Renata Kowalczyk liczyła kilometry nie na liczniku, tylko na palcach — cztery godziny czterdzieści minut, jeśli nie było korków na A2 za Poznaniem. Jechała tą trasą już siedemnasty raz w tym roku, zawsze tym samym starym oplem astra, zawsze z tą samą torbą, w której wiozła słoiki ogórków kiszonych i sernik zawinięty w ręcznik kuchenny, żeby się nie potłukł.
Syn, Mikołaj, wyjechał z Bydgoszczy do Wrocławia jedenaście lat temu. Najpierw studia, potem praca w firmie od oprogramowania, potem Kasia — synowa, którą Renata polubiła od razu, mimo że ta na początku bała się teściowej jak ognia. Potem dziecko. Wnuczka, Zosia, miała teraz sześć lat i mówiła "babcia Bydgoszcz", żeby odróżnić Renatę od drugiej babci, tej spod Wrocławia.
Renata pracowała w przychodni jako pielęgniarka, na pół etatu, odkąd przeszła na wcześniejszą emeryturę zdrowotną trzy lata temu. Miała czas. Za dużo czasu, jak mawiała jej siostra Grażyna, i za mało pieniędzy, żeby ten czas wypełnić czymkolwiek poza jeżdżeniem do Wrocławia.
Nie zawsze tak było. Pierwsze lata po wyjeździe Mikołaja Renata dzwoniła co drugi dzień, a syn odbierał coraz rzadziej, coraz krócej. "Mamo, jestem w pracy". "Mamo, Zosia śpi, oddzwonię". Nie oddzwaniał. Renata siadała wtedy przy oknie w swoim mieszkaniu na Wyżynach, patrzyła na plac zabaw naprzeciwko, na te same huśtawki, na których kiedyś huśtała Mikołaja, i myślała, że może syn po prostu przestał jej potrzebować.
Grażyna mówiła: "Puść go. Ma swoje życie". Renata kiwała głową, ale nie potrafiła.
Zmieniło się to w marcu, dwa lata temu. Renata pojechała do Wrocławia bez zapowiedzi — coś, czego nigdy wcześniej nie robiła, bo bała się być natrętna. Zastała Mikołaja w kuchni, sam, z Zosią na kolanach, dziewczynka miała gorączkę, Kasia była w delegacji w Katowicach. Syn wyglądał, jakby nie spał od dwóch dni. Renata zdjęła płaszcz, umyła ręce, ugotowała rosół z tego, co znalazła w lodówce, i została na trzy dni.
Nikt jej o to nie prosił. Ale od tamtej wizyty coś się poluzowało. Mikołaj zaczął dzwonić sam, bez powodu, czasem tylko żeby powiedzieć, że Zosia nauczyła się jeździć na rowerze albo że w pracy dali mu awans. Kasia zaczęła pisać esemesy z przepisami — pytała, jak Renata robi bigos, bo Mikołaj ciągle o nim wspominał.
We wrześniu tego roku, w piątek, Renata dostała telefon o dziewiątej wieczorem. Numer Mikołaja.
— Mamo, przyjedziesz w weekend? — spytał, a w tle było słychać, jak Zosia krzyczy coś o jakimś rysunku.
— Coś się stało?
— Nie, nic się nie stało. Po prostu… dawno cię nie było. Kasia piecze szarlotkę, Zosia chce ci pokazać, że umie już czytać.
Renata stała w kuchni z telefonem przy uchu i patrzyła na kalendarz przyklejony do lodówki magnesem z Krynicy. Weekend miała wolny. Zawsze miała wolny.
— Wyjadę w sobotę rano — powiedziała.
W sobotę, kwadrans po szóstej, zapakowała do bagażnika sernik, dwa słoiki ogórków i sweter, który zrobiła na drutach dla Zosi, za duży o rozmiar, bo dziewczynka rosła szybciej, niż Renata zdążała robić na drutach. Na stacji Orlen pod Koninem wypiła kawę z automatu, gorzką, za trzy złote pięćdziesiąt, i zjadła drożdżówkę, bo nie zdążyła zjeść śniadania.
Do Wrocławia dotarła kwadrans po jedenastej. Mikołaj czekał przed blokiem, bez kurtki, mimo że było chłodno jak na wrzesień. Otworzył jej drzwi samochodu, zanim zdążyła zgasić silnik.
— Długo jechałaś?
— Cztery godziny czterdzieści. Bez korków.
Zosia wybiegła z klatki w piżamie w jeżyki, chociaż była pora obiadu, i rzuciła się Renacie na szyję tak mocno, że babcia straciła równowagę i musiała się oprzeć o samochód.
— Umiem czytać! Umiem czytać całą książkę o krecie!
— To mi przeczytasz po obiedzie, dobrze?
Kasia stała w drzwiach z rękawicą kuchenną w dłoni, pachniała cynamonem i jabłkami. Uściskała Renatę krótko, ale mocno.
— Szarlotka jeszcze piętnaście minut. Wejdź, zrobię ci herbatę.
Renata usiadła w tej samej kuchni, w której trzy lata temu gotowała rosół z gorączkującą wnuczką na kolanach syna. Kuchnia się zmieniła — nowe płytki, nowa lodówka — ale zapach był ten sam, zapach domu, w którym ktoś na nią czekał.
Po obiedzie Zosia usiadła jej na kolanach z książką o krecie i czytała, sylabizując, zacinając się na trudniejszych słowach, a Mikołaj stał oparty o framugę i patrzył na to bez słowa, z rękami w kieszeniach spodni.
— Wiesz — powiedział w pewnym momencie, kiedy Zosia pobiegła po kolejną książkę — czasem myślę, że powinienem był dzwonić częściej. Wcześniej.
Renata nie odpowiedziała od razu. Odłożyła filiżankę na spodek.
— Dzwonisz teraz. To się liczy.
— Nie chodzi o to, że nie miałem czasu. Miałem. Po prostu… człowiek myśli, że matka zawsze tam będzie, więc się nie spieszy.
— Jestem tu — powiedziała Renata. — Cztery godziny czterdzieści minut stąd, ale jestem.
Wieczorem, kiedy Zosia już spała, a Kasia zmywała naczynia, Mikołaj wyniósł na balkon dwa kubki herbaty i usiedli razem, patrząc na światła osiedla. Renata wyjęła z torebki mały notes — te same notatki, które prowadziła od lat, z datami wizyt, wagą Zosi przy urodzeniu, pierwszym słowem wnuczki. Dopisała: "14 września — Zosia czyta całe zdania. Szarlotka. Mikołaj powiedział, że powinien dzwonić częściej".
— Co tam piszesz? — spytał syn.
— Nic ważnego. Stare przyzwyczajenie.
Nie powiedziała mu, że ten notes to jedyna rzecz, która trzymała ją przy życiu w te lata, kiedy telefon milczał tygodniami. Nie musiała. Wystarczyło, że siedzieli teraz obok siebie, w ciszy przerywanej tylko szczekaniem sąsiedzkiego psa gdzieś na dole i szumem telewizora dobiegającym zza ściany.
W niedzielę, przed wyjazdem, Zosia wcisnęła babci do ręki rysunek — dom, cztery postacie trzymające się za ręce, i podpis niewprawnym pismem: "MOJA RODZINA". Renata schowała kartkę do tej samej torby, w której przywiozła sernik, teraz pustej.
— Zadzwoń, jak dojedziesz — powiedział Mikołaj, przytrzymując otwarte drzwi samochodu.
— Zadzwonię.
I zadzwoniła, cztery godziny czterdzieści minut później, z parkingu pod swoim blokiem na Wyżynach, patrząc na te same huśtawki, na których kiedyś bujała syna. Powiedziała tylko, że dojechała bezpiecznie, że droga była pusta, że do zobaczenia za dwa tygodnie. Odłożyła telefon, wzięła rysunek Zosi i przypięła go magnesem z Krynicy obok kalendarza, tam gdzie mogła go widzieć każdego ranka, robiąc sobie kawę przed pustym jeszcze dniem.




