Tunel pod Nadolinem

We wrześniu 1987 roku brygada kopalni „Bartosz" w Wałbrzychu drążyła nowy chodnik na głębokości tysiąca dwustu metrów. Robota szła zgodnie z planem, zmiana za zmianą, trzeci dzień z rzędu. Wieczorem świder przeszedł przez twardą warstwę skały i nagle zapadł się w pustkę.

Sztygar Tadeusz Wrona kazał natychmiast wstrzymać wiercenie — kolejny wybuch mógł spowodować zawał. Górnicy zaczęli zwijać sprzęt, kiedy najmłodszy z brygady, dwudziestotrzyletni Marek Sobczyk, przyłożył dłoń do otworu.

— Ciągnie stąd powietrzem — powiedział.

Nie mylił się. Po chwili reszta też poczuła ten zapach: mokrej ziemi, trawy po deszczu. Pod ziemią, kilometr pod powierzchnią, taki zapach nie miał prawa istnieć.

— Zamknij to, do cholery — rzucił jeden ze starszych górników, Kowol, cofając się od otworu. — Nie lubię takich rzeczy.

Nikt go nie posłuchał. Rano otwór zaczęto ostrożnie poszerzać. Marek zajrzał pierwszy — i cofnął się tak gwałtownie, że uderzył plecami o wózek z urobkiem, aż zabrzęczały leżące na nim łopaty.

— Co tam? — spytał brygadzista.

— Światło — powiedział Marek. Ręce mu się trzęsły, kiedy sięgał po papierosa, i nie mógł trafić zapałką w pudełko.

Wrona pochylił się nad dziurą sam. Patrzył długo, potem kazał wezwać geologa z Wrocławia i zamknąć chodnik dla wszystkich poza dyżurną zmianą.

Otwór poszerzono jeszcze o metr. Ludzie podchodzili po kolei, zaglądali i odchodzili, ocierając czoła rękawem kurtki, chociaż na dole nie było gorąco.

Za skałą, ponad kilometr pod Wałbrzychem, było miasto.

Nie ruiny, nie jaskinia — ulice. Brukowana nawierzchnia, latarnie gazowe, kamienice z oknami, w których paliło się światło, choć nikt nie widział źródła prądu. W powietrzu unosił się zapach węgla z kominów i coś jeszcze — pieczonego chleba, jakby ktoś właśnie wyjął bochenek z pieca.

Geolog dr Henryk Paluch przyjechał następnego dnia z Politechniki Wrocławskiej. Zszedł windą razem z drugą zmianą, niosąc walizkę z przyrządami, i przez pierwsze pół godziny nie powiedział ani słowa — tylko robił notatki, mierzył temperaturę powietrza, wilgotność, skład gazów.

— To nie jest naturalna jaskinia — stwierdził w końcu. — Te mury są murowane. Cegła, zaprawa. Ktoś to zbudował.

Zaczęto spekulować: dawna sztolnia, tajne wyrobisko z czasów wojny, kiedy Niemcy drążyli w Górach Sowich kompleks Riese. Ale skala nie pasowała — to nie był korytarz ani magazyn. To była przestrzeń wielkości kilku ulic, z placem pośrodku, gdzie stał kamienny wodotrysk, suchy od dziesięcioleci.

Dyrekcja kopalni wezwała komisję z Katowic. Przez tydzień na dole pracowała grupa złożona z geologów, archeologa i dwóch mężczyzn, którzy nie przedstawili się, tylko pokazali legitymacje służbowe i kazali wszystkim podpisać oświadczenie o zachowaniu tajemnicy. Za milczenie obiecano po sto dwadzieścia tysięcy złotych podwyżki miesięcznie — sumę, jakiej nikt z brygady nigdy wcześniej nie widział na wypłacie.

Marek, mimo zakazu, wrócił tam raz jeszcze na czwartą, nocną zmianę. Miał klucz od kraty, którą zabezpieczono wejście, i lampę górniczą Kryzet, którą sam sobie naładował w łaźni, gdy nikt nie patrzył.

Zszedł sam. Krata zazgrzytała za nim głośniej, niż się spodziewał, i przez chwilę stał bez ruchu, nasłuchując, czy ktoś nie usłyszał. Nikt nie przyszedł.

Ulica, którą szedł, kończyła się przy budynku przypominającym ratusz. Kroki odbijały się od bruku dziwnym echem — jakby szedł nie jeden człowiek, a dwóch, z lekkim opóźnieniem. Zatrzymał się. Echo też się zatrzymało, o ułamek sekundy za późno.

Szedł dalej, szybciej. Lampa rzucała drżący krąg światła na fasady kamienic, w których wciąż paliły się okna — a mimo to nigdzie nie było widać żadnej żarówki, żadnego kabla. Kiedy mijał trzecią z kolei kamienicę, jedno z okien zgasło. Potem drugie. Odwrócił się gwałtownie, przekonany, że ktoś je gasi od środka, ale za szybą nie było nikogo — tylko ciemność cofająca się w głąb pokoju, jak woda wsiąkająca w piasek.

Na tablicy nad drzwiami ratusza widniał napis wykuty w kamieniu, w języku, którego nie rozpoznawał — nie niemiecki, nie łacina, litery podobne do cyrylicy, ale inne. Przesunął po nich palcami. Kamień był ciepły, jakby ktoś przed chwilą trzymał na nim dłoń.

Na progu leżała zardzewiała klamka, jakby ktoś próbował otworzyć drzwi i zostawił ją tam na zawsze. Schylił się po nią — i wtedy usłyszał za plecami krok. Jeden, wyraźny, na bruku.

Odwrócił się z lampą uniesioną przed siebie. Ulica była pusta. Ale wodotrysk na placu, suchy od dziesięcioleci, kapał. Kropla po kropli, w rytmie, który przypominał oddech.

Marek nie czekał, aż skapnie trzecia kropla. Biegł do kraty, nie oglądając się, z klamką wciąż zaciśniętą w dłoni, aż otarł sobie skórę do krwi. Wydostał się na powierzchnię o czwartej nad ranem, mokry od potu, i tej samej nocy napisał raport, który trafił do sztygara, a potem — jak się później okazało — zniknął z akt kopalni.

Miesiąc później komisja z Katowic ogłosiła oficjalny wniosek: obiekt to pozostałość dawnych, nieudokumentowanych wyrobisk górniczych sprzed kilkuset lat, częściowo zasklepionych przez ruch tektoniczny. Chodnik zasypano betonem na odcinku trzydziestu metrów. Marka przeniesiono do innej kopalni w Wałbrzychu, z podwyżką, o którą nie prosił.

Tadeusz Wrona przeszedł na emeryturę rok później i nigdy nie zgodził się rozmawiać o tamtym tygodniu — ani z dziennikarzami, którzy próbowali dotrzeć do niego w latach dziewięćdziesiątych, ani z własnym synem Piotrem, który pytał wprost, siadając naprzeciw niego przy niedzielnym obiedzie i odkładając widelec, żeby ojciec wiedział, że pytanie jest poważne. Wrona wtedy tylko wstał od stołu i wyszedł do ogrodu przycinać porzeczki, zostawiając talerz nietknięty.

Zmarł w 2011 roku. W szufladzie biurka, obok starych legitymacji górniczych, żona znalazła kopertę z jedną kartką — szkicem ulicy z placem i wodotryskiem pośrodku, narysowanym jego ręką, z zaznaczoną strzałką przy budynku ratusza i podpisem: „drzwi — klamka u M.S.".

Piotr wziął od matki tę kartkę dopiero po pogrzebie. Pojechał do Marka Sobczyka, dziś sześćdziesięcioletniego emeryta, który bez słowa poszedł do komody w przedpokoju i wyjął z niej zawiniątko z gazety. Rozwinął je na stole kuchennym. Leżała w nim zardzewiała klamka, wypolerowana od częstego dotykania jednym palcem, jakby ktoś przez lata sprawdzał, czy naprawdę jest ciężka i naprawdę istnieje.

— Twój ojciec kazał mi ją zatrzymać — powiedział Marek. — Mówił, że dopóki ktoś ją trzyma w ręku, to miasto tam na dole nie jest bajką, tylko czymś, co się naprawdę stało.

Piotr wziął klamkę do ręki. Była chłodna i cięższa, niż się spodziewał, a na jej powierzchni, pod warstwą rdzy, dało się wyczuć opuszkami palców wgłębienia — jakby kiedyś dawno ktoś wybił w metalu litery, które ścierł czas.

Oceń artykuł
TwojaCena
Tunel pod Nadolinem