W szkole wołali na mnie „Klusek”. Nie dlatego, żebym był miękki — po prostu byłem najniższy w klasie i ważyłem tyle, co tornister z książkami. Matka natura poskąpiła mi wzrostu, za to hojnie dołożyła nieśmiałości. Jak mnie ktoś popychał na korytarzu, to przepraszałem. Jak zabierali mi kanapkę, to mówiłem, że i tak nie jestem głodny. Jedyny człowiek, który się do mnie odzywał normalnie, to Paweł. Siedział ze mną w ławce i czasem dzielił się gumą do żucia.
Myślałem, że po szkole się zmieni. Dorośli są mądrzejsi. Nie przezywają. Nie szturchają dla zasady. Gówno prawda. W magazynie, gdzie zacząłem pracować po technikum, szybko dostałem nowe ksywki: „Pchełka”, „Ogonek”, „Kurdupel”. Kobiety z działu spożywczego traktowały mnie jak maskotkę. Przynosiły mi sernik w pojemniku, klepały po ramieniu, mówiły „biedactwo”. Do czterdziestki zdążyłem zostać sierotą i utwierdzić się w przekonaniu, że miłość to towar, którego nigdy nie zeskanują na moją kartę.
Aż przyszła ona. Iwona.
Miała metr osiemdziesiąt wzrostu, biust jak dwie tarcze strzelnicze i głos, który zagłuszał skaner na kasie. Pracowała jako kierowniczka zmiany w sklepie na Dolnym Mieście. Za każdym razem, kiedy przechodziłem obok jej stanowiska, robiło mi się sucho w ustach. Ja, magazynier z piętnastoletnim stażem, chowałem się za regałem z papierem toaletowym i udawałem, że sprawdzam kody kreskowe. Kto ja dla niej? Wróbelek. Okruszek. Pyłek.
Los jednak lubi takie numery. Któregoś piątku, w samo południe, stałem przy kasie z siatką bułek i kefirem. Przede mną wepchnęło się dwóch typów w dresach, każdy z butelką wódki pod pachą. Jeden odsunął mnie łokciem, aż uderzyłem biodrem o stojak z batonami.
— Poczekasz, dziadku. Nam się śpieszy.
Normalnie bym się odsunął. Zawsze się odsuwałem. Ale Iwona siedziała trzy metry dalej i widziała wszystko. Zacisnąłem palce na siatce, aż plastik wbił mi się w dłoń.
— Kolejka jest tam — powiedziałem. Głos mi drżał jak naciągnięta struna.
— Nie pyskuj, bo ci okulary przestawię.
Już miałem zrobić krok w tył, kiedy zza kasy huknęło:
— Dokumenty poproszę! Obaj. Bo ja nie wiem, czy wam w ogóle mogę sprzedać ten towar.
Typi zaczęli się śmiać, że przecież są dorośli, że dzieci w domu, ale Iwona nawet nie mrugnęła. Za nią pojawił się ochroniarz, pan Mirek, i znacząco poprawił pałkę przy pasie. Dresiarze rzucili butelki na taśmę i wyszli, mamrocząc pod nosem.
— No, Szymek — powiedziała do mnie, a ja zamarłem, bo znała moje imię. — Podawaj te bułki. Musisz jeść, bo cię zaraz przeciąg zabierze.
Chciałem się zapaść pod ziemię. Ale ona się uśmiechnęła. Naprawdę.
Miesiąc później zjedliśmy pierwszy obiad w barze mlecznym przy ulicy Rajskiej. Dwa miesiące później — pierwszy raz mnie pocałowała. A po roku wzięliśmy ślub. Myślałem, że wygrałem los na loterii.
Nie wygrałem.
Iwona szybko ustawiła hierarchię w domu. Ona była szefem. Ja byłem, jak to mówiła z uśmiechem, „zasobem ludzkim”. W praktyce wyglądało to tak, że decydowała o wszystkim: co jemy, gdzie jedziemy, co oglądamy, kogo zapraszamy. A jak coś poszło nie tak, to było moje. Krzywo powieszona półka, źle wyprasowana koszula, za głośno oddycham w nocy.
Znosiłem to. Bo przecież mnie kocha. Bo przecież jest silna, a ja zawsze byłem tym słabszym. Może tak ma być. Może dorosłość to właśnie to — dać sobą zarządzać i nie pyskować.
Koniec przyszedł w listopadzie. Wracałem z nocnej zmiany, była może szósta rano. Chciałem odgrzać sobie żurek, ale szklana miska wyślizgnęła mi się z rąk. Rozbiła się na podłodze w drobny mak. To była jej ulubiona miska. Po babci. Z Czech, jeszcze z czasów, kiedy się tam jeździło po kryształy.
Iwona wpadła do kuchni w szlafroku.
— Ty niezdaro! — krzyknęła. — Nawet żuru nie umiesz podgrzać! To była jedyna rzecz po babci, rozumiesz?
Schyliłem się po kawałki szkła. I wtedy to dostałem. Otwartą dłonią w tył głowy. Aż mi zęby szczęknęły. Szkło poleciało na boki, a ja klęczałem na podłodze, z krwią na palcach, patrząc na kawałek miski, na którym był namalowany drobny, niebieski kwiatek.
Wstałem. Spakowałem torbę. Wyszedłem. Rozwód z orzeczeniem o winie — złożyłem papiery w sądzie przy ulicy Kartuskiej. Trwało to pół roku, ale było warto.
Rok później odwiedziłem Pawła. Mieszka w Oliwie, w szeregowcu z ogródkiem. Otworzył mi z psem między nogami. Suka, czarna, wielka jak cielak, z krótkimi łapami i łbem jak beczka. Wyglądała jak taksówka po wypadku z basetem. Patrzyła na mnie zza pleców Pawła, a ogonem machała tak, że doniczka przy drzwiach poleciała na ziemię.
— Poznaj Kleopatrę — westchnął Paweł. — Albo nie poznawaj. I tak chcę się jej pozbyć.
Okazało się, że pies był trzeci z kolei. Pierwszy właściciel oddał, bo „nie taka rasa, jak obiecywali”. Drugi, bo nie umiał jej wyszkolić. Paweł miał być tym trzecim, ale awanturowała się z jego synem, a przy tym kopała grządki. Żona Pawła zagroziła, że jak pies zostanie, to ona się wyprowadzi.
— Weź ją — powiedział Paweł, kiedy siedzieliśmy w kuchni przy kawie. — Jesteś sam. Ona jest samotna. Idealnie.
— Nie znam się na psach.
— Nikt się nie zna. Ja też się nie znałem. Ale ty przynajmniej masz cierpliwość. A wiesz, co jest najlepsze? Ona nie krzyczy.
Spojrzałem na psa. Kleopatra leżała pod stołem i obserwowała mnie jednym okiem, drugim mierzyła Pawła, jakby czekała, co z tego wyniknie. Miała na szyi czerwoną obrożę, która wrzynała jej się w skórę.
— Dobra — powiedziałem. — Biorę.
Paweł omal nie zakrztusił się kawą.
Początki były trudne. Kleopatra bała się gwałtownych ruchów. Kiedy podniosłem rękę, żeby zdjąć kurtkę, zwinęła się pod łóżko i została tam dwie godziny. Kiedy przypadkiem trzasnąłem drzwiami, zrobiła kałużę w przedpokoju. Nie krzyknąłem. Poszedłem po mopa. I to wystarczyło — następnym razem, gdy wracałem do mieszkania, witała mnie przy drzwiach, merdając całym tyłem.
Zapisaliśmy się do szkoły dla psów w Parku Reagana. Trenerka, Marta, powiedziała, że problemem Kleopatry nie jest charakter, tylko ludzie, którzy chcieli mieć idealnego psa i nie dali jej ani jednej szansy. Brzmiało znajomo. Uczyliśmy się komendy „zostań”, chodzenia na luźnej smyczy, sygnału „do mnie”. Po czterech miesiącach Kleopatra potrafiła siedzieć, warować i nie ciągnąć na spacerze. Wciąż kopała w ogrodzie Pawła, przez co ten zabronił nam wstępu na grządki, ale to była drobna wada.
Pewnej środy, na oświetlonym placu przy hali sportowej, podeszła do mnie kobieta z golden retrieverem.
— Pan z tym czarnym cudem? — zapytała. — Widzę was tu od jakiegoś czasu. Pies robi postępy, serio. Ja jestem Anka.
— Szymon — powiedziałem. Po czym uciekłem wzrokiem na smycz, bo nie wiedziałem, co zrobić z rękami.
Anka pracowała jako weterynarz w lecznicy na Siedlcach. Rozmawialiśmy o karmie, o kleszczach, o tym, że golden retriever ma wrodzoną chęć do noszenia w pysku dosłownie wszystkiego, łącznie z cudzymi szalikami. Spotkaliśmy się potem na kawie. Potem na spacerze we dwoje. Potem na obiedzie.
W zeszłym tygodniu zaproponowała, żebym zabrał Kleopatrę do niej, bo ma większe mieszkanie i balkon od strony parku.
— Zobaczymy, jak się odnajdą — powiedziała, a ja wiedziałem, że nie chodzi jej o psy.
Kleopatra spodobała się Alkowi, jej goldenowi, od pierwszego obwąchania. Wieczorem leżały obok siebie na dywanie jak dwa kawałki puzzli. Patrzyłem na nie z kanapy, w kubku stygła mi herbata. Anka spala z głową na moim ramieniu, a telewizor mamrotał coś o rozbiorach politycznych.
Pomyślałem, że życie to dziwna rzecz. Przez czterdzieści lat brałem od ludzi to, co dawali. A teraz pies nauczył mnie jednej prostej sztuczki: nie trzeba być wielkim, żeby się podnieść. Trzeba tylko przestać kulić się pod łóżkiem.
Ale tego Ance nie powiedziałem. Zamiast tego wstałem, przykryłem ją kocem i cicho, żeby nie obudzić psów, zgasiłem światło.




