W końcu zakończyliśmy budowę domu naszych marzeń, w którym mieliśmy nadzieję przeżyć szczęśliwie starość.

Moi rodzice przekazali mi w testamencie mały dom za miastem. Była to niewielka działka na której stał niewielkich rozmiarów domek nadszarpnięty już mocno zębem czasu. Dach przeciekał, parkiet był spróchniały, a okna tak stare, że wiatr hulał w środku na całego. Długo zastanawialiśmy się, co zrobić z tym spadkiem. Szkoda było sprzedawać, bo to jednak rodzinna pamiątka. Z drugiej strony, nie wiedzieliśmy czy remont przyniesie coś dobrego? Ostatecznie postanowiliśmy, że będziemy sukcesywnie odbudowywać to miejsce. Mamy już dorosłego syna, który studiuje w innym mieście. Gdy skończy studia, oddamy mu nasze trzypokojowe mieszkanie, a w międzyczasie wyprowadzimy się z miasta, żeby zamieszkać w naszym wymarzonym domku. Marzyliśmy o takim miejscu z ogródkiem, lasem i jeziorem nieopodal. Sąsiedzi wydają się tutaj bardzo przyjaźni. Kilka minut autem – i jesteśmy w mieście.

Kiedy wprowadziliśmy resztę rodziny w nasze plany, wszyscy zaczęli nam odradzać, mówili, że gra nie jest warta świeczki i nigdy nam się to nie uda. Niektórzy wyśmiali nasz pomysłu, mówiąc, że z takiej starej chałupy nic dobrego nie wyjdzie i że lepiej mieszkać w mieście. Staraliśmy się nie przejmować tą reakcją i robić swoje. Martwiliśmy się ogromem prac jaki był jeszcze przed nami. Półtora roku później wszystko było gotowe. Syn właśnie skończył studia z wyróżnieniem, a my z dumą wręczyliśmy mu klucze do mieszkania. Potem z radością przewieźliśmy wszystkie swoje rzeczy do nowego domu.

Oczywiście na całe przedsięwzięcie wydaliśmy ogromnie ilości pieniędzy, wzięliśmy nawet mały kredyt. Wszystko po to, by na starość żyć w komforcie i wygodzie. Dobudowaliśmy drugie piętro i garaż, ponadto postawiliśmy szeroki taras. Mąż wykonał własnoręcznie ławkę, stół i altanę, aby latem jeść obiady w ogrodzie i podziwiać przyrodę. Żadna osoba z najbliższego kręgu przyjaciół i rodziny nie chciała nam pomóc ani w kwestiach finansowych, ani budowlanych. Do kogo nie dzwoniliśmy po prośbie, słyszeliśmy odmowy – nie mam pieniędzy, plecy mnie bolą i nie mam na to czasu. Trudno, daliśmy sobie doskonale radę bez takich „pomocników”! Mamy teraz przestronną kuchnie z widokiem na ogród. Często tam gotuję i patrzę, jak kwitną moje piwonie i róże. W domu są jeszcze cztery sypialnie i dwie łazienki. Z czasem postawiliśmy także basen, kilka leżaków i miejsce na grilla. Mąż znowu własnoręcznie wykonał meble z drewna. Do dzisiaj nie mogę nadziwić się jak tego dokonaliśmy. Każdego dnia podziwiam efekty naszej ciężkiej pracy.

Którego dnia wpadliśmy na pomysł, aby zaprosić naszych bliskich na parapetówkę. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że był to fatalny błąd! Wszyscy łazili od pokoju do pokoju i chwalili nas za taki wspaniały dom. Jednak nikt nie zaproponował mi żadnej pomocy w w kuchni. Dwoiłam się i troiłam, kiedy teść wylegiwał się na tarasie a brat męża oglądał piłkę nożną na nowej plazmie. W milczeniu, szykowałam obiad, sałatki i ciasto. Mój Paweł sam rąbał drewno na opał do grilla, co skończyło się w efekcie okropnym bólem pleców. Wszyscy się dobrze bawili, poza nami.

W następny weekend obudziło nas głośne pukania do drzwi. Przyjechała moja teściowa, która postanowiła zostać u nas kilka dni. Naiwnie ucieszyłam się, mając nadzieję, że pomoże mi w szklarni i ogrodzie. Ona jednak miała własny plan – codziennie jeść truskawki z ogródka i pływać w basenie. Kiedy odważyłam się poprosić o pomoc, usłyszałam, że jestem złą gospodynią, skro zmuszam gości do sprzątania i robienia czegokolwiek wokół domu! Tak żyłam przez trzy tygodnie. Ledwo wyjechała matka mojego męża – już następnego dnia zupełnie nieproszona przyjechała jego siostra z rodziną. Wpadli skorzystać z pięknej pogody. „W mieście nie da się oddychać od spalin, a u was tak pięknie i świeże powietrze!”. Miałam serdecznie dość takich „gości”. Dzieci były niegrzeczne, podeptały wszystkie moje kwiaty, pomalowały farbami zasłony we wszystkich pokojach. Rodzice zupełnie ich nie pilnowali i stale usprawiedliwiali, ponieważ są tylko dziećmi. Och, nie mogłem tak dłużej żyć! Na pomoc przyszła moja przyjaciółka, która zaproponowała, żebyśmy wpadli do niej w odwiedziny nad morze. Nie wiedzieliśmy się już długi czas. Czułam, że wyjazd dobrze nam zrobi. Poczekaliśmy, aż wszyscy krewni wyjadą i zamknęliśmy całe nasze domostwo. Zapasowe klucze zostawiliśmy u zaprzyjaźnionego sąsiada, aby od czasu do czasu przyszedł podlać kwiaty i warzywa w szklarni. Nad morzem odetchnęłam pełną piersią! W końcu naprawdę odpoczywaliśmy!

Po powrocie szybko wróciłam na ziemię. Nie poznałam swojego domu! Okazało się, że teściowa okłamała sąsiada, że poprosiliśmy ją, aby przyjechała i zaopiekowała się domem. Następnie w tajemnicy przed nami sporządziła kopię kluczy. Cały ogród był w opłakanym stanie. Połamane rośliny, potłuczone szkło w szklarni. Nigdzie nie mogliśmy znaleźć naszego kota. Na to wszystko z altany wyszedł brat moje męża i z oburzeniem w głosie zapytał: – Dlaczego nie uprzedziłeś, że przyjdziesz tak wcześnie? Opiekowaliśmy się domem pod Twoją nieobecność i pilnowaliśmy dobytku!

Mój móż, zwykle opanowany człowiek, nie mógł pohamować nerwów. Okrzykami przegonił całe towarzystwo, a następnie zagroził pozwem, mówiąc, że zniszczyli nasz majątek. Po tym incydencie przestali do nas dzwonić. Nie jest nam ich żal, naprawdę. Kiedy budowaliśmy ten dom własnymi rękami, nie mogliśmy liczyć na żadne wsparcie z ich strony. Nagle okazało się, że mój mąż i ja jesteśmy takimi złymi ludźmi! Czy Waszym zdaniem postąpiliśmy słusznie, wyrzucając nieproszonych gości?

Oceń artykuł
TwojaCena
W końcu zakończyliśmy budowę domu naszych marzeń, w którym mieliśmy nadzieję przeżyć szczęśliwie starość.