Nazywa się Bronisław Wątroba, choć w Lipnicy Murowanej i tak wszyscy mówią o nim "ten od kotów". Mam siedemdziesiąt trzy lata i jestem tu sołtysem od jedenastu lat, więc znam każdego, kto tędy przechodzi rano. Ale jego zauważyłam dopiero wtedy, kiedy zaczęłam wychodzić po gazetę do sklepu Marciniaków — takiego małego, z kratą w oknie i napisem "Czynne od 6".
Szłam sobie chodnikiem obok pustej posesji po starych Wesołowskich — stoi tam od jakichś sześciu lat, okna zabite dyktą, na ganku wciąż leży wycieraczka z napisem "Witamy", cała spleśniała od deszczu. I widzę: stoi przy furtce mężczyzna w wyliniałej kurtce myśliwskiej, pochylony, coś wykłada z miski do drugiej miski. A z zarośniętego ogrodu, spod krzaków agrestu, wychodzą koty. Jeden rudy, drugi w łaty, jeden zupełnie czarny, z rozdartym uchem — pamiętam, bo akurat tego dnia miałam na sobie czerwony płaszcz i ten czarny kot długo mi się przyglądał, zanim podszedł do miski.
Wychodziły bez pośpiechu. Tak wychodzi się tylko do kogoś znajomego.
W jego reklamówce zawsze coś jest. Najczęściej kasza jaglana albo ryż, ugotowany na wodzie, bez soli — bo, jak mówi, kotom sól szkodzi. Czasem chleb namoczony w ciepłej wodzie. A kiedy ma parę groszy więcej, kupuje mleko w kartoniku. I nie to najtańsze, zresztą — widziałam kiedyś, jak stał przy półce w Biedronce przy rynku i wybierał długo, jakby dla wnuków.
— Panie Bronku — nie wytrzymała kiedyś Grażyna Kubik, sąsiadka zza płotu, kobieta niezła, tylko zawsze musi swoje powiedzieć. — Po co pan je przyzwyczaja? Rozmnożą się, co pan z nimi potem zrobi?
Wyprostował się wtedy, spojrzał na nią bez cienia urazy i powiedział cicho:
— One też kogoś miały, Grażynko. Tylko ludzie wyjechali.
I poszedł dalej, powłócząc nogami po żwirze. A my z Grażyną stałyśmy jak wryte, bo w tych paru słowach było tyle prawdy, że nie dało się nic dodać.
Długo potem wracałam do tego zdania. Bo to prawda — kiedy dom pustoszeje, nie zostają puste tylko ściany. Zostaje ogród, który ktoś sadził i okopywał wiosną. Zostają piwonie pod oknem, które kwitną teraz dla nikogo. Zostaje ławka przy bramie, na której siadywano wieczorami z sąsiadami. I zostają one — koty i psy, które nie rozumieją, czemu drzwi się już nie otwierają.
Ludzie wyjechali. Kto do Krakowa, kto na saksy do Niemiec czy Holandii, kto do dzieci do Warszawy. Ktoś po prostu odszedł, a dom tak został — z zatrzymanym zegarem na ścianie i firankami wypłowiałymi od słońca. Zwierzę tego wszystkiego nie wie. Kot przychodzi pod próg, siada i czeka. Wczoraj była tu gospodyni, głaskała, nalewała do miseczki. Dziś — cisza. I jutro cisza. A on i tak przychodzi, bo nie umie inaczej. Bo dla niego ten dom to wciąż dom.
Do takich właśnie domów chodzi pan Bronisław. I najdziwniejsze, że sam nie widzi w tym nic nadzwyczajnego. Kiedyś się odważyłam, zagadałam do niego przy sklepie i spytałam, czy nie ciężko mu tyle chodzić codziennie.
Machnął ręką.
— Jakie tam ciężko. Człowiek się przejdzie, nogi rozruszy.
Chociaż widać było, że te nogi już nie te. Idzie wolno, opiera się na lasce, a zimą, kiedy ślisko, żona Halina odprowadza go aż do furtki i stoi, dopóki nie skręci za róg. Mieszkają sami we dwoje, córka w Katowicach, przyjeżdża na święta i czasem na majówkę. A on codziennie, o siódmej rano, robi swoją pętlę — od jednego pustego domu do drugiego. Zimą w mróz, kiedy nawet młodym nie chce się nosa wystawiać za drzwi. Jesienią w słotę, kiedy buty grzęzną w rozmiękłej ziemi pod kasztanami przy drodze. Wiosną, gdy topnieje śnieg i cieknie zewsząd.
Aż pewnego dnia, w lutym, zwaliła go grypa. Dwa tygodnie leżał, Halina mówiła, że gorączka trzymała się go jak przyklejona, trzydzieści dziewięć i wyżej. Wtedy właśnie zobaczyłam, jak to naprawdę wygląda, kiedy jego trasa się urywa.
Trzeciego dnia poszłam sama sprawdzić puste posesje — bo wiedziałam, że przecież nikt inny tam nie pójdzie. Pod domem Wesołowskich siedziało już tylko troje kotów, przycupniętych pod okapem, mokrych od mżawki. Czarny z rozdartym uchem wyszedł mi na spotkanie pierwszy, otarł się o nogę i miauknął tak, że aż mnie ścisnęło w gardle. Reszta patrzyła z dystansu, nie podchodziła — mnie nie znały.
Wróciłam do domu, wzięłam z zamrażarki resztki kurczaka i trochę suchej karmy, którą trzymałam dla swojego psa, i zaniosłam. Nazajutrz zrobiłam to samo. I pojutrze. Nie dlatego, że nagle poczułam się bohaterką — po prostu ktoś musiał, a innych chętnych nie było widać.
Kiedy Bronisław wreszcie wstał z łóżka, pierwsze co zrobił — pokuśtykał do tamtego domu, jeszcze blady, w czapce naciągniętej na uszy. Zastał koty najedzone, spokojne, i długo stał przy furtce, jakby nie wiedział, co z tym zrobić. Potem powiedział mi tylko: "Dziękuję, pani Krysiu" — bo tak się do mnie zwracał, choć na imię mam Krystyna, a jestem sołtysem, więc mogłby zwracać się oficjalnie, ale nigdy tego nie robił.
Wtedy zrozumiałam, że to nie może zależeć od jednego chorego staruszka z laską. Zebrałam się w sobie i na najbliższym zebraniu wiejskim, w remizie OSP, postawiłam sprawę wprost: mamy w Lipnicy jedenaście pustych domów, w każdym siedzi po kilka kotów, jedna osoba nie może dźwigać tego sama, a gmina od lat obiecuje program czipowania i sterylizacji, i nic z tego nie wychodzi.
Ludzie się śmiali z początku — "sołtyska koty ratuje". Ale zaproponowałam konkret: każde gospodarstwo bierze pod opiekę jeden pusty dom, karmi raz dziennie, zgłasza do mnie, jeśli kot jest chory albo jeśli w okolicy pojawia się ktoś, kto chce go przepędzić czy skrzywdzić. Zebrałam na to trzysta osiemdziesiąt złotych ze składek — starczyło na worki karmy na dwa miesiące i na pierwszą wizytę objazdowego weterynarza z Brzeska, który za friko wykastrował sześć kotów, bo znał mnie z czasów, kiedy razem robiliśmy maturę.
Bronisław przyszedł na to zebranie, mimo że jeszcze kaszlał. Siedział z tyłu, nic nie mówił, tylko na koniec, kiedy już wszyscy się rozchodzili, podszedł do mnie i podał kopertę — sto złotych, swoją emeryturę z tego miesiąca, odłożoną. Powiedział, że to na karmę, i że długo się wahał, czy w ogóle iść na to zebranie, bo myślał, że go wyśmieją za te koty jak zawsze.
Nie wyśmiali. Dziś, kiedy idę rano po gazetę do Marciniaków, mijam już nie jednego starego z reklamówką, tylko czasem dwóch, trzech sąsiadów, którzy niosą resztki w stronę pustych domów. Trasa Bronisława się skróciła, bo część drogi biorą teraz inni. On dalej chodzi codziennie, tyle że wolniej i już nie sam — czasem obok idzie Halina, czasem jego wnuk, który przyjechał na wakacje i teraz, jak twierdzi, "też ma swoje koty do obejścia".
A ten czarny kot z rozdartym uchem — ten sam, co przyszedł do mnie pierwszy, kiedy Bronisław leżał z gorączką — teraz mieszka u mnie w domu, na dobre. Nazwałam go Sadło, bo od razu się roztył na moich kotletach. Śpi na parapecie w kuchni, dokładnie tam, skąd widać drogę, którą codziennie o siódmej rano przechodzi stary człowiek z reklamówką w ręku.




