Siedziałam na podłodze w przedpokoju, plecami do kaloryfera, i patrzyłam, jak Kuba wiąże buty. Robił to jakoś tak wolno, jakby chciał, żebym zdążyła zapamiętać każdy ruch. Za oknem, nad blokami na warszawskim Mokotowie, robiło się szaro. W kuchni ciekł kran, odkąd się wprowadziliśmy. Trzy lata temu.
— Więc jak? — zapytałam. — Do piątku masz się wyprowadzić?
— Nie wiem. Zobaczymy.
Zobaczymy. To było jego słowo. Kiedy nie chciało mu się rozmawiać, mówił „zobaczymy”, i to znaczyło: koniec tematu, bo on i tak zrobi po swojemu.
Z teściem nie widzieliśmy się od pół roku. To znaczy Kuba się widywał. Ja nie. Bo teść, pan Stanisław, człowiek, który całe życie prowadził warsztat na Pradze, nie uznał mnie nigdy. Za moimi plecami mówił o mnie „ta z biura”. Pracowałam w księgowości, w korporacji przy Domaniewskiej. Dla pana Stanisława korporacja to nie praca. Praca to stanięcie przy tokarce o szóstej rano.
A potem się rozchorował. Rak płuca, trzecie stadium. I nagle okazało się, że Kuba jest jedynym, który może przy nim siedzieć. Jego siostra mieszka w Irlandii, przyjeżdża na święta. Brat wyjechał do Holandii i nie odbiera telefonów.
Kuba wziął urlop na żądanie, potem bezpłatny. Siedział u ojca na Pradze, w tym starym mieszkaniu w kamienicy z kaflowymi piecami, gdzie nawet latem pachniało smażoną cebulą. Ja po pracy przywoziłam im obiady z baru przy metrze. Zostawiałam pod drzwiami. Bo pan Stanisław nie chciał mnie widzieć.
Wiedziałam, że coś się zmieniło, kiedy Kuba przestał odbierać ode mnie telefony po siódmej wieczorem. Tłumaczył, że ojciec śpi, nie chce go budzić. Potem, że pielęgniarka właśnie przyszła. Potem, że jest zmęczony i wraca do domu późno.
Nie wracał.
W czwartek znalazłam w kieszeni jego kurtki paragon. Nie szukałam celowo. Chciałam wyjąć klucze, bo zostawił swoje na szafce. Paragon z jubilera. Złoty łańcuszek, czternaście karatów, osiemset dziewięćdziesiąt złotych. Nie dla mnie.
Przez tydzień nie spałam. A potem zrobiłam to, czego nigdy wcześniej nie robiłam: pojechałam na Pragę bez zapowiedzi. Kupiłam po drodze sernik w cukierni przy Ząbkowskiej. Sernik z brzoskwiniami, taki, jaki pan Stanisław podobno lubił. Kuba kiedyś wspominał.
Weszłam po skrzypiących schodach. Drzwi były uchylone. W środku pachniało lekarstwami i czymś słodkim, jakby ktoś przypalał mleko. Z kuchni dobiegał kobiecy śmiech.
Stanęłam w progu.
Kuba siedział przy rozkładanym stole, a naprzeciwko niego kobieta, może trzydziestoletnia, w zielonym swetrze. Przed nimi talerze, resztki makaronu. Teść leżał w pokoju obok, ale drzwi do niego były otwarte, i słyszał wszystko. I śmiał się. Po raz pierwszy od roku widziałam, żeby ten człowiek się śmiał.
— To Magda — powiedział Kuba. Głos mu nie drgnął. — Ojciec chciał, żeby poznała mieszkanie.
Mieszkanie. Tak powiedział. Nie „nas”, nie „mnie”. Mieszkanie.
Stałam tak chyba z pół minuty. Sernik w papierowej torbie zrobił się nagle bardzo ciężki.
— Po co tu przyjechałaś? — zapytał Kuba.
Dobre pytanie. Po co.
Pan Stanisław z łóżka krzyknął, żeby ta z biura wyszła, bo mu spokój zakłóca. Ta z biura. Po jedenastu latach bycia żoną jego syna nadal byłam „tą z biura”.
Odwróciłam się i wyszłam. Sernik zostawiłam na wycieraczce.
Tydzień później teść umarł. Zostało po nim mieszkanie na Pradze, warsztat przy Brzeskiej i trochę oszczędności. Wartość wszystkiego razem: około miliona dwustu tysięcy.
Kuba nie wrócił do domu ani razu. Mieszkał na Pradze, z Magdą. Ludzie z warsztatu mówili, że pomaga mu prowadzić interes. Że ojciec podobno zdążył ich pobłogosławić, zanim odszedł.
Siedziałam w kuchni i patrzyłam na cieknący kran. Nie płakałam. Odkręcałam i zakręcałam butelkę z wodą. Czekałam, aż złość zrobi się na tyle mała, żeby zmieściła się w harmonogram.
A potem znalazłam to w szufladzie z dokumentami. Akt notarialny. Kuba był jedynym spadkobiercą. Testament spisany na trzy tygodnie przed śmiercią teścia. W nim zapis: „żonie mojego syna, Beacie, dziękuję za cierpliwość, jednak nie widzę podstaw, aby uczestniczyła w majątku rodzinnym”.
Dziękuję za cierpliwość.
Wzięłam ten dokument, włożyłam do plastikowej koszulki i schowałam do szafki, między rachunki za prąd. Musiałam tylko ustalić jedno: czy Kuba zdążył ze mną zrobić wspólnotę majątkową, zanim zamieszkał z Magdą. Bo ślub braliśmy jedenaście lat temu, w urzędzie na Woli. Oboje po trzydziestce, bez majątku, bez rozdzielności. Nikt o tym nie myślał.
Zadzwoniłam do mojej przyjaciółki, Doroty, która prowadzi kancelarię notarialną na Ochocie.
— Beata, pytasz poważnie? — powiedziała. — Jak nie macie rozdzielności, to spadek wchodzi do wspólnego majątku. Chyba że złożył oświadczenie, że dziedziczy tylko dla siebie.
— Nie złożył.
— To masz prawo do połowy.
Połowa z miliona dwustu tysięcy. Sześćset tysięcy.
Nie zrobiłam z tym nic przez dwa miesiące. Nie wiedziałam, co zrobić. W pracy wychodziło mi, że pomyliłam kolumnę w arkuszu, i szefowa przyniosła mi herbatę z cytryną, co w naszej księgowości zdarza się raz na dekadę. Wieczorami chodziłam wzdłuż Wisły, za dom. Przystawałam przy schodkach nad wodą i karmiłam kaczki resztkami chleba. Kaczki mnie nie oceniały.
Kuba zadzwonił w niedzielę, w południe.
— Musimy porozmawiać o podziale majątku.
— To porozmawiajmy.
— Przyjadę w środę.
I przyjechał. Punktualnie, jak to on. Wszedł do mieszkania, zdjął buty, usiadł na krześle takim ruchem, jakby nigdy stąd nie wyjeżdżał. Położył na stole teczkę z dokumentami.
— Dorota mówiła, że masz prawo do połowy spadku — zaczął. — Ale to jest majątek ojca. Rozumiesz. On by tego nie chciał.
Milczałam.
— Proponuję ci sto tysięcy. W gotówce. I to bardzo dużo, Beata. Zobacz, co to za mieszkanie. Warte może osiemset. Warsztat to bardziej kłopot niż zysk.
Otworzyłam szafkę, wyjęłam rachunki za prąd, spod nich akt notarialny. Położyłam na stole, obok jego teczki.
— Tu jest testament twojego ojca — powiedziałam. — Czytam w nim, że mi dziękuje za cierpliwość.
Kuba zerknął na dokument. Znał go.
— No i?
— I ja chcę ci podziękować. Za szczerość.
Wstałam i podeszłam do kuchennej szuflady, do której nie zaglądał nigdy, bo to była moja szuflada. Leżały tam spinacze, recepta na witaminę D, zapasowe klucze. Wyjęłam klucz do piwnicy. Położyłam go na stole, obok aktu.
— Sto tysięcy to mało — powiedziałam.
— Więc ile?
— Pięćset.
Roześmiał się. Krótko, sztucznie.
— Chyba żartujesz.
— Nie żartuję. To moja połowa. Mieliśmy wspólnotę. Twoja nowa rodzina może mieszkać w tym wielkim mieszkaniu na Pradze. Ja chcę tylko to, co mi się należy.
Zaczął mówić coś o tym, że to żałosne, że sięga po pieniądze zmarłego, że ojciec w grobie się przewraca. Patrzyłam na zegar. Deszcz zaczął bębnić o parapet.
— Nie musisz się decydować teraz — powiedziałam. — Masz tydzień.
Wstał, zapiął torbę, trzasnął teczką o stół.
— Nie dostaniesz ani złotówki.
— To zobaczymy — powiedziałam.
I to go zmroziło. Bo to było jego słowo.
Dorota przygotowała mi pozew o podział majątku wspólnego. Ustaliła, że oprócz mieszkania i warsztatu do spadku wchodzi też książeczka mieszkaniowa na dwadzieścia siedem tysięcy złotych, o której Kuba zapomniał, i trochę złota, jakiegoś sygnetu, który musiał iść do wyceny.
Rozprawa trwała cztery miesiące. Kuba przychodził z adwokatem, który mówił „proszę Wysokiego Sądu” tak głośno, że na korytarzu obracali się ludzie. Ja przychodziłam sama.
Sąd przyznał mi czterysta dziewięćdziesiąt dwa tysiące złotych.
Kiedy uprawomocnił się wyrok, Kuba przyszedł pod blok. Nie zadzwonił. Czekał na dole, na ławce przy śmietniku, w tej za dużej kurtce, którą mu kupiłam na wyprzedaży trzy zimy temu. Śnieg topniał i robiło się błoto. Stanęłam z torbą z Biedronki, bo właśnie wracałam z zakupów.
— Dałaś radę — powiedział. — Mój ojciec by cię znienawidził.
— Twój ojciec mnie nie znał.
Sięgnęłam do torby, wyjęłam sernik. Paczkowany, z brzoskwiniami, bo podrożał o dwie złote, ale i tak był tańszy niż u rzemieślnika. Położyłam mu na kolanach.
— To dla ciebie — powiedziałam. — Na nowe mieszkanie.
I poszłam.
Weszłam po schodach powoli, bo w naszej klatce na pierwszym piętrze od lata paliła się tylko co trzecia jarzeniówka. W mieszkaniu zdjęłam kurtkę, odstawiłam torbę. Kran w kuchni nadal ciekł. Musiałam w końcu wezwać hydraulika.
Z kieszeni kurtki wyjęłam wyciąg z konta, który odebrałam rano w placówce. Na koncie leżało czterysta dziewięćdziesiąt dwa tysiące dwieście złotych. W dekrecie sądowym było też odszkodowanie za koszty adwokata mojej siostry, którego mi poleciła Dorota, i to już dawno jej oddałam. A te pieniądze — moja połowa z jedenastu lat bycia „tą z biura” — zrobiły się nagle bardzo lekkie.
Zadzwoniłam do Doroty.
— Wiesz co, pożycz mi dwieście złotych — powiedziałam. — Do pierwszego.
— Po co ci?
— Hydraulik.
Umówiłam go na wtorek. Miał przyjść o ósmej, wymienić uszczelkę, sprawdzić całą instalację. I wtedy, dopiero wtedy, poczułam, że to mieszkanie naprawdę jest moje. Nie cieknący kran, nie cudza rodzina, nie akt notarialny. Zwykła uszczelka, którą wymienię za własne pieniądze.
A sernik — ten paczkowany — Kuba pewnie zjadł sam. Nie obchodziło mnie to. Kaczki nad Wisłą nie obchodziły mnie też, a jednak codziennie przychodziły, kiedy się zjawiałam. Nie dlatego, żebym coś dla nich znaczyła. Po prostu były głodne.




