Gdy kupiliśmy dom na wsi, sąsiedzi postanowili uprzykrzać nam życie. Znalazłam sposób, aby raz na zawsze przestali nam dokuczać

Od bardzo dawna, chciałam kupić kawałek ziemi. Razem z mężem, zdecydowaliśmy się na zakup działki ze starym domem na wsi. Zamieszkaliśmy w domu, którego poprzednim właścicielem był starszy człowiek. Z powodu niesprawnych nóg, był zmuszony go sprzedać. Spędziliśmy tam z mężem kilka dni, na porządkowaniu podwórka.

Wyobraźcie sobie nasze zdziwienie, gdy wstaliśmy rano i zobaczyliśmy, że teren jest znowu zanieczyszczony, a na krzewach nie ma jagód. Zamiast płotu, były tylko jakieś stare deski, stwarzające złudzenie ogrodzenia. Nie mieliśmy wyboru. Wstawaliśmy o świcie, żeby złapać przestępców.

Pierwszego dnia, nikogo nie widzieliśmy, ale drugiego, zobaczyliśmy trzech starszych meżczyzn, którzy chodzili po naszej działce, jak po swojej. Wyszłam i grzecznie poprosiłam, aby odeszli i więcej do nas nie przychodzili. Jeden ze staruszków tylko się roześmiał i zastanawiał się, dlaczego zabraniam mu tam chodzić, skoro wcześniej nikt mu tego nie zabraniał. Nic sobie z tego nie robił, że jesteśmy nowymi właścicielami.

Po tym wydarzeniu, zyskaliśmy miano „mieszczuchów”. Na naszą działkę, systematycznie wrzucano jakieś śmieci. Wydaliśmy pieniądze na ogrodzenie, ale to też nie powstrzymało sąsiadów.

Wrzucali przez płot zgniłe owoce i zdechłe myszy, rzucali też o niego jajkami. Dzielnicowy wielokrotnie przyjeżdżał do nas, ale nic to nie dało. Tak naprawdę nie mógł nic z tym zrobić. W zimie wszystko było w miarę spokojne, ale już na wiosnę, ludzie znowu zaczęli nam dokuczać. Zażądali rozebrania ogrodzenia. Według nich, droga do jeziora przebiegała przez nasze podwórko i nie mogliśmy jej zastawiać. My jednak nie zamierzaliśmy tego robić, bo nikt nie zrekompensował nam kosztów oczyszczenia terenu ze śmieci i budowy płotu.

Moja cierpliwość skończyła się, gdy sąsiedzi wysmarowali nasz płot zwierzęcą krwią, pewnie bili jakiegoś świniaka. Kiedy to zobaczyłam, byłam przerażona, a mężczyźni stali i chichotali pod nosem. Wtedy wpadłam na świetny pomysł. Oglądałam serial, w którym główni bohaterowie wypędzali złe duchy, recytując zaklęcia po łacinie.

Tak też zrobiłam, znałam te zaklęcia na pamięć. Podeszłam bliżej płotu, spojrzałam tajemniczo na krew i zaczęłam głośno recytować magiczne słowa po łacinie. Trzeba było widzieć ich miny. Już w następnej chwili pobiegli do domu. Nigdy więcej nie mieliśmy żadnych zakłóceń, a sąsiedzi w końcu zaczęli z nami normalnie rozmawiać.

 

 

Oceń artykuł
TwojaCena
Gdy kupiliśmy dom na wsi, sąsiedzi postanowili uprzykrzać nam życie. Znalazłam sposób, aby raz na zawsze przestali nam dokuczać