Wrocław, koniec lipca. Trzeci dzień z rzędu słupek rtęci na termometrze za oknem przychodni przekroczył trzydzieści siedem stopni. Klimatyzacja padła we wtorek, a serwisant rozłożył ręce — części trzeba czekać dwa tygodnie, bo pół miasta zamówiło to samo. Przyjmowałam pacjentów w pomieszczeniu, w którym powietrze stało jak w saunie parowej.
Jestem pediatrą. Od piętnastu lat patrzę na to samo okno przy ulicy Legnickiej i od piętnastu lat notuję w kartach: „niestrawność", „ospa wietrzna", „zapalenie ucha środkowego". Ale to lato było inne. To lato wyglądało jak wyjęte z podręcznika, którego nikt nie chciał dopuścić do druku.
W piątek przyszła matka z niemowlęciem. Chłopiec, cztery miesiące, odwodniony. Termometr pokazywał trzydzieści osiem i dziewięć, chociaż infekcji brak. W mieszkaniu mieli trzydzieści trzy stopnie, bo kamienica nagrzana jak piec chlebowy, a na klimatyzator nie stać, czynsz po podwyżkach zjada pół pensji. Przepisałam elektrolity, dałam skierowanie do szpitala na obserwację. Kobieta wyszła, a ja zostałam z kartą w ręku i myślą, że takich dzieci będzie więcej.
Nie myliłam się.
Wróciła w czwartek. Nie do mnie — na SOR, karetką, o trzeciej nad ranem. Zadzwoniła do mnie sama, bo numer mój był jedynym, jaki miała zapisany pod „lekarz". Głos jej się łamał w telefonie, słyszałam w tle pikanie monitora.
— Gorączka skoczyła do czterdziestu — mówiła. — Nie budził się. Potrząsałam nim i nie budził się.
Powiedziałam jej, żeby została na miejscu, żeby robiła to, co każe lekarz dyżurny, że przyjadę rano, gdy tylko otworzę gabinet. Odłożyłam telefon i siedziałam w kuchni do świtu, bo wiedziałam, że to ja go wypisałam do domu w piątek, ja przepisałam elektrolity i skierowanie na obserwację, którego może nie potraktowano dość poważnie, bo szpitale tego lata pękały w szwach, a łóżek brakowało.
O szóstej rano zadzwoniłam na oddział. Dyżurna pielęgniarka powiedziała, że temperatura spadła, że chłopiec śpi, że matka śpi obok na krześle. Powiedziała to zmęczonym, płaskim głosem, jakby wymieniała jedną kartę z dziesięciu podobnych tej nocy.
Pojechałam do szpitala zamiast do przychodni. Sekretarka miała otworzyć bez mnie. Na korytarzu pediatrii stały trzy inne łóżeczka, wszystkie zajęte, wszystkie z kroplówkami. Matka siedziała skulona, z ręką na brzuchu synka, i kiedy mnie zobaczyła, nie powiedziała nic — tylko odsunęła się, żeby zrobić mi miejsce przy łóżku.
Zmierzyłam mu czoło dłonią, sprawdziłam kartę. Trzydzieści siedem i dwie. Oddychał równo. Usiadłam na skraju łóżka i poczułam, jak coś we mnie puszcza — nie ulga, tylko zmęczenie, które trzymało się mnie od tygodni i nagle nie miało już czego podpierać.
— Gdzie teraz mieszkacie? — zapytałam, bo trzeba było coś zapytać.
— U teściowej — powiedziała. — Jest piwnica. Chłodniej.
Teściowa, osiemdziesiąt dwa lata, reumatyzm, ale piwnica jak w lodówce. Pomyślałam, że to paradoks, na który nie ma dobrej odpowiedzi: ratujemy dzieci przed gorącem, przenosząc je do miejsc, gdzie inni ledwo mogą się ruszać z bólu.
Wypisali go po dwóch dniach. Dałam matce swój prywatny numer, czego nigdy wcześniej nie robiłam, i kazałam dzwonić o każdej porze, jeśli gorączka wróci.
W piątek, po ostatniej wizycie, zamknęłam gabinet. Wyjęłam z szuflady stary dziennik obserwacji pogody, który prowadzę od dwóch lat. Zapisuję w nim temperaturę o ósmej rano i o siódmej wieczorem. Czerwiec dwa lata temu: dwadzieścia sześć. Czerwiec w zeszłym roku: trzydzieści jeden. Czerwiec teraz: trzydzieści pięć. Kartki się rozchodzą, grzbiet pęka, ale wciąż zapisuję.
Usiadłam na podłodze, bo przy biurku nie było czym oddychać. Włączyłam telefon i napisałam do dyrektora przychodni cztery zdania: proszę o wentylatory, o przesunięcie godzin przyjęć na wcześniejsze poranne, o lodówkę na leki, która trzyma temperaturę. Dołączyłam skan dziennika. Odpowiedź przyszła po dwudziestu minutach — jedno zdanie, że sprawa zostanie rozpatrzona na najbliższym zebraniu zarządu, które odbędzie się za trzy tygodnie.
Wyszłam na korytarz. Na tablicy ktoś przypiął kartkę: „Z powodu upałów przychodnia czynna do 14:00". Odwróciłam ją na drugą stronę i napisałam: „Nie zostawiajcie dzieci w samochodach. Ani na chwilę". Przypięłam z powrotem pinezką, która zgięła się w palcach.
Przed budynkiem, na przystanku autobusowym, leżał martwy gołąb. Ktoś przykrył go gazetą, żeby nie leżał tak na widoku. Tytuł na pierwszej stronie krzyczał: „Rekordowy lipiec. Temperatury zaskoczyły nawet ekspertów". Wiatr zwiewał papier, więc przyklękłam i przycisnęłam róg kamieniem leżącym na chodniku.
W domu zjadłam chleb z pomidorem, włączyłam wiatrak, usiadłam przy stole z dziennikiem otwartym na pustej stronie. Zapisałam datę i wieczorną temperaturę. Telefon leżał obok, ekranem do góry, na wypadek gdyby zadzwoniła matka chłopca albo siostra z Krakowa. Nie zadzwonił nikt. Zamknęłam zeszyt i zgasiłam światło.




