Kociak spod bloku przy Grunwaldzkiej

Nazywam się Halina Wrona, mam sześćdziesiąt trzy lata i mieszkam w Bytomiu, na trzecim piętrze bloku z wielkiej płyty, gdzie zimą grzejniki ledwo dają radę, a w klatce schodowej od lat pachnie kapuśniakiem sąsiadki z parteru. Kotkę mam od pięciu lat. Nazywa się Zdzicha — imię wymyśliła moja wnuczka, śmiejąc się, że taka poważna kocica potrzebuje poważnego imienia po dziadku.

Zdzicha trafiła do mnie z tymczasowego przytuliska przy ulicy Siemianowickiej. Weterynarz od razu powiedział, że jest po ciężkiej operacji i nigdy nie będzie miała młodych. Sterylizacja ratunkowa, robiona w pośpiechu, bo znaleziono ją w kontenerze na śmieci za marketem, wychudzoną, z raną na łapie. Nie zawahałam się ani chwili. Podpisałam papiery, zapłaciłam sto dwadzieścia złotych za transport i zabrałam ją do domu tego samego wieczoru.

Przez pięć lat była moim cichym cieniem. Siadała na parapecie, kiedy piłam kawę przed telewizorem, oglądając wiadomości lokalne. Spała u nóg, kiedy bolały mnie kolana i nie mogłam zasnąć. Nigdy nie miałam złudzeń, że będzie matką. Nie o to przecież chodziło. Kochałam ją za to, jaka jest — nie za to, co mogłaby mi dać.

Wczorajszej nocy, gdzieś koło wpół do drugiej, obudził mnie dźwięk, jakby coś skrobało o framugę drzwi do sypialni. Pomyślałam, że to może być awaria albo ktoś się włamuje, bo ostatnio w naszej klatce było głośno o kradzieżach rowerów z piwnic. Serce łomotało mi tak, że słyszałam je w uszach, kiedy sięgałam po włącznik lampki. Ale to była Zdzicha. Stała w progu, a w pysku trzymała coś malutkiego, coś co się poruszało i piszczało cieniutkim głosem.

Podeszła do łóżka bez pośpiechu, krok za krokiem po zimnej podłodze, i położyła to coś dokładnie przy moich stopach. Zapaliłam lampkę nocną. To był kociak, może dwutygodniowy, cały mokry, drżący, z zamkniętymi jeszcze oczkami. Ktoś musiał go zostawić na klatce schodowej albo w piwnicy — pod blokiem od miesiąca kręci się kilka bezdomnych kotów, sąsiedzi dokarmiają je resztkami przy śmietniku.

Nie wiem, jak Zdzicha go znalazła. Nie wiem, ile czasu szukała, zanim trafiła na te piski dochodzące skądś z ciemności. Wiem tylko, że wróciła po niego — mimo że okno w kuchni było uchylone tylko na kilka centymetrów, akurat tyle, żeby się przecisnąć.

Usiadła obok kociaka i zamarła w bezruchu, jakby czekała na mój następny ruch. Nie miauczała, nic nie musiała mówić. To było tak, jakby mówiła: znalazłam go, teraz twoja kolej. Ja go przyniosłam, ty wiesz, co robić dalej.

Ręce same sięgnęły po stary ręcznik frotte, żeby owinąć malucha. Kociak był lodowaty, sztywniejący, a jego pisk z każdą minutą cichszy, jakby zamiast krzyczeć, tylko wzdychał. Zdzicha, która nigdy nie mogła urodzić własnych dzieci, w tę noc postanowiła zostać matką na swój sposób. Bez krzyku, bez zamieszania, bez niczego, co przypominałoby dramat. Po prostu przyniosła życie i położyła je przy moich stopach.

O trzeciej nad ranem zadzwoniłam do znajomej z fundacji „Kocia Łapa", która zajmuje się kotami z ulicy. Powiedziała, że bez matki karmiącej kociak potrzebuje mleka zastępczego co dwie godziny, najlepiej preparatu z apteki weterynaryjnej, nie krowiego mleka, bo mu zaszkodzi, i że taki wychłodzony maluch może nie dożyć do rana, jeśli szybko go nie ogrzeję. Owinęłam ręcznik ciepłą butelką po wodzie i trzymałam go przy sobie pod kołdrą, licząc minuty do świtu. O szóstej rano byłam już pod całodobową lecznicą na Piekarskiej, kupiłam butelkę mieszanki za trzydzieści pięć złotych i małą smoczkową buteleczkę.

Zdzicha nie odstępowała kociaka na krok. Kiedy karmiłam go z buteleczki, siedziała tuż obok, wpatrzona, jakby pilnowała, czy robię to dobrze. Kiedy skończyłam, sama zaczęła go wylizywać, dokładnie tak, jak robią to prawdziwe matki — brzuszek, żeby pomóc mu się załatwić, uszy, łapki. Nikt jej tego nie nauczył. Po prostu wiedziała.

Nazwałam go Bolek, bo urodził się chyba gdzieś w okolicy pomnika na placu Bolesława Chrobrego, sądząc po tym, gdzie sąsiadka widziała bezpańskie koty. Zapisałam go już na pierwszą wizytę kontrolną na dwudziestego września, kupiłam transporter i miskę z napisem „mały".

Sąsiadka z dołu, pani Renata, zapytała mnie dziś rano na klatce, skąd wzięłam drugiego kota. Opowiedziałam jej wszystko, stojąc przy skrzynkach na listy, a ona tylko pokręciła głową i powiedziała, że u niej kot nigdy by tak nie zrobił, bo jej Filemon myśli tylko o żarciu. Może i ma rację. Może to akurat Zdzicha jest wyjątkowa.

Teraz siedzę przy stole kuchennym z kubkiem herbaty, już zimnej, bo zapomniałam o niej przez ostatnią godzinę. Zdzicha leży zwinięta wokół Bolka na starym swetrze, który mu podłożyłam pod bok, a ja słyszę tylko cichutkie mlaskanie, kiedy śpi i we śnie ssie kącik koca. Za oknem latarnia przy Grunwaldzkiej rzuca żółte pasmo światła na parapet, a lodówka w kuchni klika co jakiś czas, wznawiając pracę.

Oceń artykuł
TwojaCena
Kociak spod bloku przy Grunwaldzkiej