Rączka mojego maleńkiego synka zacisnęła się wokół mojego palca z niesamowitą siłą. To było zupełnie tak jakby, czuł jaką, decyzję podjęłam. Nie mogłam się powstrzymać i zaczęłam płakać. Teraz już nie byłam taka pewna swojego wyboru, jak przed porodem. Spojrzałam na niego po raz kolejny, by zobaczyć, że ze spokojem patrzy mi w oczy. Przybliżyłam jego główkę do siebie i wyszeptałam mu do ucha:
– Przepraszam maleńki. Tak bardzo przepraszam, ale nie mam wyjścia. Wiesz o tym, prawda? Nie chciałam, żeby tak wyszło, ale nie dam rady sama. – pocałowałam go jeszcze raz, zanim weszła pielęgniarka, by zabrać go na badania.
Jestem studentką na jednym z warszawskich uniwersytetów. Przez ciążę nie zaliczyłam sesji, więc wyrzucili mnie z akademika. Nie miałam, dokąd pójść, bo mój chłopak ze mną zerwał, gdy dowiedział się, że jestem w ciąży i nie zgodziłam się na wyjazd za granicę na aborcję. Tak naprawdę przez te 9 miesięcy ciągle zastanawiałam się, jakiego dokonać wyboru. Nie mogłam wrócić z dzieckiem do mamy, bo ona sama miała na utrzymaniu trójkę mojego rodzeństwa.
Do niedawna byłam pewna, że chcę oddać syna do adopcji, ale teraz, gdy już jest na świecie, myśl o tym rozdzierała mi serce. Ciągle mam przed oczami jego pulchne policzki i ciemne loczki. Przecież on jest taki malutki. Jak ma poradzić sobie sam na świecie?
Przez trzy dni pobytu w szpitalu uparcie przekonywałam samą siebie, że nie może ze mną zostać. Gdy pielęgniarka weszła do sali, aby sprawdzić, czy jestem gotowa do wyjścia, zapytała mnie, czy na pewno damy sobie radę, jakby wiedziała jakie emocje mną targają. Pokiwałam głową, wzięłam syna na ręce i wyszłam z oddziału.
Wiedziałam, że najbliższe okno życia znajduje się tylko kilkaset metrów od szpitala. Gdy zbliżałam się do celu, czułam coraz większy ból w sercu. W końcu dotarliśmy na miejsce. Moja ręka powędrowała na klamkę, która otwierała okno. Pociągnęłam za nią i otworzyłam, lecz po chwili szybko zamknęłam okno. Nie mogłam tego zrobić. Mocno przytulając synka, odeszłam z tamtego miejsca.
– Zabieram cię do domu, mały. Obiecuję, że damy radę – powiedziałam do niego i ruszyłam przed siebie, by poszukać pomocy.




