Zagadka egzaminacyjna, którą oblałam przez jedną cegłę
Miałam trzydzieści cztery lata i pracowałam jako księgowa w hurtowni budowlanej na obrzeżach Poznania, kiedy postanowiłam wreszcie zdać kurs na doradcę podatkowego. Osiem lat odkładałam ten egzamin. Za każdym razem znajdował się jakiś powód: urlop macierzyński, przeprowadzka, choroba matki. Tym razem kupiłam bilet na pociąg do Warszawy, zapłaciłam sto dwadzieścia złotych za nocleg w pokoju gościnnym przy ulicy Marszałkowskiej i wieczorem przed egzaminem trzy razy przeczytałam ten sam paragraf ustawy o VAT, nie rozumiejąc z niego ani słowa.
Egzaminator nazywał się Wiesław Kraiński. Mężczyzna po sześćdziesiątce, w za dużej marynarce, z termosem herbaty postawionym dokładnie na środku biurka. Zanim zaczął zadawać pytania z ustawy, powiedział, że najpierw sprawdzi, czy potrafię logicznie myśleć — bo cyfry, jak mawiał, to dopiero druga sprawa.
— Samolot transportowy wiózł pięćset cegieł — zaczął, nie patrząc w papiery. — Jedna cegła wypadła w trakcie lotu. Ile zostało na pokładzie?
Uśmiechnęłam się, bo to było zbyt proste jak na doradcę podatkowego.
— Czterysta dziewięćdziesiąt dziewięć — odpowiedziałam bez wahania.
— Zgadza się. Następne pytanie. Jak wsadzić słonia do lodówki w trzech krokach?
Za oknem ktoś właśnie parkował dostawczego fiata, trąbiąc dwa razy, i ten dźwięk wszedł mi w pytanie jak zakłócenie radiowe.
— Otwieram lodówkę. Wkładam słonia. Zamykam lodówkę — wyrecytowałam, myśląc już o tym, że zaraz zapyta o coś z podatku od nieruchomości.
— A jak wsadzić żyrafę do tej samej lodówki, w czterech krokach?
— Otwieram lodówkę, wyjmuję słonia, wkładam żyrafę, zamykam lodówkę.
Kraiński pokiwał głową i zapisał coś w notesie długopisem, który skrzypiał przy każdym ruchu.
— Świetnie. Kolejne pytanie: lew, król dżungli, obchodzi urodziny. Przyszły wszystkie zwierzęta oprócz jednego. Które nie przyszło?
— Żyrafa. Bo jest zamknięta w lodówce.
— Doskonale pani to idzie. Ostatnie z tej serii: czy babcia może przejść przez bagno pełne krokodyli?
— Oczywiście, że może. Wszystkie krokodyle poszły na urodziny lwa.
Poczułam już w tym momencie, że zdaję — że za chwilę przejdziemy do realnych przepisów, do amortyzacji środków trwałych, do czegoś, na co przygotowywałam się cztery miesiące co wieczór po pracy, kiedy córka już spała, a mąż oglądał mecz w drugim pokoju z wyciszonym telewizorem, żeby mi nie przeszkadzać.
— No i teraz pytanie ostatnie — powiedział Kraiński, odkręcając termos i nalewając sobie herbaty, jakby chciał, żebym usłyszała bulgot płynu i się zdenerwowała. — Babcia szła przez to bagno i niestety zginęła. Jak to się stało?
Zawahałam się, wodząc palcem po brzegu kartki, jakby odpowiedź dało się z niej wydrapać.
— Utonęła? — powiedziałam w końcu, bardziej pytająco niż twierdząco.
Kraiński odstawił kubek, zamknął teczkę i pokręcił głową.
— Niestety oblała pani egzamin. Mówi pani coś ta cegła?
Wróciłam do Poznania tym samym pociągiem, tyle że wieczorem, z biletem drugiej klasy i miejscem przy oknie, w którym odbijała się cała moja twarz na tle ciemnych pól za Kutnem. Nie zadzwoniłam do męża od razu. Napisałam tylko esemes: „Nie zdałam. Opowiem w domu”. Przez całą drogę myślałam o tej cegle, która spadła gdzieś w pierwszym pytaniu i o której już nikt więcej nie wspomniał — a ona przecież leżała tam cały czas, na dnie bagna, i to ona zabiła babcię. Nie krokodyl. Nie utonięcie z niczyjej winy. Cegła, spadająca z tego samego samolotu, o który pytano na samym początku, zanim ktokolwiek zdążył o niej zapomnieć.
Kurs na doradcę podatkowego kosztował mnie łącznie trzy tysiące osiemset złotych — opłata za szkolenie, dojazdy, dwa noclegi w Warszawie, bo egzamin poprawkowy zdawałam dopiero pół roku później. Mąż, kiedy wróciłam tamtego wieczoru i opowiedziałam mu o cegle, wzruszył ramionami nad talerzem z odgrzewanym bigosem.
— To jest test na to, czy pamiętasz szczegóły, a nie na inteligencję — rzucił i wrócił do jedzenia, jakby sprawa była zamknięta.
Do egzaminu poprawkowego podeszłam w marcu, w tej samej sali, z tym samym Kraińskim i tym samym termosem. Kiedy doszedł do pytania o babcię i bagno, nie czekałam, aż zapyta do końca.
— Zabiła ją cegła — powiedziałam. — Ta, która wypadła z samolotu w pierwszym pytaniu. Spadła na bagno i trafiła babcię w głowę.
Kraiński uniósł brwi znad okularów, odłożył długopis, a potem sięgnął po niego jeszcze raz i zapisał w notesie jedno słowo. Zamknął zeszyt, jakby to było wszystko, co miał do powiedzenia, i odsunął od siebie termos, nie nalewając już herbaty.
Trzy tygodnie później w skrzynce pocztowej znalazłam kopertę z wynikiem: zdałam.
Zaświadczenie wisi teraz w ramce nad moim biurkiem w hurtowni, obok kalendarza z reklamą cementu i zdjęcia córki na rowerze. W zeszłym tygodniu nowy pracownik przyniósł mi fakturę do podpisu — dwieście dwanaście pozycji, suma zgadzała się co do grosza. Odesłałam mu ją bez słowa, z jedną pozycją zakreśloną długopisem: ilość sztuk cegły klinkierowej nie zgadzała się z wagą na dole strony o dokładnie jedną sztukę.




