W sąsiedniej wiosce mieszkała dziewczynka, Zosia. Zosia była miłą i spokojną osobą, można by ją było nazwać małą pięknością, gdyby nie jeden szczegół. Dziewczynka od urodzenia była łysa. Na jej dziecięcej głowie nie było ani jednego włoska.
W dzieciństwie Zosia musiała znosić docinki, których nie szczędziły jej inne dzieci, a potrafiły być nad wyraz okrutne dla małej dziewczynki. Najczęściej ściągały jej chusteczkę z głowy, śmiejąc się mówiły, że jej głowa jest tak pusta, że nawet włosy nie chcą na niej rosnąć. Zdarzało się, że smarowały jej głowę błotem, mówiąc, że to maść na porost włosów. Dlatego Zosia większość czasu spędzała w domu, najczęściej płacząc z powodu zachowania rówieśników. Jak każde dziecko, chciała mieć przyjaciół, z którymi mogłaby się bawić.
Gdy poszła do szkoły, wcale nie było lepiej. Nikt nie chciał z nią siedzieć w ławce i wszyscy nazywali ją ” łysą Zośką”.
Czas płynął i Zosia stała się młodą dziewczyną. Jej rówieśnicy przeżywali pierwsze miłości, a ona popadała w coraz większe kompleksy.
Nieustannie zadawała sobie pytanie:
– Co mnie czeka w życiu? Przecież nikt mnie nie zechce!
Pewnego dnia wykrzyczała swój żal matce. Po tym wybuchu, cały wieczór przepłakała.
Matce było żal dziewczyny (przecież chciała, żeby jej dziecko było szczęśliwe) więc postanowiła coś zrobić, żeby jej pomóc. Kobieta sama wychowywała Zosię, ponieważ jej mąż zostawił je zaraz po narodzinach dziewczynki. Nigdy nie przysłał żadnych pieniędzy na córkę, z tego też powodu w ich domu nigdy się nie przelewało. Żeby pojechać z córką do specjalistycznej kliniki, kobieta sprzedała krowę.
Ludzie pukali się w głowę mówiąc, że to czysta fanaberia i sprzedaż zwierzęcia pogorszy ich stan finansowy. Ale ona nie słuchała nikogo, ona miała jeden cel – sprawić, by jej córka była szczęśliwa.
No i pojechały do wielkiego miasta, gdzie było specjalistyczne centrum leczenia chorób genetycznych.
Nie było ich prawie tydzień. Po tym czasie wróciły do domu – Zosia szczęśliwa, rozpromieniona i co najdziwniejsze, z włosami na głowie. Jej głowę otaczała burza jasnych włosów.
Ludzie we wsi zaczęli szeptać między sobą, że to jakieś czary, bo to przecież niemożliwe, żeby w ciągu tygodnia urosły takie włosy. Co niektórzy sugerowali nawet zastosowanie czarnej magii i zaczęli unikać dziewczynki i jej matki.
Pewnego dnia, gdy dziewczyna robiła zakupy w sklepie, ludzie na jej widok znowu zaczęli szeptać i odsuwać się od niej. Zosia miała tego dość, szarpnęła za włosy, a te zostały jej w ręce.
-Widzicie, jaka to magia? Widzicie, jakie to siły zadziałały? – zapytała głośno. To żadne czary, a zwykła peruka – powiedziała i wyszła.
Okazało się, że leczenie jej choroby przekracza ich możliwości finansowe, więc pozostaje jej tylko noszenie peruk.
Jakiś czas później wyjechałem na studia i nie wiedziałem, co się dzieje na wsi, bo żeby utrzymać się na studiach musiałem pracować. Rodziców nie bardzo było stać na opłacanie mojej nauki, a to że pracowałem sprawiło, że w domu nie było mnie dwa lata.
Po tym czasie przyjechałem do domu, a tu moja mama mówi, że na święta Zosia wychodzi za mąż, za jakiegoś przystojniaka z miasta. Postanowiłem, że pójdę ją odwiedzić, przecież tak długo się nie widzieliśmy.
Wieczorem poszedłem w odwiedziny. Przywitaliśmy się i od razu w oczy rzuciła mi się pięknie zapakowana suknia, wisząca na drzwiach szafy. Ciekawość mnie rozsadzała, więc zapytałem wprost, gdzie dorwała miastowego chłopaka, skoro nigdzie nie wyjeżdża. Zosia roześmiała się, nastawiła wodę na herbatę, usiadła i zaczęła opowiadać.
– A wiesz, to śmieszna historia, choć w pierwszym momencie nie było mi do śmiechu. Wtedy to najchętniej zapadłabym się ze wstydu pod ziemię – powiedziała.
– Ej, chyba nie było tak źle, skoro postanowił się z tobą ożenić- ja również się roześmiałem.
Pijąc herbatę Zosia opowiadała dalej.
– To było tak. Do naszych sąsiadów przyjechał jakiś daleki kuzyn. Wiedziałam o tym, ale jakoś specjalnie mnie to nie interesowało. Wszystko zmieniło się, gdy któregoś dnia zobaczyłam chłopaka jak kosił trawę. To było jakby świat się zatrzymał, trudno to określić, ale zakochałam się w nim od pierwszego spojrzenia. Od tego momentu zaczęłam obserwować obejście sąsiadów. – Zosia uśmiechała się opowiadając to.
– Jeden dzień był wyjątkowo gorący, więc postanowiłam zerwać trochę owoców i zrobić kompot. Nazrywałam wiśni i miałam zacząć zrywać maliny, ale zobaczyłam, że z domu wychodzi gość sąsiadów, więc szybko pobiegłam do domu, zdjęłam chusteczkę z głowy i założyłam perukę. Wyszłam na dwór, podeszłam do płotu i zaczęłam rwać maliny. W tym momencie ten chłopak mnie zauważył, podszedł i też sięgnął po owoce po drugiej stronie płotu.
On pierwszy zaczął rozmowę, miał na imię Janek i przyjechał w odwiedziny na całe wakacje. Był wspaniałym rozmówcą, a do tego niezwykle przystojnym. Z każdą minutą byłam nim coraz bardziej oczarowana. W pewnym momencie sięgnęliśmy po ten sam owoc, a nasze ręce spotkały się. Speszona, gwałtownie cofnęłam się i… w tym samym momencie poczułam, że peruka zsuwa mi się z głowy. W pierwszym momencie chciałam uciec, ale zauważyłam przerażony wzrok Janka, który wskazywał na dyndającą na krzaku perukę. „Wwwłosy ci wwwypadły – wyszeptał”. Wiesz w tym momencie zapomniałam o wstydzie, o tym, że chciałam uciekać, ogarnął mnie niepohamowany śmiech, a po chwili oboje zanosiliśmy się śmiechem. – Zosia na wspomnienie tego zdarzenia cicho zachichotała. – A potem to już sam wiesz. Spędzaliśmy, ze sobą każdą wolną chwilę, a gdy kończyły się wakacje poprosił mnie o rękę. Bo widzisz, jego nie obchodzi, czy mam włosy czy nie, dla niego ważne jest jakim jestem człowiekiem.
Jeszcze chwilę porozmawialiśmy i poszedłem do domu.
Po ślubie Zosia wyjechała do miasta, a potem jej mąż awansował i wyjechali za granicę, gdzie firma, w której pracował Janek miała swoją filię.
Minęło parę lat, ożeniłem się, urodziły mi się dzieci. Z Zosią przez te lata nie miałem kontaktu, aż do tego roku. Przyjechałem z rodziną do rodziców na wakacje. Pewnego dnia wracając ze sklepu zobaczyłem kobietę, która szła w przeciwnym kierunku.
Myślę – skąd taka szykowna dama w naszej wsi? No normalnie modelka, kapelusz, garnitur i twarzowe okulary.
Prawie się mijamy … Gdy nagle mnie olśniło.
– Zosia! – krzyknąłem- Kopę lat.
Podchodzę biorę ją w ramiona i mocno ściskam, ona odwzajemnia uścisk.
Chaotycznie opowiadamy, co u nas wydarzyło się przez ostatnie lata. Ja mówię o swojej żonie, dzieciach, o mojej pracy. Ona mówi o swoim życiu.
Zosia jest szczęśliwa u boku Janka, mają dwie nastoletnie córki, które (tu Zosia zawiesiła głos) mają piękne, gęste, blond loki. Staliśmy tak przez chwilę, w końcu umówiliśmy się na wieczór, żeby dłużej porozmawiać. Zosia chciała poznać moją rodzinę. Z niecierpliwością oczekiwałem wieczornego spotkania, do którego niestety nie doszło, bo o 16 zadzwoniła przepraszając, że nie może się ze mną spotkać. W krótkich słowach wyjaśniła, że musi pilnie wracać do Warszawy do swojej firmy.
Nie zdążyliśmy się nawet pożegnać.
Później dowiedziałem się, że Zosia, nasza „łysa Zośka” ma sieć ekskluzywnych gabinetów SPA i w związku z otwarciem kolejnego, musiała tak szybko wracać do siebie.




