Warsztat po Henryku
Nazywam się Dominik Rzepka i to ja jestem tym zięciem, o którym teściowa opowiadała sąsiadkom przez trzy miesiące, jakbym był bandytą z filmu. A było tak: cztery lata temu, jeszcze za życia Henryka, teścia, przerobiliśmy razem starą stolarnię przy Kolejowej w Wołominie na warsztat samochodowy. Ja wkładałem robotę, on wkładał pieniądze i papiery — bo to była jego działka, dostał ją po rodzicach jeszcze w latach dziewięćdziesiątych. Umówiliśmy się ustnie, że kiedyś przepisze połowę na mnie. Nigdy nie zdążył. Zmarł w lutym, nagle, na serce, w garażu, z kluczem nastawnym w ręku.
Teściowa, Zofia Kwiatkowska, przyjechała na pogrzeb z Radomia i została. Miała siedemdziesiąt jeden lat i to spojrzenie, które mówiło, że wszystko, co widzi, jest jej krzywdą. Nie miałem jej za złe żalu — sam płakałem trzy dni. Miałem jej za złe co innego: że dzień po stypie zaczęła pytać, gdzie są dokumenty warsztatu.
Powiem szczerze — bałem się. Nie mieliśmy nic na piśmie. Henryk obiecywał, ale obietnica to nie akt notarialny, a ja wiedziałem, że jeśli Zofia zechce, może sprzedać ziemię komuś obcemu i wystawić mnie za drzwi razem z dwunastoma podnośnikami i klientami, których zbierałem cztery lata. Nie spałem po nocach, licząc, ile jestem winien leasingu za sprężarkę. Bałem się jak cholera, a strach u mężczyzny czasem wygląda jak chamstwo — teraz to rozumiem.
Zacząłem się zamykać w warsztacie, nie odpowiadać na jej pytania wprost, mijać ją w korytarzu bez słowa. Kiedy pytała, ile zarabiam na miesiąc, mówiłem, że to nie jej sprawa. Ona to zapamiętała jako chamstwo zięcia. Ja zapamiętałem to jako obronę przed kobietą, która w każdej rozmowie wspominała, że „ziemia jest moja, mogę z nią zrobić, co chcę".
To, czego ona wtedy nie widziała: ja każdego wieczoru siadałem z żoną, Anitą, przy kuchennym stole i liczyłem, na ile miesięcy starczy nam oszczędności, gdyby matka postanowiła sprzedać. Widziałem plakietkę z cenami olejów, którą Henryk sam malował pędzlem na desce — nie miałem odwagi jej zdjąć, bo to by znaczyło, że się poddaję. Anita gotowała żurek w każdą niedzielę, bo to była ulubiona zupa ojca, i podawała go w milczeniu, bo rozmawianie o nim jeszcze bolało za bardzo.
W kwietniu Zofia oznajmiła przy kolacji, że umówiła się z rzeczoznawcą, żeby wycenił działkę. Powiedziała to między jednym kęsem żurku a drugim, jakby mówiła o pogodzie. Anita odłożyła łyżkę. Ja spytałem tylko: — Po co?
— Żeby wiedzieć, ile jest warta — odpowiedziała. — Zanim coś postanowię.
Nie krzyczałem. Wstałem, wyszedłem do warsztatu, zamknąłem za sobą metalowe drzwi i siedziałem tam do drugiej w nocy między podnośnikami, patrząc na tablicę z cenami napisaną ręką teścia. Wtedy pomyślałem po raz pierwszy, że może naprawdę wszystko stracę — cztery lata roboty, klientów, których znałem po imieniu, miejsce, w którym czułem ojca bardziej niż na cmentarzu.
Rzeczoznawca przyjechał w maju, chudy facet w brązowej marynarce, z laptopem i taśmą mierniczą. Chodził po warsztacie, mierzył ściany, robił zdjęcia podnośnika hydraulicznego, którego sam kupiłem za dwanaście tysięcy złotych z własnej kieszeni. Stałem w kącie i patrzyłem, jak obcy człowiek szacuje miejsce, w którym zostawiłem paznokcie i kręgosłup.
Wycena wyszła na sto dziewięćdziesiąt tysięcy złotych za działkę z zabudową. Zofia przyniosła papier do domu i położyła go na stole, nie mówiąc słowa. Ja też nic nie powiedziałem. Wyszedłem na papierosa, którego nie paliłem od trzech lat.
Tydzień później zadzwoniła do mnie sama, nie przez Anitę, tylko bezpośrednio, pierwszy raz od pogrzebu.
— Przyjedź do notariusza w piątek, na dziesiątą — powiedziała. — Rejent Kowalczyk, ulica Żeromskiego trzynaście.
Myślałem, że to koniec. Że jedzie sprzedawać i chce, żebym się wyprowadził z żelaznym spokojem, zamiast robić scenę. Powiedziałem Anicie, że może szukać pracy w biurze rachunkowym u kuzynki, bo warsztat pewnie przepadnie.
W piątek stanąłem przed kancelarią pół godziny wcześniej, w czystej koszuli, którą Anita wyprasowała mi w milczeniu przy śniadaniu. Zofia przyszła w swoim niedzielnym płaszczu, z teczką pod pachą — tą samą teczką, w której Henryk trzymał kiedyś dokumenty samochodu.
Rejent Kowalczyk, kobieta może po pięćdziesiątce, w okularach na łańcuszku, otworzyła teczkę i zaczęła czytać na głos: darowizna połowy działki wraz z zabudowaniami warsztatowymi na rzecz Dominika Rzepki, zięcia, w związku z wieloletnim wkładem pracy własnej w rozbudowę nieruchomości.
Nie zrozumiałem od razu. Patrzyłem na Zofię, a ona patrzyła na dokument, nie na mnie.
— Henryk chciał to zrobić — powiedziała, kiedy rejent skończyła czytać. — Nie zdążył. Ja tylko dokończyłam papierkową robotę.
— A wycena? — spytałem, bo głos mi się łamał, a pytanie samo wyskoczyło. — Rzeczoznawca?
— Musiałam wiedzieć, ile oddaję — odparła. — Żebyś ty też wiedział, co dostajesz. Żeby nikt nigdy nie powiedział, że babska głupota podarowała chłopu majątek, nie licząc się z niczym.
Podpisałem tam, przy biurku rejenta, długopisem, który drżał mi w palcach bardziej niż podczas ślubu. Zofia podpisała po mnie, bez jednego słowa więcej, jakby to była zwykła sprawa urzędowa, a nie coś, co przewracało mi cały rok do góry nogami.
Na zewnątrz, na chodniku przy Żeromskiego, wyjęła z teczki jeszcze jedną kartkę — złożoną na pół, pożółkłą po brzegach.
— To pisał w grudniu — powiedziała. — Znalazłam w szufladzie warsztatowej, pod instrukcją do sprężarki. Chciał ci to dać na Wigilię.
Kartka była zapisana ołówkiem, ręką Henryka: „Dominik, warsztat i tak jest twój, tylko papierów jeszcze nie zdążyłem załatwić. Nie daj się Zosi zastraszyć, ona ma dobre serce, tylko musi się przekonać, że traktujesz to poważnie, tak jak ja".
Stałem na chodniku z tą kartką i nie mogłem oddychać normalnie przez minutę. Zofia patrzyła gdzieś w bok, na przystanek autobusowy, i nie próbowała nic mówić.
— Dlaczego nie dałaś mi jej wcześniej? — spytałem w końcu.
— Bo wtedy była tylko obietnicą na papierze od ręki. A teraz jest umową u notariusza, z twoim nazwiskiem, na wycenionej działce. Chciałam, żebyś dostał coś, czego nikt nie zdoła ci odebrać, a nie kawałek papieru, który podważy pierwszy lepszy adwokat.
W niedzielę Anita znowu ugotowała żurek, ale tym razem postawiła cztery talerze — dla nas dwojga, dla Zofii i jeden pusty, dla Henryka, tak jak robiła jego matka w rodzinnym domu w Radomiu. Zofia usiadła przy pustym talerzu, popatrzyła na niego chwilę, a potem przełożyła sobie na spodeczek dwa kawałki chleba, jakby wciąż go tu miała nakarmić.
Warsztat przy Kolejowej działa dalej. Na drzwiach wisi teraz mosiężna tabliczka — sam ją kupiłem, sam przykręciłem — z napisem „Warsztat Samochodowy Rzepka-Kwiatkowski". Zofia przyjeżdża z Radomia raz w miesiącu, siada na krześle w rogu, pije herbatę z termosu i patrzy, jak pracuję, nie odzywając się przez godzinę. A ja już się tego nie boję.




