Nazywam się Bartek Wolniak, mam trzydzieści cztery lata i od ośmiu jestem żonaty z Martą. Piszę to, bo ktoś w końcu powinien powiedzieć, jak to wygląda z mojej strony – bo ja też mam swoją wersję, tylko nikt nigdy o nią nie pytał.
Zacznę od tego, że teść, Zenon, zmarł trzy lata temu. Serce. Zostawił po sobie warsztat samochodowy przy ulicy Toruńskiej w Bydgoszczy – dwa kanały, kompresor, lakiernia na zapleczu, dwudziestu lat historii i klientów, którzy przyjeżdżali z całego miasta, bo „u Zenona nikt nie oszuka". Marta była wtedy w ciąży z naszą drugą córką, płakała po nocach, a ja… ja po prostu wziąłem się do roboty. Ktoś musiał. Teściowa, Halina, nie miała pojęcia o mechanice, a jedyny syn Zenona, Radek, mieszkał wtedy w Norwegii i przysyłał esemesy typu „trzymajcie się".
To ja przez pół roku spałem cztery godziny na dobę. To ja zarejestrowałem działalność na siebie, bo ktoś musiał podpisać papiery, a Halina bała się urzędów jak ognia. Zapłaciłem zaległości do ZUS-u z naszych oszczędności – jedenaście tysięcy złotych, pamiętam dokładnie, bo to były pieniądze odłożone na wakacje, których nigdy nie było. Wyremontowałem dach, który przeciekał od lat. Zatrudniłem drugiego mechanika, bo sam nie dawałem rady. I tak, przepisałem firmę na siebie – ale nie dlatego, że coś knułem. Zrobiłem to, bo bank nie chciał rozmawiać z firmą zawieszoną na martwego właściciela, a raty za sprężarkę same się nie spłacą.
Halina nigdy mi tego nie wybaczyła. Dla niej to było tak, jakbym ukradł jej męża po raz drugi. Nie krzyczała, nie urządzała scen – ona ma gorszy sposób. Milczy. Przy niedzielnym obiedzie podaje mi ziemniaki, nie patrząc w moją stronę, jakbym był kelnerem, a nie zięciem, który zbawiał jej dom przed komornikiem. Mówi o warsztacie „zakład Zenona", nigdy inaczej, nawet po trzech latach, nawet kiedy to ja płacę składki i wypłaty.
A ja się duszę. Bo z jednej strony rozumiem ją – to był jej mąż, jej życie, jej duma. Z drugiej – nikt nie zapytał, ile mnie to kosztowało. Marta mówi, żebym dał mamie czas. Dałem trzy lata. Ile jeszcze?
We wrześniu, w sobotę, Halina przyszła do warsztatu bez zapowiedzi. Miała na sobie ten sam brązowy płaszcz, w którym chowała Zenona. Usiadła na krześle w biurze, tym samym, na którym siadywał on, i powiedziała, że rozmawiała z prawnikiem. Że skoro firma jest „moja", to ona chce z niej połowę zysku – bo to przecież majątek po jej mężu, a ja tylko „się nim zaopiekowałem".
Stałem z kluczem nastawnym w ręku i czułem, jak mi rośnie gula w gardle. Nie z gniewu. Z tego, że po tylu nocach, po tych jedenastu tysiącach, po dachu, po fakturach, które sam wypisywałem przy kuchennym stole, kiedy Marta karmiła córkę – ona przyszła rozmawiać o połowie zysku, a nie zapytać, czy dobrze śpię.
Powiedziałem jej to wszystko. Spokojnie, bez podnoszenia głosu, bo krzyk nigdy nic u niej nie załatwiał. Powiedziałem, że jeśli chce udziałów, może je mieć – ale wtedy razem przejrzymy księgi od dnia śmierci Zenona, razem policzymy, ile włożyłem, ile ona wzięła z domu na renty i leki, i zobaczymy, komu kto jest winien.
Halina wstała, poprawiła płaszcz i wyszła bez słowa. Trzasnęły drzwi od kompresorowni, bo akurat wiał wiatr od torów kolejowych, i przez chwilę myślałem, że to na dobre koniec – że jutro przyjedzie z Radkiem i adwokatem, i będziemy się szarpać w sądzie o śrubokręty.
Ale w poniedziałek przyszła znowu. Bez płaszcza tym razem, w zwykłej kurtce. Położyła na biurku kopertę. W środku była kopia aktu notarialnego – przepisała swoją część mieszkania po Zenonie na Martę i na dzieci, zostawiając sobie dożywotnie prawo mieszkania. A do tego krótką kartkę: „Warsztat jest twój. Ja się o niego nie umiem zająć, a ty się umiesz. Ziemniaki będę ci teraz nakładać pierwszemu."
Nie powiedziała nic więcej. Wzięła z półki starą zdjęcie Zenona przy pierwszym citroenie, które kiedyś naprawiał, i schowała je do torebki. Powiedziałem tylko: „Dziękuję, mamo." Pierwszy raz w życiu nazwałem ją tak na głos, i chyba oboje udawaliśmy, że tego nie usłyszeliśmy.




