Słowo, które zmieniło Odyseusza: przekład Zofii Kraińskiej z Torunia

Zofia Kraińska miała czterdzieści trzy lata, gdy w toruńskim mieszkaniu przy ulicy Mostowej, między stosem słowników a wystygłą herbatą, skreśliła w rękopisie jedno słowo i zapisała inne. To był środek lutego, za oknem szarzało już o piętnastej, a ona siedziała nad greckim tekstem sprzed dwóch i pół tysiąca lat i zastanawiała się, dlaczego przez sto pięćdziesiąt lat nikt nie zapytał, co właściwie znaczy to jedno greckie słowo na początku poematu.

Pracowała na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika, gdzie od dwunastu lat wykładała filologię klasyczną studentom, którzy przychodzili na zajęcia z termosami kawy i pytaniami w rodzaju: „a po co nam dziś Homer". Tłumaczeniem Odysei zajęła się właściwie przypadkiem — recenzowała czyjś doktorat, natrafiła na fragment o niewolnicach w domu Odyseusza i coś jej nie zagrało. Wszystkie polskie przekłady, które znała, nazywały te kobiety „służącymi" albo „dziewkami". W oryginale stało co innego.

Wydawnictwo z Poznania zapłaciło jej za ten przekład osiemnaście tysięcy złotych zaliczki i planowało nakład dwóch tysięcy egzemplarzy — pierwszy nowy polski przekład Odysei od trzydziestu lat. Umowę podpisała w styczniu, oddanie maszynopisu miała na koniec kwietnia. Trzy miesiące na dwadzieścia cztery pieśni, po godzinach, między zajęciami a odbieraniem Marcina z liceum.

Zaczęła od pierwszego wersu. Odyseusz określony jest po grecku słowem polytropos — kimś, kto ma wiele sposobów, kto zmienia kierunek, kto trudno daje się zaszufladkować. Napisała: „człowiek skomplikowany". Koleżanka z katedry, kiedy usłyszała to na korytarzu, tylko uniosła brwi i powiedziała: „Zosiu, ty go oczerniasz". Zofia odpowiedziała, że nie oczernia — po prostu nie upiększa.

Ale prawdziwy problem czekał w pieśni dwudziestej drugiej. Greckie słowo dmōaí — kobiety będące własnością domu, bez prawa odmowy, bez możliwości wyjścia. Dotychczasowe przekłady nazywały je „służącymi" albo „dziewczętami z dworu". Zofia napisała: „niewolnice". Siedziała nad tym zdaniem do drugiej w nocy, kartka za kartką lądowała zmięta obok kosza, bo za każdym razem, gdy pisała „służące", czuła, że kłamie, a gdy pisała „niewolnice", słyszała już w głowie głosy tych, którzy powiedzą, że przesadza. Telemach każe je powiesić za to, że sypiały z zalotnikami matki. Ze „służącymi" to była opowieść o niewiernych sługach. Z „niewolnicami" — o kobietach, które nie miały wyboru ani wtedy, gdy zalotnicy je zmuszali, ani wtedy, gdy poniosły za to karę.

O drugiej w nocy zadzwoniła do swojej promotorki z krakowskich czasów, siedemdziesięcioletniej profesor Halszki Wodzickiej, która nie spała, bo nigdy nie spała przed czwartą. Zofia przeczytała jej fragment na głos, prosto z ekranu laptopa, w kuchni, żeby nie obudzić Marcina.

— I co, boisz się tego słowa? — spytała Wodzicka.

— Boję się, że wydawnictwo je wytnie.

— To niech tną. Ale ty go nie zmieniaj.

Rano wysłała fragment do redaktora prowadzącego, Piotra Zalewskiego, z dopiskiem, że to jest wersja ostateczna. Odpisał po dwóch dniach: chciałby przedyskutować „niewolnice" — nie usunąć, ale doprecyzować, „czy to nie zabrzmi zbyt mocno dla czytelnika przyzwyczajonego do szkolnych wypisów". Zofia odpisała, że mocniej brzmi rzeczywistość, którą opisuje Homer, a nie słowo, które ją nazywa. Zostawił.

Marcin wpadał czasem do gabinetu po drugie śniadanie. Kiedyś usiadł i przeczytał fragment o Penelopie. „Mamo, ona przez dwadzieścia lat robiła jedno i to samo — tkała i pruła" — powiedział, marszcząc nos nad kanapką z szynką. Zofia odłożyła długopis i powiedziała mu tylko, że to nie było czekanie z założonymi rękami, tylko strategia rozciągnięta na lata. Marcin wzruszył ramionami i wrócił do siebie. Nie dopytywał więcej — a ona, odprowadzając go wzrokiem do drzwi, pomyślała, że on też widzi w niej głównie kogoś, kto siedzi nad książką i nie ma dla niego czasu, a nie kogoś, kto akurat teraz, w tym zdaniu, walczy o coś, co nazwie się w recenzjach „kontrowersją".

Maszynopis oddała w kwietniu, dzień przed terminem. Przekład ukazał się jesienią, w twardej oprawie, z odautorskim posłowiem na trzydziestu stronach.

W listopadzie, na Targach Książki Historycznej w Warszawie, profesor Bogdan Radwański z Uniwersytetu Warszawskiego, autor własnego, niedokończonego przekładu Odysei, nad którym pracował od lat, podszedł do stolika, przy którym Zofia podpisywała egzemplarze.

— Pani doktor unowocześnia Homera ponad miarę — powiedział, biorąc do ręki jej książkę i przekładając kartki jak coś, co go brzydzi. — „Niewolnice". Homer pisał eposy, nie akta oskarżenia.

— Homer napisał dmōaí — odpowiedziała Zofia, nie przestając podpisywać kolejki, która czekała za nim. — Ja tylko przestałam to tłumaczyć na „służące".

— To będzie się czytać w szkołach.

— Właśnie dlatego to napisałam.

Radwański odłożył egzemplarz na stolik, nie kupując, i odszedł bez słowa. Kolejka za nim milczała przez chwilę, aż jakaś studentka z plikiem książek pod pachą powiedziała cicho: „ja bym to kupiła i tak, i tak", i podała swój egzemplarz do podpisu.

Trzy tygodnie później recenzja Radwańskiego ukazała się w kwartalniku filologicznym — ta sama fraza o „unowocześnianiu Homera ponad miarę", rozwinięta na cztery strony. Zofia przeczytała ją przy kuchennym stole, z Marcinem odrabiającym lekcje po drugiej stronie blatu. Skończyła, złożyła kartki na pół i odłożyła obok czajnika.

— Zła recenzja? — spytał Marcin, nie podnosząc głowy znad zeszytu.

— Zła dla niego. On tłumaczy tę samą książkę od piętnastu lat i jeszcze nie skończył.

Marcin parsknął śmiechem w zeszyt, a Zofia nalała sobie herbaty, która i tak zdążyła wystygnąć, zanim zdążyła jej dotknąć.

Oceń artykuł
TwojaCena
Słowo, które zmieniło Odyseusza: przekład Zofii Kraińskiej z Torunia