— Dwadzieścia dwa złote za piętnaście kilo, ładnie wygląda ten worek — powiedziała pani Halina, przesuwając palcem po zielonym logo jabłka. — Wasze to, Bożena? Widziałam w markecie budowlanym w Warce, cały regał.
Bożena stała przy straganie z warzywami na targu w Grójcu i patrzyła na zdjęcie na telefonie sąsiadki. Worek. Napis „Kompost Sadowy". Skład: wytłoki jabłkowe. Jej wytłoki. Poznałaby ten odcień brązu wszędzie — dokładnie taki, jaki zostawał w tłoczni po odciśnięciu soku z jej własnego sadu.
— Nie nasze — powiedziała powoli. — To znaczy… nie wiem, czyje.
Ręce jej drżały, kiedy oddawała telefon.
Sad i tłocznię zostawił jej ojciec trzynaście lat temu. Co sezon zostawały po zbiorach góry wytłoków i skrzynek — sterty, za których wywóz płaciła firmie z Nowej Wsi prawie osiemset złotych miesięcznie, a smród fermentujących resztek ciągnął się aż do drogi wojewódzkiej. Rok temu zięć, Marek Dudek, mąż jej córki Ani, zaproponował, że będzie odbierał wytłoki za darmo, „bo i tak jadę w tamtą stronę". Prowadził w gminie małą firmę od kompostu i podłoży ogrodniczych, chłopak konkretny, z głową do interesu — tak o nim mówiła jeszcze pół roku temu. Zgodziła się, bo chciała pomóc rodzinie. Nikt niczego nie spisał.
Zadzwoniła do córki, jeszcze stojąc między skrzynkami pomidorów.
— Ania, wiesz coś o worku „Kompost Sadowy"? Sprzedają go w Warce.
Cisza w słuchawce trwała długo, dłużej, niż powinna.
— Mamo, ja… myślałam, że wiesz.
Marek sprzedawał ten kompost od pół roku. Jej wytłoki, jej praca, jej sad — pod cudzym logo, na cudzym koncie. Firma zarejestrowana wyłącznie na niego.
Pojechała do niego tego samego dnia, do hali na obrzeżach Grójca, gdzie stały teraz palety z workami. Zapach był ten sam co u niej w sadzie, słodkawy, lekko kwaśny.
— To są moje wytłoki, Marek — powiedziała, kładąc dłoń na worku. — Mój materiał. Ty go tylko zabierałeś.
Stał z rękami w kieszeniach roboczej kurtki, obok kanister do mycia hali.
— Umówiliśmy się, że oddajesz mi je za darmo. Ja włożyłem pieniądze w maszynę do rozdrabniania, w worki, w marketing. To moja robota.
— Nikt nie mówił, że zrobisz z tego produkt na sprzedaż.
— A jak inaczej miałem to sprzedawać? — podniósł głos, ale zaraz go ściszył, bo w hali kręcił się pracownik z wózkiem widłowym. — Bez surowca nie ma produktu. Ty i tak byś to wyrzucała.
— Sama mogłabym to robić. Nie robiłam, bo ci zaufałam.
Wróciła do domu starym Fiatem Doblo, milcząc całą drogę, choć w radiu leciała piosenka, którą lubiła. Herbatę, którą zaparzyła w kuchni, zostawiła nietkniętą, aż zrobiła się na wierzchu cienka błona.
Nazajutrz poszła do notariusza przy rynku, pani Ireny Wach. Zabrała stary zeszyt w kratkę, w którym od lat zapisywała, ile skrzynek jabłek trafia do tłoczni. Notariusz powiedziała wprost: bez pisemnej umowy Bożena nie ma prawa do udziału w firmie zięcia, ale ma pełne prawo przestać oddawać mu surowiec za darmo. To jej własność.
Wieczorem przyjechała Ania, sama, bez dzieci. Usiadła przy kuchennym stole, nie zdejmując kurtki, jakby nie była pewna, czy zostanie.
— Mamo, on wziął kredyt na tę linię do workowania. Sto dwadzieścia tysięcy. Jak mu zabierzesz surowiec, nie spłaci raty w tym miesiącu.
— A ja mam mu dawać za darmo to, na czym on zarabia, bo się zapożyczył beze mnie?
— Nie chodzi tylko o pieniądze. — Ania patrzyła na swoje dłonie, splecione na blacie. — On mówi, że jak go pozbawisz surowca teraz, to nie przyjedziemy tu więcej. Że nie będzie chciał, żebym przywoziła dzieci do babci, która niszczy ich ojca.
Bożena postawiła przed córką kubek herbaty, którego Ania nie tknęła.
— A ty w to wierzysz? Że ja niszczę?
— Ja nie wiem już, w co wierzyć. Wiem, że śpię teraz na kanapie, bo się z nim pokłóciłam o ten worek, o to, że mi nic nie powiedział przez pół roku. Wiem, że jak mu powiem, że się z tobą widziałam, to znowu awantura.
— Więc nie mów mu.
— Mamo. — Ania podniosła głowę. — On chce, żebym cię przekonała, żebyś dalej dawała mu wytłoki za darmo, chociaż wie, tylko za tanie pieniądze. Mówi, że jak się zgodzisz na coś symbolicznego, sto złotych na tonę, to wszystko się ułoży. Ja mam być tą, co cię przekona.
Zapadła cisza, w której słychać było tylko tykanie zegara nad kredensem i syczenie kranu, który od miesiąca wymagał uszczelki.
— A gdybym się nie zgodziła?
— Wtedy nie wiem, co będzie z nami. Z moim małżeństwem. — Głos Ani się załamał. — Ale wiem, że jak się zgodzisz, to będziesz to robić dla mnie, nie dlatego, że to sprawiedliwe. I ja nie chcę, żebyś tak żyła przez resztę życia. Widziałam, jak długo się zbierałaś, żeby w ogóle tam pojechać i mu powiedzieć.
Bożena usiadła naprzeciwko córki i po raz pierwszy tego wieczoru wzięła ją za rękę.
— Ania, posłuchaj mnie. Jeśli teraz ustąpię, bo się boję, że nie będziecie przyjeżdżać, to za rok będzie kolejna sprawa, przy której mam ustąpić. On się nie zatrzyma, bo nie musi. A ja nie mam już siły bać się we własnym domu.
— Wiem — powiedziała Ania cicho. — Wiem, mamo. Tylko się boję, jak to się skończy.
Rankiem następnego dnia Bożena pojechała do spółdzielni ogrodniczej w Nowym Mieście nad Pilicą, gdzie od dawna szukano dostawcy wytłoków do linii nawozów. Nie była to kwota, jakiej się spodziewała po pierwszej rozmowie telefonicznej — spółdzielnia zaproponowała mniej, niż wstępnie mówiono, bo koszty transportu okazały się wyższe. Sześćset złotych za tonę, nie siedemset, jak sugerowano wcześniej. Przez chwilę siedziała w biurze prezesa, licząc w głowie, czy to się w ogóle opłaca bardziej niż oddawanie za darmo plus koszt wywozu reszty. Wyszło, że tak, choć niewiele. Podpisała umowę na cztery lata, odbiór co tydzień własnym transportem spółdzielni.
Marek dowiedział się dwa tygodnie później, kiedy jego pracownik przyjechał po zwykły odbiór i zastał bramę sadu zamkniętą na nowy łańcuch. Zadzwonił z parkingu przed jej posesją.
— Co to ma znaczyć? Miałem dziś odebrać materiał na sobotnią partię worków.
— Nie masz już czego odbierać. Podpisałam umowę ze spółdzielnią w Nowym Mieście.
— Przecież beze mnie nie masz z tego nic! Ania ci mówiła, że wzięliśmy kredyt na tę linię? Że jak mi zabraknie surowca na dwa tygodnie, to nie spłacę raty?
— Mówiła. I mówiła też, że kazałeś jej mnie przekonywać, żebym ci oddawała za sto złotych to, co jest warte sześć razy tyle.
Cisza, tylko silnik auta pracował na jałowym biegu.
— To ja teraz jestem tym złym, tak? A ty jesteś biedną teściową, którą syn marnotrawny okradł?
— Nie jestem biedna, Marek. Mam umowę, papier, na którym to stoi czarno na białym. Zastanów się, skąd weźmiesz surowiec na sobotę, bo ja się nad tym już nie zastanawiam.
Rozłączyła się i odłożyła telefon na parapet, obok doniczki z pelargonią. Za oknem sąsiedzki jamnik szczekał na listonosza, zupełnie jak co dzień. Telefon zadzwonił jeszcze raz, po godzinie — to była Ania.
— Powiedział ci, o kredycie?
— Powiedział.
— I co teraz?
— Teraz on musi znaleźć innego dostawcę wytłoków, a ja mam umowę na cztery lata. — Bożena spojrzała przez okno na sad, na rzędy jabłoni, które sadził jeszcze jej ojciec. — Ania, ja nie robię tego przeciwko tobie. Robię to, bo w końcu ktoś w tej rodzinie musiał powiedzieć „nie".
— Wiem, mamo. — W głosie córki było coś, czego Bożena dawno nie słyszała — ulga, cienka jak nitka, ale jednak. — Ja się nie przeprowadzam z powrotem na kanapę. Powiedziałam mu dziś rano, że jak jeszcze raz każe mi się mieszać między wami, to spakuję dzieci i przyjadę do ciebie na tydzień.
Bożena uśmiechnęła się po raz pierwszy od dwóch tygodni, wzięła zeszyt w kratkę i dopisała w nim datę pierwszej dostawy do spółdzielni. Schowała go do szuflady, tam gdzie trzymała dokumenty sadu od piętnastu lat, obok teczki z nową umową.




