Trzydziestego grudnia Władysław Kot dowiedział się od żony, że umiera. Leżała na kanapie w salonie, pod pledem w kratę, z mokrym ręcznikiem na czole, i oddychała tak, jakby każde westchnienie mogło być ostatnim.
— Władek, ja naprawdę nie dojadę — wymamrotała. — Do Wigilii do twojej siostry… nie, nawet do przedpokoju nie dojdę.
Władek znał ten ton. Słyszał go dokładnie raz w roku, zawsze między świętami a sylwestrem, kiedy zbliżał się obowiązkowy wyjazd do Krynicy-Zdroju, do eleganckiego pensjonatu „Pod Świerkami", który prowadziła jego siostra Grażyna. Ściślej: jego siostra, mąż jej, Tadeusz, i stado wypielęgnowanych kotów rasy maine coon, które miały lepsze warunki niż niektórzy kuracjusze.
— Może wezwę doktora Mazura? — zaproponował Władek, wiedząc, że przegra.
— Doktor Mazur?! — żona uniosła się na łokciu. — Ten, co mi w zeszłym roku na grypę przepisał witaminę C? Co on może wiedzieć o tym, co ja czuję?
Władek mógłby bronić honoru polskiej służby zdrowia, ale oszczędzał siły. Przed nim była długa przeprawa.
— To co robimy, Halinko? — zapytał z troską, która zabrzmiała nawet wiarygodnie.
— Umieramy. Po cichu. W domu — odpowiedziała i opadła z powrotem na poduszki. Ręcznik zsunął się jej na dywan.
Właściwie Władek rozumiał żonę. Sam wolałby spędzić sylwestra na przystani, naprawiając silnik w kutrze, niż siedzieć przy stole nakrytym wykrochmalonym obrusem i słuchać, jak Grażyna z uśmiechem dobrotliwej inkwizytorki pyta: „Władziu, a ty jeszcze nie zostałeś szefem tego… no, jak to się nazywa… twojego warsztatu? Dalej zwykłym mechanikiem? Oj, Halinko, Halinko, ty to masz krzyż pański".
Raz nawet dodała: „No, ale za to masz go w domu. Nie to co mój Tadeusz. Ciągle w rozjazdach, w zarządzie, na szkoleniach… Władziu, a ty to w ogóle bywasz gdzieś poza tą waszą wioską?".
— W zeszłym tygodniu byłem w Darłowie — odpowiedział wtedy. — Po części.
— No właśnie — westchnęła Grażyna, jakby Darłowo było co najmniej kolonią karną.
Halina od pięciu lat powtarzała, że do Krynicy już nie pojedzie. I co roku, około dwudziestego siódmego grudnia, zaczynała „umierać". Potem wybuchała płaczem, że Grażyna powie wszystkim, że bratowa się wywyższa, że zapomniała o rodzinie, a w ogóle to wszyscy wiedzą, że Władek pochodzi z domu dziecka i tylko dzięki Grażynie poznał przyzwoitych ludzi.
I Władek co roku pakował walizkę, sprawdzał płyn w spryskiwaczach i jechali.
Ale tego roku stało się coś innego.
— Władek — powiedziała Halina, siadając nagle na kanapie. Głos wrócił jej do normy, jakby nigdy nie chorowała. — A wiesz, co mi właśnie przyszło do głowy?
— Że mamy w lodówce jeszcze sernik?
— Nie. Że Grażyna nie da mi ani złotówki z tej swojej kamienicy w Ustce. Ani teraz, ani po śmierci. Bo ona żyje z tego, że wszyscy ją proszą i wszyscy mają wobec niej dług wdzięczności.
— Halinka… odkryłaś Amerykę.
— Nie. Odkryłam, że nie muszę do niej jechać. Mogę zostać w domu. Z tobą. W kapciach.
— Ona ci tego nie daruje. Wiesz, jaka jest.
— A co mi zrobi? Przestanie się do mnie odzywać? — Halina zaśmiała się krótko, sucho. — Władek, to byłby najlepszy prezent gwiazdkowy od dwudziestu sześciu lat.
Władek usiadł obok niej. Na parapecie za oknem, na tle szarego, grudniowego nieba, siedziała wrona i patrzyła w ich stronę, jakby czekała na rozwój wypadków.
— To znaczy, że naprawdę nie jedziemy?
— Naprawdę. Dzwonię do niej i mówię, że jesteśmy chorzy. Albo że samochód nie odpala. Albo… — Halina wstała, poprawiła sweter i podeszła do telefonu stacjonarnego, który stał na kredensie obok betlejemskiej gwiazdy z papieru. — Albo powiem prawdę.
— To po tobie — mruknął Władek z uznaniem, choć w środku poczuł, jak coś mu się zaciska w żołądku. Znał Grażynę. Ta kobieta potrafiła zadzwonić do proboszcza w środku nocy, żeby donieść, że sąsiadka chodzi do komunii bez spowiedzi.
Telefon zadzwonił pierwszy.
Halina popatrzyła na wyświetlacz, na którym zapalił się numer stacjonarny z kierunkowym „18". Krynica.
— Odbierz — powiedział Władek. — Inaczej będzie dzwonić do rana.
Halina podniosła słuchawkę i włączyła tryb głośnomówiący. Z głośnika popłynął głos Grażyny, słodki jak lukier na pierniku.
— Halinko! Kochana! Jak się czujecie? Bo ja tu już pokoje szykuję, ręczniki pachną lawendą, a Tadzik kupił karpia… Władek żyje?
— Żyje — odpowiedziała Halina spokojnie. — Ale nie przyjedziemy.
Cisza. Tak długa, że Władek usłyszał tykanie zegara z kukułką, pamiątki po matce Haliny, jakby kukułka miała zaraz wyskoczyć ze środka rozmowy.
— Jak to nie przyjedziecie? — głos Grażyny zmienił barwę, jak radio przy przestrajaniu. — Halinka, czy ty piłaś coś do obiadu?
— Nie przyjedziemy, bo nie mamy na to siły ani ochoty. Dwadzieścia sześć lat przyjeżdżaliśmy. Teraz zostajemy u siebie.
— No nie, no nie, no nie… — Grażyna zaczęła wchodzić na wysokie tony. — A wiesz, co ludzie powiedzą? Że bratowa zapomniała o jedynej rodzinie męża. Że Władziowi woda sodowa do głowy uderzyła. Że…
— Grażynko — przerwała Halina. — Władkowi to do głowy uderzyła twoja dobroć. Dawno temu. I właśnie mu przeszło.
W tle rozległ się męski pomruk. Tadeusz. Pewnie stał nad żoną i podpowiadał jej, co ma mówić, jak to on.
— To ja ci coś powiem, moja droga — Grażyna przeszła na szept, od którego Władkowi zrobiło się zimno. — Mój notariusz mi mówił, że taka rodzina to nie rodzina, tylko pasożyty. I że testament mogę zmienić w każdej chwili.
— Zmieniaj — powiedziała Halina. — My nie czekamy.
— Coś ty powiedziała?!
— Że nie czekamy na twoje pieniądze, Grażynko. Nie pojedziemy. Nie zadzwonimy. Możesz sprzedać tę kamienicę i kupić sobie pomnik za życia. Z ławeczką.
W słuchawce coś zazgrzytało, jakby Grażyna upuściła telefon. Potem rozległ się jej krzyk, już niekontrolowany:
— Władek! Niech twój mąż coś powie! Bo jak nie, to ja wszystkim opowiem, z jakiej on rodziny pochodzi! Z domu dziecka w Darłowie! Z ulicy!
Władek wstał. Przeszedł przez salon, stanął obok żony i nachylił się do słuchawki.
— Grażynko — powiedział. — A wiesz, że ja właśnie dostałem propozycję przejęcia warsztatu po panu Stefanowie? Trzydzieści cztery tysiące za całość, z klientami. I wiesz co? Przyjąłem.
— Co ty… — głos Grażyny na chwilę zgasł. — Przecież ty masz zaledwie średnie wykształcenie!
— Mam. I właśnie dlatego przez dwadzieścia sześć lat wmawiałaś mi, że do niczego nie dojdę. A ja doszedłem. Bez twojej pomocy. A właściwie to pomimo.
Halina patrzyła na męża z otwartymi ustami. Pierwszy raz od lat nie wiedziała, co powiedzieć.
— A wiesz, co jest najlepsze? — ciągnął Władek. — Że rata kredytu wynosi tysiąc czterysta złotych. I że spłacę go w sześć lat. Bez twojego błogosławieństwa.
— Ja was wydziedziczę! — wrzasnęła Grażyna.
— To będzie twoja decyzja — odparła Halina i powiesiła słuchawkę.
W domu zapadła cisza, ale inna niż wcześniej. Swobodna, jakby z okien zdjęto ciężkie zasłony.
— Trzydzieści cztery tysiące? — Halina uniosła brew. — Skąd ty masz takie konkrety?
— Bo wczoraj podpisałem umowę przedwstępną. Chciałem ci powiedzieć w sylwestra. Myślałem, że ucieszysz się w święta.
— Władek, przecież my nie mamy trzydziestu czterech tysięcy. Mamy dwanaście osiemset na lokacie, sam to sprawdzałam.
— Nie mamy. Dlatego wziąłem kredyt. A lokata zostaje. Jak coś pójdzie nie tak, przynajmniej ty masz poduszkę.
Halina usiadła na krześle przy kuchennym stole i podparła brodę ręką. Potem popatrzyła na niego tak, jak patrzyła wtedy, gdy poznali się na przystani w Darłowie: jakby zobaczyła kogoś, kogo zna od zawsze, ale kto nagle okazał się o pół głowy wyższy.
— To my naprawdę jedziemy do tej Krynicy? — spytała w końcu.
— Nie. Jedziemy do Ustki. Na spacer po molo. A potem zjemy w domu śledzie i opowiem ci, jak w warsztacie wymieniałem tłoki w starym jelczu i myślałem o tym, co powiedziałaś Grażynie.
— A co ja jej powiedziałam?
— Że nie czekasz. Że niczego od niej nie chcesz.
— I to jest prawda.
Władek przyciągnął ją do siebie. Objęli się mocno, tak jak stali, w kapciach i zmiętym swetrze, a za oknem wrona na parapecie przechyliła głowę, jakby chciała coś zrozumieć z tej sceny.
Wieczorem Halina napisała do Grażyny wiadomość, krótką i rzeczową:
„Nie przyjedziemy. Nie prosimy o nic. Nie dzwoń po nocy. Władek kupił warsztat. Pozdrawiamy znad morza."
Przesłała ją i odłożyła telefon. Władek podał jej herbatę w kubku z napisem „Bosman". Pili ją w milczeniu, a potem poszli spać, pierwszy raz od dwudziestu sześciu lat nie myśląc o tym, co powie Grażyna.
Nad ranem Krystyna, sąsiadka z parteru, zapukała do drzwi. Miała ze sobą paczkę.
— To dla was. Kurier zostawił u mnie, bo was nie było.
Halina rozcięła karton. W środku leżał wielki, pakowny sweter z metką „Grażyna" i kartka: „Żebyś Władziowi kupił wreszcie coś porządnego do warsztatu". Halina parsknęła śmiechem, aż kukułka w zegarze podskoczyła.
— Władek, chodź no tu.
Władek zajrzał do kartonu, wyjął sweter, obejrzał go z obu stron i odłożył z powrotem.
— Pojedziemy do Ustki — powiedział. — A po drodze oddamy to do sklepu charytatywnego. Niech ktoś nosi. Mnie w tym i tak za ciepło.




