Dłoń Koby w dłoni pielęgniarki

Ważył sto osiemdziesiąt sześć kilogramów. Jednym ruchem łapy mógłby złamać komuś rękę jak zapałkę. A jednak to właśnie ten kolos z wrocławskiego ogrodu zoologicznego trafił na zdjęcie, które w ciągu doby obiegło skrzynki mailowe pół Europy.

Goryl nizinny Koba mieszkał we Wrocławiu od 2011 roku. Raz na dwa lata przechodził pełny przegląd weterynaryjny w narkozie — serce, zęby, oczy, stawy, mięśnie. Procedura nie z przyjemnych, ale konieczna, więc nikt nie odpuszczał żadnego badania, choćby zwierzę wyglądało na okaz zdrowia.

Tego dnia, w połowie marca, w sali zabiegowej pachniało środkiem dezynfekcyjnym i mokrą słomą wniesioną z wybiegu na butach opiekunów. Za oknem walił deszcz ze śniegiem, typowy dla Wrocławia w tej porze roku — ani zima, ani wiosna, tylko coś pomiędzy, co każe otulać się kurtką aż do kwietnia. Na korytarzu ktoś zostawił włączone radio, cicho leciała stara piosenka Maryli Rodowicz, nikt nie miał czasu jej wyłączyć.

Przy głowie zwierzęcia stała pielęgniarka weterynaryjna, Agnieszka Wróbel. Przed narkozą, jeszcze zanim Koba zasnął, pochyliła się nad kratą i powiedziała mu to samo co zawsze przy takich okazjach: „No dobra, stary, znowu cię pokłujemy, ale potem dostaniesz banany za odwagę". Golił ją znał od dwunastu lat — od czasu, gdy jako młody samiec przyjechał do Wrocławia i to ona uczyła się rozpoznawać, kiedy jest głodny, a kiedy tylko znudzony.

Kobę ułożono na stole zabiegowym. Kardiolog przykładał głowicę USG do klatki piersiowej, druga lekarka sprawdzała zgryz, trzecia notowała parametry na kartce przypiętej do klipboardu. Agnieszka pilnowała kroplówki, nie odrywając oczu od cyfr na monitorze tętna.

W połowie badania linia na ekranie zaczęła się rwać. Tętno spadło, potem znów skoczyło, nierówno, jakby serce się wahało.

— Mamy spadek — powiedziała Agnieszka, głosem spokojnym na tyle, na ile pozwalała jej wyszkolona krtań, choć palce na przycisku pompy infuzyjnej zacisnęły się mocniej.

Kardiolog natychmiast przesunęła głowicę USG wyżej, druga lekarka odłożyła narzędzia do zgryzu i podeszła bliżej, gotowa podać lek. Przez kilkanaście sekund nikt się nie odzywał, tylko monitor piszczał nierówno, a deszcz ze śniegiem walił w szybę jakby chciał się dostać do środka.

I wtedy to się stało. Fotograf zoo, Marek Dudkowiak, akurat zmieniał obiektyw, kiedy zobaczył, jak wielka czarna dłoń goryla unosi się z blatu i obejmuje rękę Agnieszki. Nie szarpnięcie, nie odruch pod narkozą — spokojny, właściwie delikatny uścisk, jakby zwierzę, nawet nieprzytomne, chciało się czegoś przytrzymać albo kogoś przytrzymać przy sobie.

Agnieszka nie cofnęła dłoni. Trzymała ją tak, jak trzymała pompę drugą ręką, i wypowiedziała tylko jedno słowo do kardiolog:

— Puls?

— Wraca — odpowiedziała lekarka po chwili, która ciągnęła się dłużej niż powinna. — Stabilizuje się.

Dopiero wtedy Dudkowiak zdążył złapać kadr — dłoń w dłoni, na tle monitora, którego linia znów zaczynała iść równo.

Później mówił dziennikarzom, że dopiero przykładając własną dłoń obok łapy Koby, żeby porównać rozmiar do zdjęcia archiwalnego, naprawdę pojął, ile siły drzemie w tym ciele — jego dłoń zniknęła w niej niemal cała, jak dziecięca rączka w rękawicy bokserskiej ojca.

Badanie zakończyło się dobrą wiadomością: serce w normie po tym jednym niepokojącym epizodzie, zęby bez próchnicy, stawy sprawne jak u dużo młodszego osobnika. Koba obudził się dwie godziny później w swojej kwaterze, zjadł podwójną porcję bananów i wrócił do grupy tak, jakby nic się nie stało.

Zdjęcie Dudkowiak wrzucił na profil zoo tego samego wieczoru, bez komentarza, tylko z opisem gatunku i datą badania. Nazajutrz rano telefon w dziale marketingu dzwonił bez przerwy — pytania od redakcji z Warszawy, z Berlina, nawet z portalu w Kanadzie.

Goryle nizinne zachodnie są krytycznie zagrożone wyginięciem, a Koba jako uczestnik europejskiego programu hodowli zachowawczej jest wpisany do międzynarodowej księgi rodowodowej gatunku — jeden z niewielu, więc każdy epizod przy stole zabiegowym waży więcej, niż mogłoby się wydawać z fotografii.

Agnieszka nie chciała rozmawiać z dziennikarzami. Powiedziała tylko jednej lokalnej gazecie, że tamtego dnia po prostu robiła swoją pracę, tak jak robi ją co dwa lata, i że nie spodziewała się, że ktokolwiek to zdjęcie w ogóle zobaczy poza salą zabiegową.

Miesiąc później zoo dostało pocztą kopertę bez adresu zwrotnego — w środku dziecięcy rysunek: czarny goryl trzymający za rękę postać w białym fartuchu, a pod spodem napisane pisakiem, krzywymi literami: „Dla Koby, żeby zawsze był zdrowy". Rysunek powiesili w korytarzu przy sali zabiegowej, tuż nad biurkiem, gdzie Agnieszka wypełnia karty badań. Wisi tam do dziś.

Oceń artykuł
TwojaCena
Dłoń Koby w dłoni pielęgniarki