na zdjęciu: zlew z naczyniami, patelnia ta „straszna”, paczka jajek, czajnik, dwie szklanki, jedna z odpryśniętym brzegiem. Na parapecie słoik z widelcami.

Wysłałem zdjęcie dziadkowi i dopisałem:

„Dziadek, hej.

To moja kuchnia. Taborety są dwa, szklanek wystarczy. Jeśli kiedyś będziesz chciał przyjechać tak po prostu, to ja też będę w domu. No, prawie w domu.

Nie zanudzasz mnie. Czasem nie wiem, co odpowiedzieć, ale zawsze czytam.

Jeśli chcesz, napisz nie o pracy i nie o jedzeniu może coś, czego nigdy nikomu nie mówiłeś nie dlatego, że wstyd, tylko nie było z kim.

M.”

Nacisnąłem wyślij i zrozumiałem, że właśnie zadałem pytanie, którego nigdy nie zadawałem żadnemu dorosłemu z mojej rodziny.

Telefon odłożyłem na stół, ekran wygasł. Na kuchence powoli skwierczała jajecznica. Z sąsiedniego pokoju dochodził śmiech. Przewróciłem jajka, wyłączyłem gaz i usiadłem na swoim taborecie, wyobrażając sobie, jak kiedyś dziadek siedzi naprzeciwko mnie, trzyma szklankę w dłoni i opowiada jedną ze swoich historii już nie na papierze, tylko na żywo.

Nie wiedziałem, czy dziadek kiedykolwiek naprawdę przyjedzie ani co będzie dalej. Ale odkąd mogłem wysłać komuś zdjęcie brudnej kuchni i zapytać „a u ciebie jak?”, zrobiło mi się lekko i dziwnie ciasno w środku.

Wziąłem telefon, spojrzałem na nasz czat kartka w kratkę, kartka w linie, moje krótkie „M.” Potem odłożyłem go ekranem w dół, żeby nie przeoczyć, jak przyjdzie nowe powiadomienie.

Jajecznica już wystygła, ale zjadłem ją spokojnie do końca, jakby dzieląc z kimś jeszcze.

Wyrazu „kocham” w naszych listach jak nie było, tak nie ma. Ale coś się pojawiło pomiędzy i póki co, nam to wystarcza.

Oceń artykuł
TwojaCena
Bez dobrych rad Do Saszka na Messengerze przyszło zdjęcie kartki w kratkę. Niebieski długopis, ładn…