Aktor, który zamiast czerwonego dywanu wybrał obóz dla dzieci pod Przemyślem

Bartek Kowalczyk pracuje jako kierowca busa charytatywnego od trzech lat i mówi, że już dawno przestał się dziwić, kogo wozi. Ale tamtego wtorku, dwudziestego szóstego sierpnia, kiedy dostał listę pasażerów z Rzeszowa do ośrodka pod Przemyślem, przeczytał nazwisko dwa razy.

— Myślałem, że to jakiś żart kolegów z fundacji — opowiada. — Na liście, między wolontariuszką z Krakowa a psychologiem z Warszawy, stało: J. Eisenberg, tłumacz towarzyszący nie wymagany.

Nie wymagany, bo mężczyzna, który wsiadł do busa w szarej bluzie i z plecakiem podniszczonym jak po dziesięciu lotach, mówił łamaną, ale zrozumiałą ukraińszczyzną. Bartek wiedział, kim jest ten pasażer — rozpoznał go z filmu, który oglądał z córką kilka lat temu. Ale przez całą trasę nie powiedział ani słowa o tym rozpoznaniu, bo mężczyzna wyraźnie tego nie chciał. Siedział z tyłu, przeglądał jakieś fiszki z cyrylicą, wargi poruszały mu się bezgłośnie, jakby powtarzał słówka przed egzaminem.

— Zapytałem tylko, czy się nie boi jechać tak blisko granicy. Powiedział, że boi się bardziej tego, że gdzieś tam dzieci nie mają nikogo, kto by się bał razem z nimi.

Ośrodek, do którego jechali, mieścił się w dawnym domu wczasowym — betonowy blok z lat siedemdziesiątych, odnowiony w połowie, z nowymi oknami po jednej stronie i starą, łuszczącą się farbą po drugiej. Przyjęto tam grupę dzieci ewakuowanych z obwodu charkowskiego i chersońskiego — ponad siedemdziesiąt osób, niektóre bez rodziców, bo ci zostali albo zginęli.

Program nazywał się The Campfire Project i łączył terapeutów z Polski, Stanów Zjednoczonych i Ukrainy. Rysunek, teatr, taniec, warsztaty z gliny — wszystko po to, żeby dziecko przez dwie godziny myślało o kolorze farby, a nie o dźwięku syreny.

Eisenberg spędził tam cztery dni. Nie jako gwiazda, która wpada na zdjęcie i wyjeżdża — jeden z terapeutów, Ola Semenczuk, wspomina, że pierwszego dnia sam zaproponował, że pozmywa naczynia po kolacji, bo „ktoś to musi robić, a ja akurat nie mam nic do roboty".

— Rozmawiałam z nim przy tym zlewie z pół godziny — mówi Ola. — Powiedział, że rok temu zaczął się uczyć cyrylicy, bo nie chciał przyjeżdżać i prosić dzieci, żeby to one tłumaczyły dla niego. Miał zeszyt, cały zapisany, z błędami poprawianymi czerwonym długopisem. Nosił go w tej samej kieszeni co telefon.

Dla niego ten wyjazd nie był przypadkowy. Rodzina Eisenberga ma korzenie w Galicji — jego pradziadkowie pochodzili z okolic dzisiejszego Lwowa i przeżyli wojnę dzięki ludziom, którzy w tamtych latach ryzykowali życie, żeby ukryć sąsiadów. O tym powiedział tylko raz, cicho, jednej z wychowawczyń, kiedy pytała, dlaczego akurat Ukraina.

Największe wrażenie zrobiła na personelu jedna scena, która nie miała być żadnym pokazem. Trzecią noc pobytu wyła syrena alarmowa — fałszywy alarm, jak się później okazało, ale nikt tego jeszcze nie wiedział. Dzieci zbiegły do piwnicy, część w piżamach, część boso. Jeden chłopiec, może dziewięcioletni, zamarł na schodach i nie chciał iść dalej.

Eisenberg usiadł obok niego na zimnym betonowym stopniu, wyjął z kieszeni ten sam zeszyt z fiszkami i zaczął czytać na głos, po ukraińsku, z akcentem, myląc końcówki — bajkę, którą wcześniej ktoś mu podpowiedział, że chłopiec lubi. Czytał, dopóki alarm nie ucichł. Chłopiec nie odezwał się ani razu, ale trzymał go za rękaw bluzy przez całe dwadzieścia minut.

Kierownik ośrodka, pan Andrzej Wolski, mówi, że po tej nocy zapytał aktora wprost, dlaczego nie zorganizował tego przez agenta, ze zdjęciami dla mediów, z fundacją pod jego nazwiskiem.

— Odpowiedział, że jak coś jest robione dla kamery, to dzieci to czują, nawet jeśli nie umieją tego nazwać. A jak nie jest dla kamery, to jest po prostu dla nich.

Cztery dni później Bartek znów wiózł go tym samym busem, tym razem w drugą stronę, do Rzeszowa, na samolot. Eisenberg przez większość drogi milczał, patrząc w okno na pola słoneczników, już przekwitłe, pochylone ciężko ku ziemi. Zapytany, czy wróci, odpowiedział, że nie wie, czy go zaproszą — ale zeszyt zostawił sobie, bo cyrylicy jeszcze nie skończył się uczyć.

Oceń artykuł
TwojaCena
Aktor, który zamiast czerwonego dywanu wybrał obóz dla dzieci pod Przemyślem