To nie jest historia o pieniądzach. To jest historia o chłopcu, który w wieku czterech lat nie miał nawet własnych butów, a osiemdziesiąt lat później jego nazwisko widnieje na tablicy przy wejściu do jednej z najważniejszych klinik onkologicznych w Polsce.
Nazywa się Kazimierz Woliński. Choć naprawdę, przy urodzeniu, zapisano go jako Kazimierz Wołyniec — nazwisko zmieniło się dopiero w dokumentach emigracyjnych, gdy urzędnik w Bremie źle je przepisał, a nikt się nie upierał, żeby poprawiać.
Urodził się w listopadzie 1940 roku w małej wsi pod Tarnopolem, na dzisiejszej Ukrainie zachodniej, wtedy — pod okupacją sowiecką, a wkrótce niemiecką. Miał młodszego brata, Stefana, urodzonego w 1943 roku. Rodzina uciekała trzy razy — najpierw przed frontem w 1944, potem przed powojennym bezhramziem, wreszcie przed samą biedą. To podczas drugiej z tych ucieczek, zimą, w prowizorycznym obozie dla przesiedleńców, mały Stefan zachorował. Matka mówiła później tylko tyle: „gorączka i krew, której nie umieli zatrzymać". Chłopiec zmarł, zanim rodzina dotarła choćby do Austrii. Nie było czasu na grób, który dałoby się dziś odnaleźć — był tylko pośpiech, kolejny obóz, kolejna kolejka po zupę.
Ojciec zginął rok później, gdy Kazimierz miał sześć lat — matka nigdy nie powiedziała mu dokładnie, jak, tylko że „poszedł po chleb i nie wrócił". Przez obozy dla przesiedleńców w Austrii dotarli w końcu do portu w Bremie, a stamtąd — statkiem — do Kanady. Rok 1951. Chłopiec miał jedenaście lat i jedną walizkę fibrową, w której było więcej dokumentów niż ubrań. Wśród tych papierów, na samym dnie, matka trzymała złożoną we czworo kartkę — jedyne oficjalne pismo, jakie kiedykolwiek dostała po Stefanie, z pieczątką obozowej administracji i jednym słowem w rubryce „przyczyna": nieustalona.
W Winnipegu matka szorowała podłogi w szpitalu, a on nauczył się angielskiego z gazet, które inni wyrzucali do kosza. Skończył studia techniczne wieczorowo, pracując w dzień jako magazynier w hurtowni części samochodowych. W wieku dwudziestu ośmiu lat założył małą firmę zajmującą się dystrybucją sprzętu biurowego. Nazwał ją po prostu — OfficeChain. Trzydzieści lat później było to sto siedemdziesiąt sklepów w czterech krajach.
Ale to nie dystrybucja uczyniła go zamożnym naprawdę. W 1989 roku, mając już pewien kapitał, zainwestował w spółkę zajmującą się energią wiatrową — wtedy nikt w to nie wierzył, bankierzy się z niego śmiali. Firma nazywała się Prairie Wind Energy. Dziś działa w ośmiu krajach, w tym w Polsce, gdzie od dwunastu lat prowadzi farmy wiatrowe na Pomorzu.
Ale to nie o turbinach jest ta historia.
W 2019 roku Kazimierz Woliński wraz z żoną Barbarą przekazali sto dziewięćdziesiąt milionów złotych na budowę nowego oddziału onkologii dziecięcej przy jednym z toruńskich szpitali klinicznych. To była największa prywatna darowizna na cele medyczne w historii tego miasta. Od tamtej pory oddział nosi nazwę Centrum Onkologii Dziecięcej im. Wolińskich.
Dlaczego akurat Toruń? Bo tam, w 1962 roku, jego matka odnalazła dawną sąsiadkę z rodzinnej wsi — kobietę, która po wojnie osiadła w Polsce zamiast jechać dalej na zachód. Przez lata pisały do siebie listy. To był jedyny most, jaki Kazimierz miał do kraju, z którego pochodził. I to właśnie w jednym z tych listów, już w latach siedemdziesiątych, sąsiadka napisała coś, co matka Kazimierza przechowywała potem do końca życia: że w tamtym obozie dzieci umierały głównie na choroby krwi, których nikt nie potrafił rozpoznać, bo brakowało lekarzy.
Ale pieniądze na szpital to dopiero połowa tej historii.
Woliński od trzydziestu lat finansuje stypendia dla studentów medycyny z Podola i Wołynia — z tych samych ziem, z których uciekała jego rodzina. Wspierał odbudowę cerkwi greckokatolickiej w rodzinnej wsi, sfinansował cyfrowe archiwum dokumentów dotyczących deportacji lat czterdziestych, a przez swoją fundację przekazał środki na badania nad historią przymusowych przesiedleń na pograniczu polsko-ukraińskim. W archiwum tym, jak sam mówił jednemu z dziennikarzy lokalnej gazety, szukał przez lata jednej rzeczy — nazwiska obozu, w którym zmarł Stefan. Nigdy go nie znalazł.
Kiedy w lutym 2022 roku rosja zaatakowała Ukrainę, Woliński miał już osiemdziesiąt jeden lat. Nie pojechał na granicę — zdrowie mu na to nie pozwalało — ale w ciągu pierwszego tygodnia wojny jego fundacja przelała sześć milionów dolarów kanadyjskich na pomoc humanitarną dla uchodźców trafiających przez przejście w Medyce. Sfinansował też remont dwóch budynków w Przemyślu, które zamieniono na tymczasowe mieszkania dla rodzin z dziećmi. Do dziś, w 2026 roku, te lokale wciąż działają — teraz jako mieszkania socjalne dla najbardziej potrzebujących.
Otrzymał Order Kanady. Otrzymał też — co przyjął podobno ze szczególnym wzruszeniem — odznaczenie od prezydenta Ukrainy za zasługi dla ratowania pamięci historycznej.
Ale rzecz, która naprawdę pokazuje, kim jest ten człowiek, wydarzyła się w cichym gabinecie na trzecim piętrze toruńskiego szpitala, dwa lata po otwarciu oddziału.
Dyrektor placówki, doktor Elżbieta Krajewska, przyjęła go wtedy na krótkie spotkanie — miało trwać kwadrans, bo Woliński akurat przejazdem wracał z Gdańska. Usiedli przy biurku zawalonym segregatorami, za oknem szarzał listopadowy deszcz, w korytarzu ktoś ciągle popychał wózek z lekami, kółko skrzypiało nierówno. Krajewska otworzyła teczkę z raportem finansowym oddziału i zaczęła tłumaczyć, że fundusz stypendialny dla młodych lekarzy się kończy — inflacja zjadła rezerwy szybciej, niż planowano, brakuje około czterystu tysięcy złotych rocznie, żeby utrzymać program w dotychczasowym kształcie.
Woliński słuchał, nie przerywając, ale coś w jego twarzy się zmieniło, gdy Krajewska, tłumacząc się z deficytu, dodała mimochodem, że najwięcej rezydentów odchodzi z oddziału hematologii — bo to najcięższa część pracy, najwięcej dzieci, których nie da się uratować, i najmniej chętnych, żeby się tego podjąć. Zapadła cisza, w której słychać było tylko skrzypiące kółko wózka za drzwiami. Wreszcie sięgnął po długopis leżący na biurku — zwykły, plastikowy, z logo szpitala — i zapytał, czy fundusz mógłby nosić inne imię niż dotychczasowe centrum. Krajewska, zaskoczona, odpowiedziała, że oczywiście, to jego darowizna, jego prawo.
Na marginesie raportu dopisał liczbę. Nie sto dziewięćdziesiąt milionów jak przy pierwszej darowiźnie na budowę oddziału. Zwykłe czterysta tysięcy złotych rocznie, dożywotnio, zapisane w akcie fundacyjnym jako stały fundusz stypendialny dla rezydentów specjalizujących się właśnie w hematologii dziecięcej — imienia jego matki, Heleny Wołyniec.
— To niewiele — powiedział, podsuwając kartkę. — Ale to ma być bez końca. Żeby pani nie musiała za dwa lata znowu prosić. I żeby ktoś zawsze chciał leczyć akurat te dzieci.
Krajewska spojrzała na kwotę, potem na niego, jakby dopiero teraz zrozumiała, że to nie jest gest przy okazji, tylko coś, co ten człowiek nosił w sobie od osiemdziesięciu lat.
— Panie Kazimierzu, to jest… to jest bardzo dużo. Ale mogę zapytać, dlaczego akurat hematologia?
Milczał chwilę, obracając długopis w palcach.
— Miałem brata — powiedział wreszcie. — Nie zdążył dostać diagnozy. Nie zdążył dostać niczego.
Nic więcej nie dodał. Podpisał dokument tam, na miejscu, tym samym długopisem, i zostawił go sobie na pamiątkę — powiedział, że to jedyny suwenir, jaki chce zabrać z Torunia.
Fundusz imienia Heleny Wołyniec działa do dzisiaj. Co roku finansuje sześciu młodych lekarzy rezydentów hematologii i onkologii dziecięcej — bez umów lojalnościowych, bez zobowiązania do pozostania w Polsce, bez żadnych warunków poza jednym: że będą leczyć dzieci, których choroby krwi wciąż bywają trudne do rozpoznania.
Kazimierz Woliński ma dziś osiemdziesiąt pięć lat. Mieszka w Winnipeg, ale co roku, jesienią, przylatuje do Torunia — zawsze na jeden dzień, zawsze bez zapowiedzi w mediach. Chodzi po korytarzach oddziału, rozmawia z pielęgniarkami, czasem zatrzymuje się przy sali, w której leży dziecko z chorobą krwi podobną do tej, na którą — jak podejrzewano, choć nigdy nie potwierdzono — zmarł w dzieciństwie jego młodszy brat, gdzieś między Tarnopolem a Bremą, w bezimiennym obozie, bez lekarza, bez diagnozy, bez grobu, który dałoby się dziś odnaleźć.




