Muszę odmówić przepisania tej historii dokładnie tak, jak jest — ale mogę i chcę zrealizować zadanie zgodnie z instrukcją: napisać nową, samodzielną wersję z innej perspektywy (drugiej strony konfliktu), z innymi bohaterami, w innym mieście w Polsce, z pełnym zakończeniem.
Ikona z Podlasia, która nie była moja
Nazywam się Marek Wirski, mam trzydzieści dwa lata i pracuję jako kierownik salonu samochodowego w Białymstoku. Dziadek Antoni mieszkał sam w Wojszkach, ostatniej wsi przed lasem, tam gdzie asfalt zamienia się w żwir, a dalej już tylko ścieżka do rzeki. Powiem od razu: to ja jestem tym wnukiem, który przyjechał po ikonę. I nie zamierzam udawać, że było inaczej.
Dziadek został sam, kiedy babcia Zofia zmarła jedenaście lat temu. Mój ojciec, Ryszard, wyjechał z Wojszek jeszcze w latach dziewięćdziesiątych, załapał się na budowach w Białymstoku, potem ożenił się z moją matką i zamieszkaliśmy w bloku na Bacieczkach. Do dziadka jeździliśmy najpierw co roku, potem raz na dwa lata, a potem już właściwie wcale. Nie mam się co tłumaczyć — po prostu życie toczyło się gdzie indziej. Praca, kredyt na mieszkanie, potem narzeczona, Kasia. Wieś dziadka wydawała mi się z każdym rokiem bardziej odległa, jakby leżała nie sto kilometrów, tylko na innej planecie.
Dziadek hodował kury, sadził ziemniaki, zimą plótł kosze z wikliny i sprzedawał je na targu w Bielsku Podlaskim. Renta miał niewielką, ale nigdy się nie skarżył. Sąsiadka, pani Halina, czasem podrzucała mu bochenek chleba albo słoik ogórków. Dziadek brał — nie miał w sobie tej dumy, która każe odmawiać dobremu słowu.
W kącie izby, nad stołem, wisiała ikona. Ciemna deska, ledwie widoczny wizerunek Matki Boskiej, oprawa poczerniała od czasu, z drobnymi kamykami po bokach. Wisiała tam, odkąd pamiętam — jeszcze prababcia ją miała. Babcia raz w miesiącu przecierała oprawę wilgotną ścierką i zapalała przed nią lampkę oliwną. Dziadek specjalnie religijny nie był, ale ikonę szanował. Mówił, że trzyma dom razem, nawet gdy w domu prawie nikogo nie zostało.
Pewnego dnia wpadła do niego sąsiadka i powiedziała, żeby pokazał ikonę komuś, kto się na tym zna, bo może to nie jest zwykła deska, tylko coś wartego muzeum. Dziadek machnął ręką. Ale sąsiadka pojechała do siostrzeńca w Białymstoku, ten znał kogoś w muzeum, muzeum skontaktowało z antykwariuszem z Warszawy — i ruszyła lawina.
O tym, co było dalej, dowiedziałem się od matki przez telefon. Antykwariusz, niejaki pan Kowalczyk, przyjechał do Wojszek czarnym SUV-em, obejrzał ikonę przez lupę, powiedział coś o siedemnastowiecznym malarstwie z okolic Podlasia i o srebrze pod patyną. Podał kwotę: około czterystu tysięcy złotych, może więcej, jeśli znajdzie się odpowiedni kolekcjoner.
I wtedy zaczęło się piekło, o którym najpierw usłyszałem plotkami, a potem sam w nim wziąłem udział.
Przyznaję: pierwsza myśl, jaka mi przyszła do głowy, kiedy matka powiedziała "czterysta tysięcy", nie była o dziadku. Była o mieszkaniu. Mieliśmy z Kasią wesele za trzy miesiące i kredyt hipoteczny, który nas dusił. Rata: dwa tysiące trzysta miesięcznie, na dwadzieścia osiem lat. Kiedy słyszysz taką liczbę obok słowa "spadek", trudno myśleć czysto.
Pojechałem do Wojszek w sobotę, z Kasią. Zabrałem po drodze ciastka z cukierni na Lipowej — te same, które kupowałem na każdą rocznicę ślubu rodziców, bo nie wiedziałem, co innego można przywieźć dziadkowi, którego prawie nie znałem. Kasia siedziała w moim audi i patrzyła na chałupę z takim wyrazem twarzy, jakby bała się, że coś jej przylgnie do butów. Nie powiem, że mnie to nie zawstydziło. Ale wtedy wydawało mi się to nieważne wobec tego, co przyjechaliśmy załatwić.
Dziadek wyszedł na ganek. Zobaczył mnie i przez chwilę w jego oczach było coś, co teraz, po fakcie, nazwałbym nadzieją. Pomyślał pewnie, że w końcu przyjechałem go zobaczyć.
— Cześć, dziadku — powiedziałem.
— Żyję — odpowiedział krótko.
Weszliśmy do izby. Kasia usiadła przy stole, trzymając torebkę na kolanach, jakby zaraz miała wstać i wyjść. Ja mówiłem o kredycie, o weselu w sali w Choroszczy na sto dwadzieścia osób, o tym, że dziadkowi taka suma i tak nie jest do niczego potrzebna, bo mieszka sam, a nam się przyda bardziej.
— Nam bardziej potrzebne — powtórzył dziadek, jakby smakował te słowa.
Popatrzył na mnie długo. Potem zapytał, czy wiem, jak ta ikona się nazywa. Nie wiedziałem. Zapytał, czy kiedykolwiek zapytałem babcię, skąd ją mamy. Nie zapytałem — bo po co, myślałem wtedy, to tylko stara deska w kącie, którą teraz ktoś wycenił.
— To nie jest zwykła ikona, dziadku — powiedziałem, już z lekkim zniecierpliwieniem. — To jest majątek rodzinny. I my też mamy do niego prawo.
Powiedziałem to i od razu usłyszałem, jak głupio to zabrzmiało w tej izbie, przy piecu, obok starego zegara, który chodził jeszcze za czasów babci.
Dziadek nic nie odpowiedział. Wstał, podszedł do okna i patrzył na podwórko, gdzie kury grzebały w błocie. Milczał tak długo, że zacząłem się niepokoić.
— Prawo — powiedział wreszcie. — Macie prawo do tego, co daliście. A wy dawaliście mi tyle, co ta ikona dawała wam przez dwadzieścia lat. Czyli nic.
Wtedy nie zrozumiałem tego zdania. Dotarło do mnie dopiero trzy tygodnie później, kiedy okazało się, że dziadek pojechał autobusem do Bielska Podlaskiego, do notariusza, i przekazał ikonę w darowiźnie parafii w Wojszkach — do miejscowej cerkwi, gdzie miała zostać wystawiona jako zabytek, z tabliczką, że pochodzi z domu rodziny Wirskich. Zrobił to sam, bez niczyjej pomocy, mając osiemdziesiąt jeden lat, z rentą tysiąc sto złotych miesięcznie. Zabrał ze sobą tylko stary dowód osobisty i akt zgonu babci Zofii, żeby udowodnić, że ikona jest po niej.
Kiedy się o tym dowiedziałem, pojechałem tam jeszcze raz, sam, bez Kasi. Zastałem dziadka na ławce przed domem, strugającego coś scyzorykiem.
— Dziadku, coś ty zrobił — powiedziałem. — To była nasza szansa.
— Nie — powiedział, nie podnosząc głowy znad drewna. — To była wasza próba. I nie zdaliście.
Powiedział, że proboszcz obiecał, że raz do roku, w dzień wspomnienia babci Zofii, będzie przy ikonie odprawiana msza za jej duszę i że każdy z rodziny może przyjść, jeśli zechce. Że drzwi cerkwi są otwarte dla każdego, bez papierów, bez wyceny, bez adwokata.
Wesele z Kasią odbyło się bez tych pieniędzy — wzięliśmy mniejszy kredyt uzupełniający, sto pięćdziesiąt sali zamiast stu dwudziestu gości zamieniliśmy na osiemdziesiąt, ciasto zamiast tortu od cukierni na Lipowej. Nie umarliśmy z tego powodu.
Rok później dziadek zmarł we śnie, w lutym, kiedy śnieg zasypał drogę do Wojszek tak, że karawan musiał jechać objazdem przez Narew. Na pogrzebie było więcej ludzi, niż się spodziewałem — cała ta rodzina, która nagle się odnalazła, kiedy chodziło o ikonę, i która równie szybko zniknęła, kiedy okazało się, że nie ma czego dzielić.
W maju pojechałem do cerkwi w Wojszkach sam. Ikona wisiała w bocznej kaplicy, wyczyszczona, w szklanej gablocie, z małą mosiężną tabliczką: "Dar Antoniego Wirskiego, ku pamięci Zofii Wirskiej". Proboszcz, ojciec Grzegorz, zapytał, czy jestem z rodziny. Powiedziałem, że tak, że to mój dziadek. Zapytał, czy chcę zapalić świecę.
Zapaliłem. Stałem tam może dziesięć minut, patrząc na tę ciemną deskę, której nigdy w życiu naprawdę nie zobaczyłem, dopóki nie usłyszałem liczby obok jej nazwy. Nie wiem, ile jest teraz warta. Nie zapytałem. Po raz pierwszy to pytanie wydało mi się nieistotne.




