– „Babciu, powinna pani iść do innego działu” – chichotali młodzi współpracownicy na widok nowej koleżanki. Nie mieli pojęcia, że to ja kupiłam ich firmę.

Do kogo przyszedłeś? rzuca chłopak siedzący za ladą recepcji, nie odrywając wzroku od smartfona.
Jego modna fryzura i markowy sweter z daleka pokazują, jak bardzo czuje się ważny i jak mało obchodzi go wszystko wokół.

Elżbieta Andrzejewska poprawia prostą, ale solidną torebkę na ramieniu. Ubrała się celowo tak, żeby nie rzucać się w oczy: skromna bluzka, spódnica sięgająca kolan, wygodne buty na płaskim obcasie.

Poprzedni dyrektor, zmęczony i siwowłosy Grzegorz, z którym załatwiała sprzedaż firmy, uśmiechnął się, gdy opowiedziała mu o swoim planie.
Koń trojański, Elżbieto Andrzejewska mówi z uznaniem. Złapią haczyk i nawet nie zauważą przynęty. Nigdy nie domyślą się, kim naprawdę jesteś, dopóki nie będzie za późno.

Jestem waszą nową pracownicą. Przyszłam do działu dokumentacji mówi spokojnym, cichym głosem, celowo unikając wszelkiego rozkazującego tonu.

Chłopak w końcu podnosi na nią wzrok. Ogląda ją od stóp do głów: od znoszonych butów po starannie uczesane siwe włosy, a w jego spojrzeniu pojawia się otwarta, bezczelna kpina. Nawet nie próbuje tego ukryć.
Ach, tak. Mówili, że przyjdzie ktoś nowy. Odebrała pani kartę u ochrony?
Tak, mam ją przy sobie.

Leniwie kiwa głową w stronę kołowrotu, jakby wskazywał drogę zabłąkanemu owadowi.
Pani stanowisko jest gdzieś z tyłu. Poradzi sobie.

Elżbieta Andrzejewska kiwa głową. Poradzę sobie powtarza w myślach, wchodząc do otwartej przestrzeni biurowej, która brzęczy jak ul.

Od czterdziestu lat radzi sobie w labiryntach życia. Po nagłej śmierci męża rozwinęła niemal upadające przedsiębiorstwo. Zarządzała skomplikowanymi inwestycjami, które pomnożyły jej majątek. I odkryła, jak nie zwariować z nudów i samotności w wielkim, pustym domu w wieku sześćdziesięciu pięciu lat.

Ta kwitnąca, ale od środka gnijąca firma IT przynajmniej tak to odczuwa jest dla niej najciekawszym wyzwaniem ostatnich czasów.

Jej biurko stoi w najbardziej odosobnionym kącie, tuż przy drzwiach do archiwum. Stare, porysowane, ze skrzypiącym krzesłem jak mała wyspa z przeszłości w oceanie lśniącej technologii.

Już się pani wdraża? rozbrzmiewa za jej plecami mdło słodki głos. Przed nią stoi Katarzyna, szefowa marketingu, w kremowym, idealnie wyprasowanym garniturze spodniowym. Drogie perfumy i zapach sukcesu otaczają ją.
Staram się uśmiecha się łagodnie Elżbieta Andrzejewska.
Będzie pani musiała przejrzeć zeszłoroczne umowy z projektu Altair. Leżą w archiwum. Nie sądzę, żeby to było trudne w jej głosie przebija się protekcjonalna wyższość, jakby dawała proste zadanie osobie upośledzonej umysłowo.

Katarzyna patrzy na nią jak na dziwną, wymarłą skamielinę. Gdy odchodzi żołnierskim krokiem, Elżbieta Andrzejewska słyszy za plecami cichy chichot.
W HR kompletnie odbiło. Zaraz zaczną zatrudniać dinozaury.

Elżbieta Andrzejewska udaje, że nie słyszy. Musi się jeszcze rozejrzeć. Idzie w stronę działu rozwoju i zatrzymuje się przed przeszkloną salą konferencyjną, gdzie kilku młodych ludzi gwałtownie dyskutuje o czymś.

Szanowna pani, szuka pani czegoś? zwraca się do niej wysoki chłopak, wychodząc zza biurka. Staszek, główny programista. Gwiazda przyszłości firmy przynajmniej tak brzmi jego charakterystyka, którą najwyraźniej sam o sobie napisał.
Tak, kochanie, szukam archiwum.

Staszek uśmiecha się, potem odwraca do kolegów, którzy z zainteresowaniem obserwują scenę, jakby oglądali darmowy pokaz cyrkowy.
Babciu, chyba pani jest w złym dziale. Archiwum jest tam macha nieokreślenie w stronę jej biurka. My tu wykonujemy poważną pracę. Coś, o czym pani nawet nie śni.

Towarzystwo za nim cicho się śmieje. Elżbieta Andrzejewska czuje, jak wewnątrz zaczyna burzyć się zimny, spokojny gniew. Patrzy na ich zarozumiałe twarze, na drogi zegarek na nadgarstku Staszka. Wszystko to kupiono za jej pieniądze.
Dziękuję odpowiada równym głosem. Teraz już dokładnie wiem, dokąd mam iść.

Archiwum to mały, duszny pokój bez okna. Elżbieta Andrzejewska zabiera się do pracy. Folder Altair szybko się znajduje. Metodycznie zaczyna przeglądać papiery. Umowy, załączniki, protokoły odbioru. Na papierze wszystko wygląda idealnie. Ale jej wprawne oko od razu wychwytuje kilka podejrzanych szczegółów. W aktach dotyczących podwykonawcy Cyber-Systemy kwoty są zaokrąglane do pełnych tysięcy to może być niedbalstwo, ale może też celowe, by ukryć prawdziwe rozliczenia.

Opisy wykonanych prac są mgliste: usługi doradcze, wsparcie analityczne, optymalizacja procesów. Klasyczne metody wyprowadzania pieniędzy znane jej jeszcze z lat dziewięćdziesiątych.

Po kilku godzinach skrzypią drzwi. W progu pojawia się młoda dziewczyna o przestraszonych oczach.
Dzień dobry. Nazywam się Anna, z księgowości. Katarzyna powiedziała, że pani tu jest. Na pewno trudno bez elektronicznego dostępu? Mogę pomóc.

W głosie dziewczyny nie ma ani odrobiny pogardy.
Dziękuję, Aniu. Byłoby bardzo miło z twojej strony.
Nie ma za co, to nic wielkiego. Tylko że oni no nie zawsze rozumieją, że nie każdy urodził się z tabletem w ręce jąka się Anna i czerwienieje.

Podczas gdy Anna sensownie wyjaśnia interfejs programu, Elżbieta Andrzejewska myśli, że nawet w najbrudniejszym bagnie można znaleźć czyste źródło. Ledwie Anna odchodzi, w drzwiach pojawia się Staszek.
No, pilnie potrzebuję kopii umowy z Cyber-Systemy.

Mówi tak, jakby wydawał polecenie służącej.
Dzień dobry odpowiada spokojnie Elżbieta Andrzejewska. Właśnie przeglądam te dokumenty. Proszę o minutę.
Minutę? Nie mam minuty. Za pięć minut mam rozmowę. Dlaczego to jeszcze nie jest zdigitalizowane? Co oni tu w ogóle robią?

Arogancja jest jego słabym punktem. Jest przekonany, że nikt a zwłaszcza ta stara kobieta nie odważy się lub nie będzie mogła sprawdzić jego pracy.
Dzisiaj jest mój pierwszy dzień pracy odpowiada równym głosem. I staram się uporządkować to, czego inni nie zrobili przede mną.
Nie obchodzi mnie to! przerywa i podchodząc do biurka, bez żadnej uprzejmości wyrywa jej z rąk poszukiwany folder. Wy, starzy, zawsze tylko kłopoty z wami!

Potem wybiega i trzaska drzwiami za sobą. Elżbieta Andrzejewska nie patrzy za nim. Widziała już wszystko, co trzeba. Wyciąga telefon i wybiera numer swojego prywatnego prawnika.
Arkadiuszu, dzień dobry. Proszę sprawdzić pewną firmę. Nazywają się Cyber-Systemy. Czuję, że ich krąg właścicieli może być bardzo interesujący.

Następnego dnia rano telefon wibruje.
Elżbieto Andrzejewska, miała pani rację. Cyber-Systemy to pusta firma przykrywkowa. Zarejestrowana na nazwisko pewnego Kowalskiego. Kuzyna Stanisława, naszego głównego developera. Klasyczny chwyt.
Dziękuję, Arkadiuszu. Dokładnie tego chciałam się dowiedzieć.

Kulminacja następuje po obiedzie. Całe biuro zostaje zwołane na cotygodniowe zebranie. Katarzyna promienieje, opowiadając o sukcesach.
Och, wydaje się, że zapomniałam wydrukować raport konwersji. Elżbieto odzywa się przez mikrofon, jej głos brzmi trująco słodko , bądź tak miła, przynieś z archiwum folder za czwarty kwartał. Ale tym razem postaraj się nie zgubić.

W sali przebiega cichy chichot. Elżbieta Andrzejewska w milczeniu wstaje. Punkt powrotu został już przekroczony. Kilka minut później wraca. Staszek stoi z Katarzyną i coś sobie szepczą.
A oto nasz wybawiciel! ogłasza głośno Staszek. Mogłaby być trochę szybsza. Czas to pieniądz. Zwłaszcza nasze pieniądze.

I to jedno słowo nasz jest ostatnią kroplą. Elżbieta Andrzejewska prostuje się. Poprzednie przygarbienie znika bez śladu. Jej spojrzenie staje się twarde.
Masz rację, Stanisławie. Czas to rzeczywiście pieniądz. Zwłaszcza te pieniądze, które prano przez firmę Cyber-Systemy. Nie uważa pan, że ten projekt był dla pana osobiście znacznie bardziej dochodowy niż dla samej firmy?

Twarz Staszka się zmienia. Uśmiech znika.
Ja ja nie rozumiem, o czym pani mówi.
Naprawdę? To może wyjaśni pan obecnym, w jakim jest spokrewnieniu z pewnym panem Kowalskim?

W sali konferencyjnej zapada martwa cisza. Katarzyna próbuje ratować sytuację.
Przepraszam, ale jakim prawem ta nasza pracownica wtrąca się w nasze sprawy finansowe?

Elżbieta Andrzejewska nie patrzy na nią. Powoli obchodzi stół i zatrzymuje się przy jego końcu.
Moje prawo jest najprostsze. Pozwólcie, że się przedstawię. Elżbieta Andrzejewska. Nowa właścicielka firmy.

Gdyby w sali wybuchła bomba, zdziwienie byłoby mniejsze.
Stanisławie kontynuuje lodowatym głosem , zostaje pan zwolniony. Moi prawnicy skontaktują się z panem i pańskim kuzynem. Radzę nie opuszczać miasta.

Staszek zapada się i siada w milczeniu na krześle.
Pani Katarzyna, również zostaje pani zwolniona. Z powodu niekompetencji zawodowej i zatruwania atmosfery w miejscu pracy.

Twarz Katarzyny robi się czerwona.
Jak pani śmie!
Śmiem odcina się ostro Elżbieta Andrzejewska. Ma pani godzinę na spakowanie rzeczy. Ochrona odprowadzi panią.

To dotyczy wszystkich, którzy uważają wiek za powód do wyśmiewania. Młody recepcjonista i kilku programistów z działu mogą odejść. W sali zapanował strach.
W najbliższych dniach rozpocznie się w firmie kompleksowy audyt.

Jej spojrzenie trafia na przestraszoną twarz Anny kryjącą się w odległym kącie sali.
Anno, proszę podejść tutaj.

Anna drżąc podchodzi do stołu.
W ciągu dwóch dni była pani jedyną pracownicą, która wykazała nie tylko profesjonalizm, ale także podstawową ludzką życzliwość. Właśnie tworzę nowy dział kontroli wewnętrznej i chciałabym, aby pani również była członkiem mojego zespołu. Jutro omówimy pani nową rolę i szczegóły szkolenia.

Anna zdumiona otwiera usta, ale nie jest w stanie się odezwać.
Da pani radę mówi stanowczo Elżbieta Andrzejewska. A teraz wszyscy wracają do swoich obowiązków. Wyjątek stanowią zwolnieni. Dzień pracy trwa dalej.

Odwraca się i wychodzi, zostawiając za sobą świat, który się zawalił, zbudowany na pysze i poczuciu wyższości. Nie czuje triumfu. Tylko zimne, ciche zadowolenie to, które człowiek odczuwa po dobrze wykonanej pracy. Bo aby zbudować dom na solidnych fundamentach, trzeba najpierw oczyścić teren z zgnilizny. I ona właśnie zaczyna wielkie sprzątanie. Do kogo przyszedłeś? rzuca chłopak siedzący za ladą recepcji, nie odrywając wzroku od smartfona.
Jego modna fryzura i markowy sweter z daleka pokazują, jak bardzo czuje się ważny i jak mało obchodzi go wszystko wokół.

Elżbieta Andrzejewska poprawia prostą, ale solidną torebkę na ramieniu. Ubrała się celowo tak, żeby nie rzucać się w oczy: skromna bluzka, spódnica sięgająca kolan, wygodne buty na płaskim obcasie.

Poprzedni dyrektor, zmęczony i siwowłosy Grzegorz, z którym załatwiała sprzedaż firmy, uśmiechnął się, gdy opowiedziała mu o swoim planie.
Koń trojański, Elżbieto Andrzejewska mówi z uznaniem. Złapią haczyk i nawet nie zauważą przynęty. Nigdy nie domyślą się, kim naprawdę jesteś, dopóki nie będzie za późno.

Jestem waszą nową pracownicą. Przyszłam do działu dokumentacji mówi spokojnym, cichym głosem, celowo unikając wszelkiego rozkazującego tonu.

Chłopak w końcu podnosi na nią wzrok. Ogląda ją od stóp do głów: od znoszonych butów po starannie uczesane siwe włosy, a w jego spojrzeniu pojawia się otwarta, bezczelna kpina. Nawet nie próbuje tego ukryć.
Ach, tak. Mówili, że przyjdzie ktoś nowy. Odebrała pani kartę u ochrony?
Tak, mam ją przy sobie.

Leniwie kiwa głową w stronę kołowrotu, jakby wskazywał drogę zabłąkanemu owadowi.
Pani stanowisko jest gdzieś z tyłu. Poradzi sobie.

Elżbieta Andrzejewska kiwa głową. Poradzę sobie powtarza w myślach, wchodząc do otwartej przestrzeni biurowej, która brzęczy jak ul.

Od czterdziestu lat radzi sobie w labiryntach życia. Po nagłej śmierci męża rozwinęła niemal upadające przedsiębiorstwo. Zarządzała skomplikowanymi inwestycjami, które pomnożyły jej majątek. I odkryła, jak nie zwariować z nudów i samotności w wielkim, pustym domu w wieku sześćdziesięciu pięciu lat.

Ta kwitnąca, ale od środka gnijąca firma IT przynajmniej tak to odczuwa jest dla niej najciekawszym wyzwaniem ostatnich czasów.

Jej biurko stoi w najbardziej odosobnionym kącie, tuż przy drzwiach do archiwum. Stare, porysowane, ze skrzypiącym krzesłem jak mała wyspa z przeszłości w oceanie lśniącej technologii.

Już się pani wdraża? rozbrzmiewa za jej plecami mdło słodki głos. Przed nią stoi Katarzyna, szefowa marketingu, w kremowym, idealnie wyprasowanym garniturze spodniowym. Drogie perfumy i zapach sukcesu otaczają ją.
Staram się uśmiecha się łagodnie Elżbieta Andrzejewska.
Będzie pani musiała przejrzeć zeszłoroczne umowy z projektu Altair. Leżą w archiwum. Nie sądzę, żeby to było trudne w jej głosie przebija się protekcjonalna wyższość, jakby dawała proste zadanie osobie upośledzonej umysłowo.

Katarzyna patrzy na nią jak na dziwną, wymarłą skamielinę. Gdy odchodzi żołnierskim krokiem, Elżbieta Andrzejewska słyszy za plecami cichy chichot.
W HR kompletnie odbiło. Zaraz zaczną zatrudniać dinozaury.

Elżbieta Andrzejewska udaje, że nie słyszy. Musi się jeszcze rozejrzeć. Idzie w stronę działu rozwoju i zatrzymuje się przed przeszkloną salą konferencyjną, gdzie kilku młodych ludzi gwałtownie dyskutuje o czymś.

Szanowna pani, szuka pani czegoś? zwraca się do niej wysoki chłopak, wychodząc zza biurka. Staszek, główny programista. Gwiazda przyszłości firmy przynajmniej tak brzmi jego charakterystyka, którą najwyraźniej sam o sobie napisał.
Tak, kochanie, szukam archiwum.

Staszek uśmiecha się, potem odwraca do kolegów, którzy z zainteresowaniem obserwują scenę, jakby oglądali darmowy pokaz cyrkowy.
Babciu, chyba pani jest w złym dziale. Archiwum jest tam macha nieokreślenie w stronę jej biurka. My tu wykonujemy poważną pracę. Coś, o czym pani nawet nie śni.

Towarzystwo za nim cicho się śmieje. Elżbieta Andrzejewska czuje, jak wewnątrz zaczyna burzyć się zimny, spokojny gniew. Patrzy na ich zarozumiałe twarze, na drogi zegarek na nadgarstku Staszka. Wszystko to kupiono za jej pieniądze.
Dziękuję odpowiada równym głosem. Teraz już dokładnie wiem, dokąd mam iść.

Archiwum to mały, duszny pokój bez okna. Elżbieta Andrzejewska zabiera się do pracy. Folder Altair szybko się znajduje. Metodycznie zaczyna przeglądać papiery. Umowy, załączniki, protokoły odbioru. Na papierze wszystko wygląda idealnie. Ale jej wprawne oko od razu wychwytuje kilka podejrzanych szczegółów. W aktach dotyczących podwykonawcy Cyber-Systemy kwoty są zaokrąglane do pełnych tysięcy to może być niedbalstwo, ale może też celowe, by ukryć prawdziwe rozliczenia.

Opisy wykonanych prac są mgliste: usługi doradcze, wsparcie analityczne, optymalizacja procesów. Klasyczne metody wyprowadzania pieniędzy znane jej jeszcze z lat dziewięćdziesiątych.

Po kilku godzinach skrzypią drzwi. W progu pojawia się młoda dziewczyna o przestraszonych oczach.
Dzień dobry. Nazywam się Anna, z księgowości. Katarzyna powiedziała, że pani tu jest. Na pewno trudno bez elektronicznego dostępu? Mogę pomóc.

W głosie dziewczyny nie ma ani odrobiny pogardy.
Dziękuję, Aniu. Byłoby bardzo miło z twojej strony.
Nie ma za co, to nic wielkiego. Tylko że oni no nie zawsze rozumieją, że nie każdy urodził się z tabletem w ręce jąka się Anna i czerwienieje.

Podczas gdy Anna sensownie wyjaśnia interfejs programu, Elżbieta Andrzejewska myśli, że nawet w najbrudniejszym bagnie można znaleźć czyste źródło. Ledwie Anna odchodzi, w drzwiach pojawia się Staszek.
No, pilnie potrzebuję kopii umowy z Cyber-Systemy.

Mówi tak, jakby wydawał polecenie służącej.
Dzień dobry odpowiada spokojnie Elżbieta Andrzejewska. Właśnie przeglądam te dokumenty. Proszę o minutę.
Minutę? Nie mam minuty. Za pięć minut mam rozmowę. Dlaczego to jeszcze nie jest zdigitalizowane? Co oni tu w ogóle robią?

Arogancja jest jego słabym punktem. Jest przekonany, że nikt a zwłaszcza ta stara kobieta nie odważy się lub nie będzie mogła sprawdzić jego pracy.
Dzisiaj jest mój pierwszy dzień pracy odpowiada równym głosem. I staram się uporządkować to, czego inni nie zrobili przede mną.
Nie obchodzi mnie to! przerywa i podchodząc do biurka, bez żadnej uprzejmości wyrywa jej z rąk poszukiwany folder. Wy, starzy, zawsze tylko kłopoty z wami!

Potem wybiega i trzaska drzwiami za sobą. Elżbieta Andrzejewska nie patrzy za nim. Widziała już wszystko, co trzeba. Wyciąga telefon i wybiera numer swojego prywatnego prawnika.
Arkadiuszu, dzień dobry. Proszę sprawdzić pewną firmę. Nazywają się Cyber-Systemy. Czuję, że ich krąg właścicieli może być bardzo interesujący.

Następnego dnia rano telefon wibruje.
Elżbieto Andrzejewska, miała pani rację. Cyber-Systemy to pusta firma przykrywkowa. Zarejestrowana na nazwisko pewnego Kowalskiego. Kuzyna Stanisława, naszego głównego developera. Klasyczny chwyt.
Dziękuję, Arkadiuszu. Dokładnie tego chciałam się dowiedzieć.

Kulminacja następuje po obiedzie. Całe biuro zostaje zwołane na cotygodniowe zebranie. Katarzyna promienieje, opowiadając o sukcesach.
Och, wydaje się, że zapomniałam wydrukować raport konwersji. Elżbieto odzywa się przez mikrofon, jej głos brzmi trująco słodko , bądź tak miła, przynieś z archiwum folder za czwarty kwartał. Ale tym razem postaraj się nie zgubić.

W sali przebiega cichy chichot. Elżbieta Andrzejewska w milczeniu wstaje. Punkt powrotu został już przekroczony. Kilka minut później wraca. Staszek stoi z Katarzyną i coś sobie szepczą.
A oto nasz wybawiciel! ogłasza głośno Staszek. Mogłaby być trochę szybsza. Czas to pieniądz. Zwłaszcza nasze pieniądze.

I to jedno słowo nasz jest ostatnią kroplą. Elżbieta Andrzejewska prostuje się. Poprzednie przygarbienie znika bez śladu. Jej spojrzenie staje się twarde.
Masz rację, Stanisławie. Czas to rzeczywiście pieniądz. Zwłaszcza te pieniądze, które prano przez firmę Cyber-Systemy. Nie uważa pan, że ten projekt był dla pana osobiście znacznie bardziej dochodowy niż dla samej firmy?

Twarz Staszka się zmienia. Uśmiech znika.
Ja ja nie rozumiem, o czym pani mówi.
Naprawdę? To może wyjaśni pan obecnym, w jakim jest spokrewnieniu z pewnym panem Kowalskim?

W sali konferencyjnej zapada martwa cisza. Katarzyna próbuje ratować sytuację.
Przepraszam, ale jakim prawem ta nasza pracownica wtrąca się w nasze sprawy finansowe?

Elżbieta Andrzejewska nie patrzy na nią. Powoli obchodzi stół i zatrzymuje się przy jego końcu.
Moje prawo jest najprostsze. Pozwólcie, że się przedstawię. Elżbieta Andrzejewska. Nowa właścicielka firmy.

Gdyby w sali wybuchła bomba, zdziwienie byłoby mniejsze.
Stanisławie kontynuuje lodowatym głosem , zostaje pan zwolniony. Moi prawnicy skontaktują się z panem i pańskim kuzynem. Radzę nie opuszczać miasta.

Staszek zapada się i siada w milczeniu na krześle.
Pani Katarzyna, również zostaje pani zwolniona. Z powodu niekompetencji zawodowej i zatruwania atmosfery w miejscu pracy.

Twarz Katarzyny robi się czerwona.
Jak pani śmie!
Śmiem odcina się ostro Elżbieta Andrzejewska. Ma pani godzinę na spakowanie rzeczy. Ochrona odprowadzi panią.

To dotyczy wszystkich, którzy uważają wiek za powód do wyśmiewania. Młody recepcjonista i kilku programistów z działu mogą odejść. W sali zapanował strach.
W najbliższych dniach rozpocznie się w firmie kompleksowy audyt.

Jej spojrzenie trafia na przestraszoną twarz Anny kryjącą się w odległym kącie sali.
Anno, proszę podejść tutaj.

Anna drżąc podchodzi do stołu.
W ciągu dwóch dni była pani jedyną pracownicą, która wykazała nie tylko profesjonalizm, ale także podstawową ludzką życzliwość. Właśnie tworzę nowy dział kontroli wewnętrznej i chciałabym, aby pani również była członkiem mojego zespołu. Jutro omówimy pani nową rolę i szczegóły szkolenia.

Anna zdumiona otwiera usta, ale nie jest w stanie się odezwać.
Da pani radę mówi stanowczo Elżbieta Andrzejewska. A teraz wszyscy wracają do swoich obowiązków. Wyjątek stanowią zwolnieni. Dzień pracy trwa dalej.

Odwraca się i wychodzi, zostawiając za sobą świat, który się zawalił, zbudowany na pysze i poczuciu wyższości. Nie czuje triumfu. Tylko zimne, ciche zadowolenie to, które człowiek odczuwa po dobrze wykonanej pracy. Bo aby zbudować dom na solidnych fundamentach, trzeba najpierw oczyścić teren z zgnilizny. I ona właśnie zaczyna wielkie sprzątanie.

Oceń artykuł
TwojaCena
– „Babciu, powinna pani iść do innego działu” – chichotali młodzi współpracownicy na widok nowej koleżanki. Nie mieli pojęcia, że to ja kupiłam ich firmę.