Nigdy nie przepadałam za roślinami doniczkowymi. Nie żebym ich nie lubiła — po prostu zawsze wydawało mi się, że to dodatkowy obowiązek. Podlewać, przesadzać, nawozić, obserwować, czy aby na pewno mają dość światła. W moim mieszkaniu w Łodzi przez lata stał tylko jeden fikus, który i tak pewnie trzymał się przy życiu wyłącznie z poczucia przyzwoitości. Ale ta historia nie zaczyna się ani od fikusa, ani ode mnie.
Zaczyna się od chorofitu, czyli zielistki. Rośliny, którą wszyscy znają ze szkolnych parapetów i poczekalni u dentysty. Rośliny, o której myślałam, że jest jedna jedyna — taka z białą pręgą przez środek liścia, zwisająca z doniczki jak zapomniany szalik. Dopiero później się dowiedziałam, że istnieją odmiany: gładka zielona, ‘Vittatum’ z jasnym paskiem pośrodku, ‘Variegatum’ z jasnymi brzegami, kędzierzawa ‘Bonnie’ i taka niby uporządkowana ‘Ocean’. Wszystkie podobne, a jednak inne. Trochę jak ludzie w rodzinie.
Zielistka, o której chcę opowiedzieć, stała na parapecie w kuchni mojej matki przez szesnaście lat. Matka dostała ją od swojej siostry z Zamościa, gdy wyprowadzałam się na studia do Krakowa. „Żeby ci było lżej wracać” — powiedziała wtedy, ale to było raczej: żeby w domu nie było pusto, kiedy mnie nie ma. W tej doniczce matka skrywała swój cały świat. Rozmawiała z nią przy porannej kawie. Podlewała wodą, która stała w konewce od poprzedniego wieczoru, bo twierdziła, że taka jest „miękka jak deszcz”. Kiedy liście zaczynały brązowieć na końcach, nie panikowała — brała nożyczki i przycinała je równo, jak się przycina paznokcie. Raz w miesiącu wycierała kurz z liści wilgotną ścierką, którą miała tylko do tego. Fikus u mnie w korytarzu mógłby tylko pomarzyć o takiej pielęgnacji.
Ojciec zmarł, gdy byłam na trzecim roku. Matka została sama z tą rośliną, z kanałem TVP Kultura i z sąsiadką z naprzeciwka, panią Grażyną, która codziennie o dziewiętnastej trzydzieści dzwoniła, żeby zapytać, czy matka już jadła kolację. Wtedy temu nie ufałam. Miałam dwadzieścia dwa lata i wydawało mi się, że matka żyje w jakimś smutnym zawieszeniu — między jednym podlaniem a drugim, między czwartkiem a niedzielą, kiedy do niej przyjeżdżałam. Później, wiele lat później, zrozumiałam, że nie było to zawieszenie. To był jej rytm. Jej sposób na to, żeby nie wypaść z życia.
Zielistka rosła. Wypuszczała rozłogi. Matka odcinała odrosty i sadziła je w małych plastikowych doniczkach. Stawiała je potem przy wejściu do klatki, z karteczką: „Do wzięcia. Zielistka. Nie potrzebuje wiele”. Najpierw zniknęły dwie doniczki, potem trzy kolejne. Pani Grażyna wzięła jedną dla córki z Tomaszowa. Pan z drugiego piętra, emerytowany maszynista, postawił swoją w kuchni i nazwał ją „Zieloną Damą”. Matka za każdym razem notowała w zeszycie, komu oddała. Mówiła, że to jej „rodowód”. Zeszyt w kratkę, pierwsza strona: „Sierpień 2007 — Grażyna, odmiana klasyczna, liście mocno zielone”. Potem kolejne wpisy, drobne litery, daty, imiona. Zeszyt miał już trzydzieści dwie strony zapisane drobnym maczkiem, kiedy matka trafiła do szpitala.
Wezwała mnie w środku nocy. W tle słyszałam pikanie urządzeń i głos pielęgniarki, która mówiła do kogoś: „łóżko dwanaście, po zabiegu, proszę sprawdzić tętno”. Matka powiedziała, że to nic takiego, że rutynowe badania, że nie mam przyjeżdżać, bo w piątek i tak przyjadę. Potem dodała coś, co długo nie mogło mi się pomieścić w głowie: „Ale przyjedź we wtorek, bo we środę pan Heniek z apteki brał doniczkę i nie wiem, czy zdążyłam podpisać karteczkę”.
Nie przyjechałam we wtorek. Przyjechałam w poniedziałek po południu. W kuchni pachniało jeszcze wczorajszym ciastem drożdżowym, a na parapecie stała doniczka z zielistką. Obok leżał zeszyt. Otworzyłam na ostatniej stronie. Wpis sprzed trzech dni: „Odmiana ‘Variegatum’, brzegi liści jasne. Oddać panu Zbigniewowi z biblioteki, bo jego żona bardzo chciała taką, jak u siostry”. Pod spodem dwa zdania: „Podłoga w przedpokoju do umycia. Płyn jest pod zlewem”.
Szpital, lekarz, rozmowa. Nie będę opisywać słów, bo teraz one znaczą mniej niż wtedy, gdy padły. Pamiętam tylko, że siedziałam na krześle, na którym leżał złożony w kostkę koc, i że trzymałam w dłoni plastikową łyżeczkę od kubka z herbatą. Obracałam ją w palcach, a zamiast myśleć o tym, co mówi lekarz, zastanawiałam się, czy to jest ta sama łyżeczka, którą matka podawała mi syrop na kaszel, gdy miałam siedem lat. Pewnie nie. Ale wtedy chciałam, żeby tak było.
Po pogrzebie pojawiło się mieszkanie. Sprawa spadkowa. I pojawił się list od kogoś, kogo nie chciałabym nazywać rodziną. Niech będzie: daleka krewna ze strony ojca. Kobieta, którą widziałam może cztery razy w życiu. Napisała, że skoro mam „ustabilizowaną sytuację i karierę”, to mogłabym „rozważyć przekazanie części mieszkania” komuś, kto jest „w trudniejszym położeniu”. Dołączyła wycenę. Nigdy nie zapomnę tej wyceny: czterysta trzydzieści dwa tysiące złotych. Tyle, zdaniem rzeczoznawcy, było warte mieszkanie na czwartym piętrze przy ulicy Legionów.
Nie odpowiedziałam od razu. Najpierw pojechałam do matki — chociaż nie, już nie do matki. Do tego mieszkania. Na czwarte piętro. W przedpokoju ani jednej rzeczy, która wyglądałaby jak moja. W kuchni zlew suchy, kaloryfer zimny. I ta zielistka na parapecie. Liście miała lekko zwisające, ale to nie była roślina, która chce umrzeć. To była roślina, która czekała, aż ktoś sobie o niej przypomni. Zeszyt wciąż leżał tam, gdzie go zostawiłam. Wzięłam go do ręki i przekartkowałam. Pierwsza strona: „Sierpień 2007 — Grażyna, odmiana klasyczna”. Ostatnia strona: „Pan Zbigniew z biblioteki”. Między nimi szesnaście lat. Trzydzieści dwie strony. Trzydzieści dwie doniczki oddane ludziom, których matka nie zapomniała zanotować. A ja? Ja zostałam z fikusem w korytarzu.
Tego popołudnia poszłam do pani Grażyny. Zapukałam, chociaż bałam się, że usłyszę rzeczy, na które nie będę miała siły. Otworzyła w fartuchu, z łyżką do zupy w dłoni. Poprosiła, żebym weszła. Usiadłam przy jej stole, na którym leżały rachunki za prąd i telewizor. Pani Grażyna nalała mi herbaty w szklankę z metalowym koszyczkiem. Mówiła dużo. Powiedziała, że matka co drugi wtorek chodziła na targ po chleb i że zawsze kupowała o jeden bochenek za dużo, żeby podzielić się z panią z parteru. Powiedziała, że matka uczyła pana Heńka podlewać paprotkę, ale on i tak robił to za rzadko. Powiedziała, że matka przez cały ostatni miesiąc mówiła, że „musi ogarnąć sprawy z mieszkaniem”, ale nigdy nie powiedziała jakie. A potem pani Grażyna zrobiła coś, czego nie zrobił nikt inny: wyjęła z szafki w kuchni plastikową doniczkę z zielistką i postawiła ją przede mną.
— To ta twoja — powiedziała. — Matka mówiła, że jakby co, to ta w kuchni ma zostać u ciebie. Bo od ciebie się zaczęło. Jak wyjeżdżałaś do Krakowa, to dostała ją od siostry. Żeby było lżej wracać.
Nie wróciłam z nią do siebie. Zostałam w Łodzi przez tydzień. Chodziłam po urzędach, załatwiałam akty, odpisy, potwierdzenia dziedziczenia. Potem napisałam do tej kobiety list. Krótki, grzeczny, bez żadnego wyjaśnienia. Napisałam, że mieszkanie nie jest na sprzedaż. Że nie przekażę żadnej jego części. I że jeżeli zechce poznać szczegóły, może zapytać w sądzie.
Odpowiedziała po trzech tygodniach. Tym razem bez uprzejmości. Napisała, że „pewnie zrobię z tego mieszkania hotel dla przyjezdnych” i że „to niegodne, żeby lokal stał pusty, kiedy ludzie czekają na swoje”. Nie napisała, czego konkretnie oczekuje, więc nie musiałam odpowiadać. Ale zamiast milczeć, zrobiłam coś innego.
Wróciłam do Łodzi w sobotę rano. W torbie miałam: zeszyt matki, klucze do mieszkania i kopertę z wydrukiem postanowienia o stwierdzeniu nabycia spadku. Weszłam na czwarte piętro, przekręciłam klucz w zamku, zdjęłam buty w przedpokoju, bo matka zawsze mówiła, że podłoga jest świeżo umyta, choćby nie była. W kuchni zielistka stała dokładnie tam, gdzie ją zostawiłam. Ktoś, pewnie pani Grażyna, podlał ją w międzyczasie. Liście odzyskały sprężystość.
Wyjęłam zeszyt z torby i dopisałam na ostatniej stronie, pod wpisem o panu Zbigniewie, swoje nazwisko i datę. Nie „moja córka”. Nazwisko. Tak, jak matka wpisywała obcych ludzi, którzy dostawali od niej zielistkę. Ponieważ zrozumiałam, że nigdy nie chodziło o rośliny.
Potem wzięłam doniczkę z parapetu, zaniosłam do samochodu i zapakowałam z tyłu, podpierając ją torbą z zakupami. Pojechałam do Krakowa. Wstawiłam tę zielistkę do kuchni, obok okna wychodzącego na podwórze. Fikusa zostawiłam w korytarzu — nie przesadza się wszystkiego naraz.
Mieszkanie w Łodzi wynajęłam. Ale nie tamtej kobiecie. W ogóle nie nikomu z odzysku. Wynajęłam je młodej pielęgniarce z oddziału onkologii, która szukała czegoś taniej niż pokój na Bronowicach. Ustaliłyśmy czynsz na osiemset złotych miesięcznie, z czego ona miała odliczać rachunki, a różnicę wpłacać na konto wspólnoty na remont klatki. Na drzwiach przedpokoju powiesiłam karteczkę: „Zielistka do wzięcia w soboty, od dwunastej do czternastej. Proszę dzwonić do mieszkania dwadzieścia siedem”. Potem wróciłam do Krakowa i podlałam roślinę.
Dwa miesiące później dostałam zdjęcie od pani Grażyny. Na wycieraczce przed drzwiami matki stało siedem małych doniczek z zielistkami. Każda inna — gładka, paskowana, kędzierzawa ‘Bonnie’, szeroka ‘Ocean’. Pani Grażyna napisała pod spodem: „Twoja matka miała dobry zwyczaj. Utrzymaj go”.
Nie sprzedałam mieszkania. Nie oddałam go krewnej. Nie zamieniłam na kapitał. Wpłaciłam zaliczkę na remont dachu, bo sąsiedzi z czwartego piętra skarżyli się, że przecieka od strony podwórza. A zeszyt trzymam teraz w szafce w kuchni, obok cynamonu i płynu do czyszczenia zlewu. Otwieram go, ilekroć zielistka wypuszcza nowy rozłog.
Ostatnio wpisałam: „Odmiana ‘Bonnie’, liście skręcone. Zostawić dla pani z apteki, bo pytała, czy mam już taką, co nie potrzebuje dużo światła”.
Potem zamknęłam zeszyt i przestawiłam doniczkę bliżej okna. Fikus z korytarza patrzył na to wszystko z zazdrością. Ale fikusy zawsze tak patrzą.




