Babcia Halina nigdy nie wybaczyła córce, że podarowała jej wnukowi na komunię nie rower, tylko gitarę

W sobotę rano obudził mnie dźwięk wiertarki. Sąsiad z naprzeciwka wiercił w ścianie od siódmej, jakby chciał przewiercić się na wylot do mojego korytarza. Nalałam sobie zimnej wody z kranu, bo czajnik od wczoraj stał niepodłączony, i wtedy rozdzwonił się telefon. Numer należał do Zbyszka, mojego kuzyna, którego nie widziałam od pogrzebu dziadka. To było jedenaście lat temu.

– Anka, słuchaj… – zaczął, a ja już wiedziałam, że nie dzwoni z życzeniami. Głos miał taki, jakby mówił z dna studni. – Marta nie żyje.

Marta. Jego starsza siostra. Moja kuzynka, którą ostatni raz widziałam na własne oczy w Gdańsku, na peronie dworca głównego, w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym drugim. Miała wtedy dwadzieścia lat, torbę z naszywką The Cure i bilet w jedną stronę do Szczecina. Stała na krawędzi peronu, machała do mnie pomalowaną na czarno paznokciem dłonią i śmiała się tak, że ludzie się oglądali.

Nie widziałam jej trzydzieści pięć lat. A teraz Zbyszek mówi, że nie żyje.

– Jak to? – zapytałam, chociaż to głupie pytanie, kiedy ktoś dzwoni z taką wiadomością.

– Sama… – urwał. – Zrobiła to na żywo. Na tym całym Facebooku. Ludzie to oglądali.

Usiadłam na podłodze, bo nogi zrobiły mi się z waty. Za oknem sąsiad dalej wiercił, jakby nic się nie stało. I w sumie nic się nie stało – dla niego. Dla mnie świat właśnie pękł w miejscu, o którym zapomniałam, że istnieje.

Marta była wolnym duchem. Tak o niej wszyscy mówili. Wolny duch, artystka, wariatka, czarna owca. Jak kto chciał. Pamiętam ją z rodzinnych świąt u babci Heleny w Gdyni: siedziała na parapecie w kuchni, piła herbatę z cytryną i opowiadała, że kiedyś zamieszka w domku na klifie i będzie hodować kury. Wujek Zygmunt, jej ojciec, machał ręką i mówił, że z takim charakterem to skończy w cyrku. A babcia Helena zaciskała usta i nie mówiła nic. Babcia Helena miała tę ciszę, która potrafiła wypchnąć człowieka z pokoju bez jednego słowa.

Zbyszek powiedział, że pogrzeb we wtorek, o dwunastej, na cmentarzu Witomińskim. Że mama Marty, ciocia Wiesia, nie wstaje od dwóch dni. Że ojciec chodzi po mieszkaniu i powtarza, że trzeba kupić kwiaty, jakby to było najważniejsze. I że policja zabezpieczyła jej telefon i laptop.

– Ktoś to nagrał – powiedział. – Zanim zdążyli zablokować.

Wstałam z podłogi. Wiertarka za oknem nagle ucichła, i w tej ciszy usłyszałam własny oddech. Trzydzieści pięć lat nie widziałam Marty. Nie napisałam, nie zadzwoniłam. Raz na kilka lat dowiadywałam się od matki, że Marta znowu coś rzuciła, wyjechała, zmieniła pracę. A potem przestałam pytać, bo wstyd było przyznać, że nie wiem, co u niej.

Pojechałam do Gdyni we wtorek rano. W pociągu z Gdańska do Gdyni Głównej minęłam peron, na którym widziałam ją ostatni raz. Przez trzydzieści pięć lat nic tam się nie zmieniło, tylko ławki pomalowali na granatowo. Siedziała na moim miejscu jakaś dziewczyna w za dużej kurtce i patrzyła w rozkład jazdy. Pomyślałam, że Marta też tak wyglądała: jakby zawsze sprawdzała, którym pociągiem uciec.

Na cmentarzu było mało ludzi. Zbyszek stał przy bramie, niższy niż zapamiętałam, choć miał dopiero pięćdziesiąt osiem lat. Przygarnął mnie ramieniem i razem poszliśmy alejką. Z daleka widziałam ciocię Wiesię – pochyłoną, w czarnym płaszczu, chociaż było dwadzieścia stopni. Wujek Zygmunt trzymał parasol, chociaż nie padało.

Kiedy podeszłam, ciocia Wiesia chwyciła mnie za rękaw. Palce miała zimne, jakby trzymała w ręku lód.

– Anusia – powiedziała. – A wiesz, co ona zrobiła przed… tym?

Pokręciłam głową.

– Napisała list. Do mnie. I do ojca. Zostawiła go na stole w kuchni. Na tym obrusie w kratę, co go Zygmunt kupił w Czechosłowacji. Pamiętasz ten obrus?

Nie pamiętałam żadnego obrusu. Ale kiwnęłam głową, bo w takiej chwili tylko to zostaje.

– Napisała, żebyśmy się nie obwiniali. Że to nie nasza wina. I żeby oddać jej gitarę temu chłopakowi z sąsiedztwa, co ma autyzm. Adaś mu na imię.

Po pogrzebie poszliśmy do ich mieszkania na czwartym piętrze w bloku z wielkiej płyty. Winda nie działała od miesiąca, wujek Zygmunt szedł pierwszy i liczył stopnie na głos. W kuchni pachniało kawą i wilgocią. Obrus w kratę był, tak jak mówiła ciocia. A na nim – koperta. I obok, oparta o szafkę, gitara. Stara, z naklejką The Cure przy gryfie.

Ciocia Wiesia nalała kawy do trzech filiżanek, ale nikt jej nie dotknął. Zbyszek stał przy oknie i patrzył na podwórko. Wujek Zygmunt krążył między pokojami, jakby czegoś szukał.

– Kto jej tę kawę wypije – powiedziała ciocia, ale to nie było pytanie.

Wtedy po raz pierwszy od przyjazdu odezwał się wujek.

– Ja zawsze wiedziałem, że to się tak skończy – powiedział. – Taki charakter. Wszystko zawsze na pokaz. Nawet śmierć musiała mieć na ekranie.

Ciocia Wiesia odstawiła dzbanek. Ręka jej drżała, ale to dlatego, że dzbanek był ciężki i ceramika trzęsła się o brzeg stołu.

– Zygmunt – powiedziała. – Przestań.

– Co mam przestać? Prawdę? To, że córka się zabiła, bo nie umiała żyć jak normalny człowiek? Zamiast męża to zespół, zamiast pracy to jakieś festiwale, zamiast dzieci to koty!

Zbyszek odwrócił się od okna.

– Tato.

– Co tato! Czterdzieści lat czekałem, żeby z niej coś było! A ona mi to robi na oczach obcych ludzi!

I wtedy ciocia Wiesia – ta sama, która przez czterdzieści lat nie podniosła głosu przy stole – chwyciła obrus w kratę i pociągnęła go na ziemię. Koperta sfrunęła na linoleum, filiżanki podskoczyły, kawa zalała serwetki. Gitara oparta o szafkę po prostu osunęła się po drzwiczkach i uderzyła strunami o podłogę.

– Jej córka – powiedziała ciocia, a głos miała czysty, bez jednego załamania – zostawiła list, w którym prosi, żebyś się nie obwiniał. A ty zamiast płakać, mówisz, że umarła na pokaz.

Wujek chciał coś powiedzieć, ale ciocia podniosła rękę. Tę samą, którą rano trzymała zimną jak lód na moim rękawie.

– I wiesz, co jeszcze napisała? Napisała, że przez całe życie próbowała ci udowodnić, że coś z niej będzie. Że co by nie zrobiła, ty zawsze widziałeś tylko to, czego nie ma. A jak przestała próbować, to przestaliście dzwonić. Obaj.

Spojrzała na Zbyszka. On patrzył w podłogę, na plamę po kawie, która wsiąkała w linoleum.

Podeszłam do gitary. Podniosłam ją z podłogi. Struny były rozstrojone, ale to była dobra gitara. Warta pewnie z półtora tysiąca złotych, może więcej. Kiedyś Marta pisała mi, że kupiła ją w Szczecinie od jakiegoś gościa, który grał na statku. Pisała, że ta gitara przeszła więcej mórz niż ona.

Nie wiem, co mi odbiło. Może to ta kawa na podłodze. Może to, co zaproponowałam, było jedyną rzeczą, która miała w tej kuchni sens.

– Pojadę do Gdańska i zawiozę tę gitarę Adasiowi – powiedziałam. – Ale najpierw muszę coś zrobić z listem.

Wujek podniósł głowę.

– Z jakim listem?

– Z listem Marty. Zostawiła go dla was. Ale skoro ty mówisz, że jej śmierć była na pokaz, to może powinnam go przeczytać na głos. Teraz. Przy tobie.

Zapadła taka cisza, że słychać było, jak wiertarka u sąsiada wierci od nowa, tym razem gdzieś nad nami. Nikt się nie ruszał.

Wujek Zygmunt pierwszy zrobił krok w stronę koperty. Schylił się powoli, jakby dźwigał dwadzieścia kilo. Wziął ją, ale nie otworzył. Włożył do kieszeni marynarki.

– Zostaw to – powiedział.

– Nie – powiedziała ciocia. – Pokaż.

Wyciągnęła rękę. Wujek patrzył to na nią, to na kopertę. Zbyszek wciąż stał pod oknem, z rękami w kieszeniach, jakby chciał zniknąć.

– Ona pisała do nas obojga – powiedziała ciocia. – To nie jest tylko twoje. Ani moje. To jest jej. Może Anka ma rację. Może trzeba to przeczytać na głos.

Wujek powoli wyjął kopertę z kieszeni. Rozerwał ją, ale tak niepewnie, że naddarł róg. Złożył kartkę na pół i podał cioci, nie patrząc na nią.

– Czytaj ty.

Ciocia wzięła kartkę. Założyła okulary, chociaż przed chwilą piła w nich kawę. Milczała tak długo, że policzyłam w myślach do dwudziestu. Potem zaczęła czytać.

List był krótki. Marta napisała, że nie umie już dłużej udawać, że jest jej dobrze. Że dziękuje matce za to, że ta zawsze broniła jej przed ojcem. Że ojcu dziękuje za to, że nauczył ją, że trzeba być twardym, nawet jeśli to twardość, która rani. I że nie prosi o wybaczenie, bo nie zrobiła nic złego. Prosi tylko, żeby sprzedali jej rzeczy i oddali pieniądze do schroniska dla zwierząt w Gdyni. I żeby nikogo nie obwiniali.

Kiedy ciocia skończyła, wujek stał w drzwiach kuchni, jedną ręką oparty o framugę. Nie patrzył na nas. Patrzył na ten naddarty róg koperty, który został mu w palcach.

– Ja nie chciałem – powiedział. – Ja tylko… chciałem, żeby się ustatkowała.

– Wiem – powiedziała ciocia. – Ale to już nie ma znaczenia. Teraz jest list. I jest prośba.

Wtedy zrobiłam coś, czego nikt się nie spodziewał, nawet ja. Podeszłam do wujka i delikatnie wyjęłam mu z palców ten naddarty róg koperty.

– Wujku – powiedziałam. – Marta prosi, żeby nikogo nie obwiniać. Ale ona też nie zostawiła żadnego rozporządzenia. Więc to wy decydujecie. Kto weźmie jej laptopa? Kto zadzwoni do operatora? Kto zamknie jej konto na Facebooku, zanim ludzie zaczną robić z tego memy?

Wujek w końcu na mnie spojrzał. Po raz pierwszy tego dnia.

– Ty to załatwisz – powiedział. – Ty zawsze byłaś taka… zorganizowana.

– Dobrze – powiedziałam. – Załatwię. Ale postawię jeden warunek. Oddamy gitarę Adasiowi tak, jak chciała. Wszystkie jej rzeczy sprzedamy i oddamy do schroniska. A telefon i laptopa oddamy policji, żeby ustalili, kto to nagrywał i udostępniał. Bo jeśli tego nie zrobimy, to wyjdzie, że Marta umarła na pokaz. A tego jej nie zrobimy.

Zbyszek w końcu uniósł głowę. Popatrzył na mnie, potem na gitarę, potem na oboje rodziców. I kiwnął głową.

– Ja biorę telefon i laptop – powiedział. – Zaniosę na komendę. Dzisiaj.

A potem padło to, czego nie przewidziałam. Wujek Zygmunt podszedł do stołu, wziął jedną z przewróconych, opróżnionych filiżanek i postawił ją z powrotem na obrusie, na plamie z kawy. Przez chwilę patrzył na swoje dzieło, a potem powiedział:

– Pojedziemy tam razem. Do tego Adasia. Chcę oddać tę cholemą gitarę własnymi rękami.

W czwartek rano znowu obudziła mnie wiertarka. Sąsiad tym razem wiercił w drugą stronę, jakby przewiercał się do łazienki. Sprawdziłam telefon: nieodebrane połączenie od cioci. Oddzwoniłam.

– Anusia – powiedziała. – Byliśmy wczoraj u Adasia. Zygmunt, Zbyszek i ja. Gitara już u niego.

– I jak? – zapytałam.

– A wiesz, co zrobił Zygmunt? Wziął gitarę, podał chłopcu i powiedział: „To od mojej córki. Graj, a nie stój”. Chłopiec usiadł i nie powiedział nic. Tylko trzymał ją jak niemowlę. A Zygmunt odwrócił się do okna i stał tak z pięć minut. Nie wiem, czy płakał. Nie chciałam, żeby się odwracał.

Pomyślałam o tym przez chwilę. O Marcie, która w wieku dwudziestu lat machała mi z peronu. O tej gitarze, która przeszła więcej mórz niż ona. O obrusie w kratę, który babcia Helena kupiła w Czechosłowacji chyba wtedy, gdy Marta pierwszy raz uciekła z domu.

– Ciociu – powiedziałam. – A co z jej kontem? Na Facebooku?

– Zbyszek pisał wczoraj do administracji. Podali mu, że usuną profil w ciągu dwudziestu czterech godzin. I że nagrania już zablokowali.

– Dobrze – powiedziałam.

– Anusia – dodała, a głos jej się załamał dopiero teraz, jakby wcześniej trzymała go na jakimś niewidzialnym blacie. – Ona przed tym wszystkim jeszcze do nas pisała. Dwa dni wcześniej. Wysłała zdjęcie kota. Tego rudego, co go znalazła w parku. Napisała: „Patrzcie, jaki ma pysk”. Tak po prostu. A ja nie odpisałam, bo miałam pranie.

Zacisnęłam palce na telefonie. Znowu pomyślałam o tym, że trzydzieści pięć lat nie widziałam Marty. Że mogła pisać do mnie, a ja nie pisałam do nikogo. I że nie ma takiego prania, które trwa trzydzieści pięć lat.

– Ciociu – powiedziałam. – Przyjeżdżam w sobotę.

– Po co?

– Po obrus. Ten w kratę. Wypiorę go tak, żeby kawa zeszła. A potem oddam do fundacji, która sprzedaje rzeczy po ludziach. Niech ktoś go kupi i położy na swoim stole. A pieniądze niech pójdą na schronisko.

Ciocia milczała przez chwilę. Potem powiedziała cicho:

– A wiesz, że ten obrus ma dokładnie czterdzieści jeden lat? Wybierałam go z Heleną na targu w Gdańsku. Kosztował… nie pamiętam. Ale Helena mówiła, że kupuje go na wesele Marty. Na wesele, którego nigdy nie będzie.

Spojrzałam na swoje odbicie w czarnym ekranie telewizora. Wiertarka za oknem ucichła. Sąsiad skończył. A ja siedziałam w mieszkaniu, w którym wszystko stało tak samo jak wczoraj, i rozumiałam, że jutro będzie musiało wyglądać inaczej.

– Załatwione – powiedziałam. – W sobotę przyjadę i wezmę ten obrus. I pojedziemy razem do schroniska. Ty, wujek, Zbyszek i ja. Zrobimy to, o co prosiła.

W sobotę rano, zanim wyszłam na pociąg, zadzwoniłam do Zbyszka. Powiedział, że policja znalazła na jej telefonie listę osób, które udostępniały to nagranie. Że pierwsze postępowanie już ruszyło. Że to było dwadzieścia jeden osób. I że jedna z nich nazywała się tak, jak facet, z którym Marta grała kiedyś na statku w Szczecinie.

Rozłączyłam się i stałam chwilę w przedpokoju, z kluczami w ręku. Klucze miałam te same od jedenastu lat. Tak jakby człowiek mógł trzymać się czegoś, co otwiera tylko jedne drzwi.

Potem zamknęłam za sobą mieszkanie i zeszłam po schodach na dół. Pociąg do Gdyni odjeżdżał za czterdzieści siedem minut. Na peronie stała jakaś kobieta w za dużej kurtce i patrzyła w telefon. Wyglądała jak Marta, ale nią nie była. Nikt już nigdy nią nie będzie.

W pociągu kupiłam przez internet bilet na pociąg powrotny na czwartek. I od razu, zanim zdążyłam się rozmyślić, zrobiłam przelew na schronisko w Gdyni. Sto dwadzieścia złotych. Tyle, ile kosztowałby obrus w kratę, gdyby ktoś chciał go kupić na targu.

A potem napisałam do cioci wiadomość:

„Wiesz, ile kosztował bilet w jedną stronę do Szczecina w 1992 roku? Dokładnie tyle, ile ta gitara. Sprawdziłam rano. Marta miała farta.”

Ciocia odpisała po dwóch minutach. Krótko: „Odpisz w końcu, jak dojedziesz.”

I to było to. To było właśnie całe nasze pożegnanie.

Oceń artykuł
TwojaCena
Babcia Halina nigdy nie wybaczyła córce, że podarowała jej wnukowi na komunię nie rower, tylko gitarę