Nazywam się Elżbieta Wach, mam pięćdziesiąt trzy lata i pracuję jako księgowa w firmie transportowej na obrzeżach Bydgoszczy. Mieszkam z mężem Ryszardem w bloku z wielkiej płyty przy ulicy Kruszwickiej, a piwnica pod naszym mieszkaniem jest większa niż niejedna kawalerka – i to właśnie ona jest bohaterką tej historii, choć nikt by się tego nie spodziewał.
Zaczęło się dawno temu, jeszcze zanim poznałam Ryszarda. Moja babcia po wojnie nauczyła mnie, że pusta spiżarnia to zawsze zły znak. Nie chodzi o to, żeby się bać – chodzi o to, żeby liczyć. Nigdy nie kupuję jednej paczki ryżu, bo w domu akurat się skończył. Kiedy w Lidlu przy Fordońskiej zobaczyłam olej rzepakowy po cztery złote dziewięćdziesiąt dziewięć zamiast po osiem, wzięłam osiem butelek i zapłaciłam za nie gotówką odliczoną co do grosza, bo wiedziałam, że w Biedronce ta sama butelka kosztuje jedenaście. Kasjerka spojrzała na mój wózek i zapytała, czy prowadzę restaurację. Odpowiedziałam, że prowadzę dom, i to wystarczyło.
Tak samo jest z resztą. Konserwy – od razu kartonem. Cukier, sól, makaron – po sześć paczek. Karmę dla naszego kota Bazylego biorę workami, gdy sklep zoologiczny na Fordonie robi wyprzedaż sezonową. W zamrażarce leżą pierogi ruskie, mięso podzielone na porcje, mrożone warzywa. Ziemniaki i cebulę od piętnastu lat, odkąd kupiliśmy to mieszkanie z piwnicą, bierzemy jesienią workami od rolnika spod Solca Kujawskiego. We wrześniu ceny w Bydgoszczy poszybowały w górę, a ja tylko sprawdzałam, co się kończy, i dokupywałam brakujące sztuki – reszta stała już w piwnicy.
A teraz do rzeczy, bo właśnie to jest sedno tej historii.
Mój zięć, Kamil, mąż mojej córki Anety, od dawna patrzył na moje zapasy krzywym okiem. Śmiał się przy każdej okazji, że „teściowa robi zapasy jak na wojnę", że piwnica wygląda jak sklep spożywczy z PRL-u. Na weselu kuzynki wygłosił toast, w którym zażartował, że „u teściowej nawet apokalipsa nie zaskoczy, bo ma zapas papieru toaletowego na trzy pokolenia". Śmiałam się razem z innymi, ale zapamiętałam.
W marcu tego roku Kamil stracił pracę – firma logistyczna, w której był kierownikiem magazynu, zbankrutowała z dnia na dzień. Aneta zadzwoniła do mnie wieczorem, głos jej się łamał, mówiła, że rata kredytu na mieszkanie w Fordonie to tysiąc dziewięćset złotych miesięcznie, a na koncie zostało trzysta. Zapytałam, czy mogę przyjechać z jedzeniem. Zamilkła na chwilę i powiedziała: „Mamo, nie mów nic Kamilowi. On się nie zgodzi."
Przyjechałam mimo to, dwa dni później, kiedy Kamila nie było w domu – szukał pracy w Toruniu. Zostawiłam torby w kuchni: makaron, konserwy, olej, mąkę, worek ziemniaków. Aneta chowała je po szafkach, zanim mąż wrócił, jakby to była kontrabanda.
Wytrzymali tak trzy tygodnie. Potem zadzwonił do mnie sam Kamil, po raz pierwszy w życiu, i powiedział, że wpadnie po coś do jedzenia, „bo akurat jadę w tamtą stronę". Kiedy otworzyłam mu drzwi piwnicy, stanął przy regale i nie ruszał się z miejsca. Zapytałam, czy wziąć mu konserwy czy makaron. Powiedział, że makaron wystarczy, tylko jedną paczkę. Wcisnęłam mu w ręce cztery i powiedziałam, że tak jest taniej, bo kupowałam hurtem. Nie zgodził się. Postawił jedną paczkę z powrotem na regale, wziął tylko to, po co przyjechał, i wyszedł bez słowa podziękowania.
Tak było jeszcze dwa razy. Za trzecim razem przyjechał sam, bez telefonu, w środku dnia, kiedy wiedział, że Ryszarda nie ma w domu. Zastał mnie, jak akurat przekładałam mięso z torby do zamrażarki. Stanął w progu z Zosią na ręku – ma teraz dwa latka, wierciła mu się na biodrze i ciągnęła za kołnierz kurtki. Milczał tak długo, że sama zaczęłam mówić, żeby przerwać ciszę, ale on mi przerwał w pół zdania.
„Elżbieto, my nie mamy na obiad." Powiedział to szybko, jakby chciał się tego pozbyć z gardła, zanim zabraknie mu odwagi. Zosia zaczęła kwilić, bo za mocno ją trzymał. „Aneta nie wie, że tu jestem. Przyszedłem sam." Głos mu się urwał na ostatnim słowie. Stał tak, z dzieckiem na rękach, przed regałem z konserwami, które kiedyś obśmiewał na cały głos przy całej rodzinie, i nie potrafił wykrztusić nic więcej.
Wzięłam od niego Zosię, żeby miał wolne ręce, i podałam mu pustą torbę. Sam zaczął ją napełniać – makaron, olej, dwa słoiki konserw, kawałek mięsa z zamrażarki. Przy ziemniakach zatrzymał się i powiedział, patrząc w worek, a nie na mnie: „Przepraszam za te wszystkie żarty na weselu." Nie odpowiedziałam. Podałam mu tylko drugi worek na cebulę.
Przez kolejne dwa miesiące przywoził się po zapasy sam, co dwa tygodnie, zawsze tą samą torą, którą zostawiał u nas w przedpokoju, żeby ją potem znowu napełnić. W czerwcu znalazł pracę w firmie kurierskiej na Białych Błotach. Pierwszą wypłatę przyniósł do nas z butelką nalewki wiśniowej i bukietem goździków, które kupił chyba na stacji benzynowej, bo miały jeszcze cenę na folii – dwadzieścia dwa złote.
Teraz, kiedy przyjeżdżają na obiad, Kamil schodzi do piwnicy razem ze mną, sam, bez proszenia. W zeszłą sobotę stał przy regale z konserwami dłuższą chwilę i przeliczał słoiki po cichu, ruszając wargami, jakby robił inwentaryzację we własnym magazynie. Podałam mu słoik dżemu z wiśni, a on odstawił go dokładnie na środek półki z etykietą, którą sama napisałam markerem: „zapas na czarną godzinę".




