Nieładna mi się trafiła

Błysk rozświetlił wszystko jak senna wizja Głośny huk, który odbił się echem w pustce Ciemność otuliła jak gęsta mgła Ciemność

W końcu ciemność zaczęła się rozpraszać, niczym zasłona unosząca się w powolnym wirze snu. Usłyszał głos, który brzmiał jak z oddali, przez warstwę wody:
Grażyna Malinowska, to ratownik, coś wybuchło u nich tam, w tym fabrycznym labiryncie.

Przez ból, który pulsował jak żywa istota, poczuł na szyi delikatne, niemal eteryczne dotknięcie ręki. Spróbował unieść powieki, ale opierały się jak ciężkie zasłony. Udało się z trudem. Przed oczami unosił się wisiorek w formie prostokąta, z wygrawerowanymi znakami zodiaku, które zdawały się pulsować własnym życiem… Oczy kobiety w białym, migotliwym kitlu
Na salę operacyjną! rozległ się głos zupełnie blisko, jak szepot w uchu.

Rodzice powrócili z pracy jak cienie z codzienności. Matka natychmiast pobiegła w kierunku kuchni, zajrzawszy po drodze do pokoju, gdzie syn pochłonięty był lekcjami. Dariusz zaś, wkraczając do pomieszczenia, od razu dostrzegł, że nastrój syna jest mętny i przygnębiony, jakby chmura zawisła nad jego głową.
Tomek, co się wydarzyło? ojciec pogłaskał go po głowie, gestem jak w dziecięcym wspomnieniu.
Nic takiego, – mruknął syn, czwartoklasista, którego głos brzmiał jak z dna studni.
No, dawaj, wyznaj!
Wkrótce Dzień Kobiet. Nauczycielka zatrzymała nas dziś i oznajmiła, że musimy przygotować podarunki dla dziewczynek.
No i gdzie tu kłopot? uśmiechnął się ojciec, uśmiech rozciągający się jak w zwolnionym tempie.
Jest tylu chłopców co dziewczynek. I ona rozdzieliła, kto komu wręcza, – syn westchnął ciężko, westchnienie jak wiatr w gałęziach. Mnie przypadła ta nieładna, Grażyna Malinowska.
Wszystkie dziewczynki pragną prezentu na 8 marca, nawet te nieładne, – ojciec starał się mówić jak z równym sobie. A jak to rozdzielała? Według alfabetu?
Nie, według znaków zodiaku.
To w jaki sposób? Dariusz nie zdołał się powstrzymać i ponownie się uśmiechnął, uśmiech jak blask.
Według zgodności. Grażyna to Panna, a dla Pann Byk jest najodpowiedniejszy. A ja właśnie Byk.
To dobrze, skoro pasujecie! Dorośniesz, może jeszcze się w niej zakochasz.

Ojciec nie wytrzymał i wybuchnął śmiechem, który wypełnił pokój jak balon. Natychmiast do pokoju wbiegła matka:
Co tu się dzieje?
Ewa, idź do kuchni, – oblicze ojca stało się surowe jak skała. Prowadzimy z synem poważną rozmowę.

Gdy matka opuściła pokój, Tomek zapytał smutnym tonem:
Tato, i co ja mam teraz czynić?
Przygotować prezent!
Jaki?
Jutro w pracy przygotuję dla twojej wybranki podarunek.
Tato, jaki podarunek możesz zrobić? Przecież pracujesz na fabryce.
Tak! Ale w galwanizacji. Tam wszystkie rodzaje metalowych powłok się wykonuje.
Tato, nie pojmuję.
Jutro sam zobaczysz!

***

Następnego dnia ojciec przyniósł wisiorek na łańcuszku w kształcie prostokąta, który wydawał się złoty, lecz w świetle snu błyszczał nienaturalnie. Na jednej stronie wygrawerowane dwa znaki zodiaku, Byk i Panna, a na drugiej drobnymi, lecz pięknymi literami wypisano:
«Mojej koleżance z klasy Grażynie na 8 marca! Tomasz».

Och, jak ten wisiorek pięknie prezentował się, jakby ożywiony! A gdy mama zapakowała go w celofanowy woreczek, stał się jeszcze bardziej zdumiewający, jak skarb z innego wymiaru.

***

I oto siódmy marca. Lekcji prowadzić nauczycielka nie zamierzała, jakby czas stanął. Najpierw szkolni uczniowie wręczyli jej upominek. Ona długo dziękowała, dziękczynienie jak melodia. Potem oznajmiła, aby chłopcy obdarowali dziewczynki.

Co tu się zaczęło! Wszyscy chłopcy rzucili się ku swoim wybranym. Tomek również zbliżył się do Grażyny Malinowskiej i wypowiedział, jak nauczył tata:
Grażyna, składam ci życzenia z okazji Dnia Kobiet! Być może kiedyś przeznaczenie połączy Byka i Pannę.

Wypowiedziawszy wyuczoną frazę, Tomek skierował kroki ku swemu miejscu i, oczywiście, nie dostrzegł, jak serce tej nieładnej, jego zdaniem, dziewczynki zabiło w rytmie snu.

Wkrótce rodzice Grażyny przenieśli się do innej dzielnicy, a sama Grażyna od piątej klasy zaczęła naukę w innej szkole, jakby rozmyta w oddali.

***

Tomasz otworzył oczy. Biały sufit szpitalnej sali, wirujący lekko jak chmura. Spróbował poruszyć rękami i nogami, ale tylko lewa ręka posłuchała, jak w ograniczonej rzeczywistości snu.
Gdzie się znajduję? zwrócił się nie wiadomo do kogo, głos jak echo.

Usłyszał jakiś stukot, niczym kroki w pustym korytarzu, i do jego łóżka podszedł chory na kulach, przyglądając się mu uważnie i zapytał:
Ocknąłeś się? W oddziale chirurgii nagłych przypadków jesteś, w tym labiryncie białych ścian.
Czy mam ręce i nogi całe? zapytał Tomasz cichym, niemal nieobecnym głosem.
Chyba wszystko na miejscu, – przekazał tamten radosną wieść, która rozbrzmiała dziwnie. Tylko cały jesteś zabandażowany od głowy aż po stopy.
To dobrze, jeśli wszystko całe.

Wtedy podeszła pielęgniarka i troskliwie zapytała:
– Jak się czujesz?
– Co ze mną! odpowiedział pytaniem na pytanie Tomasz.
– Twemu życiu nic nie zagraża. Ręce i nogi będą działać. Tylko blizn zostanie wiele, – podała włączony telefon. Twoja mama prosiła, by zadzwonić, gdy się obudzisz.
– Synku, – rozległ się przez łzy głos matki, dźwięczący jak z innego świata.
– Mamo, wszystko w porządku, – starał się mówić jak najweselej, choć słowa płynęły wolno. Powiedzieli, że tylko małe blizny pozostaną. Wkrótce wypiszą.
– Nie pozwolili mi z tobą nocować. Synku, zaraz przyjdę.
– Mamo, ty się zbytnio nie martw!

Położył telefon obok siebie, spróbował uśmiechnąć się do pielęgniarki, uśmiech ulotny:
– Dziękuję!
– No, wkrótce cię nie wypiszą, – uśmiechnęła się w odpowiedzi pielęgniarka. Trzy tygodnie tu poleżysz. To pewne!

– Co u was się stało? zapytał sąsiad z sali, gdy pielęgniarka wyszła.
– Ja jestem ratownikiem. Na fabryce butle z tlenem zaczęły wybuchać, – zaczął przypominać Tomasz, wspomnienia jak rozproszone obrazy. Wezwali nas. Dotarliśmy przed strażakami. Pomieszczenie ogromne, wewnątrz trzech poszkodowanych. Wbiegliśmy tam, butle rozrzucone, tu i ówdzie ogień tańczący. Zaczęliśmy wynosić poszkodowanych Wyszedłem jako ostatni Gdy już byłem przy drzwiach, kolejna butla eksplodowała Dalej nic nie pamiętam.
– Tak, dostało ci się mocno.

– Kowalski Tomasz, – rozległ się głos pielęgniarki. Do ciebie kolega z pracy.
– Cześć, Tomek! Jak się masz?
– Ręce, nogi całe! optymistycznie odpowiedział poszkodowany. Ale przywitać się mogę tylko lewą ręką na razie!
– Daj spokój z tym!
– Co tam dalej się działo?
– My już wychodziliśmy, gdy wybuchło. Natychmiast rzucili się z powrotem, wyciągnęli cię cały we krwi lekarze już byli w pobliżu
– Dzięki!
– Tomek, o czym ty mówisz?! nagle na twarzy przyjaciela pojawił się uśmiech, jak promień w mroku. – Podobno chcą nas przedstawić do medali.
– Do tego czasu mnie wypiszą.
– No dobra, idę. U was teraz obchód. Pielęgniarka powiedziała, by nie za długo.

Nie zdążył przyjaciel wyjść, gdy wszedł lekarz, mężczyzna około czterdziestki, postać jak z mgły:
– No, jak się masz, bohaterze? podszedł do jego łóżka.
– Normalnie.
– Skoro już rozmawiasz, to znaczy, że będziesz żył. Dawaj, obejrzę cię!
– Czy to wy mnie zszywaliście? zapytał Tomasz.
– Nie, Grażyna Malinowska. Ona pojutrze w dzień przyjdzie.

***

Minęły dwa dni. Tomasz już próbował wstawać. Prawda, ból w nogach był jeszcze silny, jak ogień w żyłach, prawa ręka rozcięta. A ran po całym ciele nie mniej niż dziesięć. Dwie na twarzy, gdy wybuchło, o bramę uderzył, dobrze, że prawą rękę zdążył wystawić do przodu. Spojrzał w lustro. Twarz wciąż opuchnięta, jak balon w koszmarze.

Dziś obchód powinien przeprowadzać lekarz, który przedwczoraj pięć godzin z rzędu go zszywał na sali operacyjnej. Tomasz nawet trochę się denerwował, nerwy jak drżące struny.

I oto weszła. Młoda, szczupła, prawda w okularach, ale one jej wcale nie szpeciły, a biały kitel zupełnie do niej pasował, jak druga skóra. Tomasz w swoje dwadzieścia siedem lat był już żonaty. Ale po pół roku rozeszli się charakterami nie pasowali, jak napisali we wniosku, a w rzeczywistości byłej żonie nie podobała się pensja ratownika, pieniądze jak piasek w dłoniach.
– Dzień dobry! powiedziała lekarka i skierowała się do jego łóżka, kroki jak w zwolnionym filmie.
– Dzień dobry! To pani mnie zszywała?
– Ja, – uśmiechnęła się. Coś nie tak?
– Pozwól, że cię obejrzę!

I ona pochyliła się nad nim Przed oczami unosił się wisiorek ze znakami zodiaku, zwisający z jej szyi jak amulet z dawnego snu:
– Grażyna Malinowska!!! wykrzyknął on.

Ona uważnie spojrzała na jego opuchniętą twarz.
– Przepraszam! powiedziała, tak i nie poznając go.
– Ja Byk, – i wskazał na wisiorek.
– Tomek Kowalski? jej wargi zadrżały. Ty mnie jeszcze pamiętasz?
– No co ty, Grażyna? widząc łzy na oczach kobiety, opuścił dłoń na jej rękę, dotyk jak iskra.
– Przepraszam! wyjęła chusteczkę i otarła oczy. Nigdy nie myślałam, że spotkamy się w taki sposób.

Więcej tego dnia Grażyna nie wchodziła do jego sali. Ale Tomasz już zrozumiał, że jej grafik jest taki jak jego: dzień, noc i dwa dni wolne, cykl jak fazy księżyca.

Nie chciał wyglądać przed nią bezradnie. Cały następny dzień próbował chodzić po sali, opierając się na łóżkach, parę razy, trzymając się ściany, wyszedł na korytarz, który wydawał się nieskończony.

Wieczór. Lekarz pracujący na dziennej zmianie wyszedł. Przyszła nowa zmiana czuło się to po rozmowie na korytarzu, głosy jak szepty. Teraz obchód

I nagle krzyki, pospieszne kroki na korytarzu. Tak bywa, gdy przywożą kolejnego poszkodowanego, w wirze chaosu.

Już dziesięć godzin. Weszła pielęgniarka, wyłączyła w sali światło. Ale coś nie pozwalało spać. Już po północy na korytarzu usłyszał czyjeś kroki, oto ucichły, i w tej ciszy Tomasz raczej poczuł niż usłyszał, że na korytarzu ktoś płacze, płacz jak deszcz w pustyni. Wstał i ostrożnie wyszedł na korytarz.

Za dyżurnym stołem siedziała i, opierając głowę na rękach, płakała jego była koleżanka z klasy. Podszedł, położył zdrową rękę na jej ramieniu:
– Co się stało, Grażyna!

Ona wstała, wtuliła się w jego ramię:
– Operowałam kobietę, wpadła pod samochód, – łkając łzami zaczęła opowiadać. Zrobiłam wszystko możliwe i niemożliwe Ona teraz na intensywnej terapii, ale nie przeżyje. Ma dwoje dzieci mąż jest z nią teraz w sali
– Uspokój się, Grażyna!
– Trzy lata już pracuję jako chirurg i wciąż nie mogę się przyzwyczaić, że ludzie umierają.
– Uspokój się, uspokój się! Takie już nasze z tobą zawody. Przez pięć lat też tyle śmierci widziałem, ale przecież my z tobą też wiele żyć uratowaliśmy, – Tomasz ciężko westchnął. – Przez to i żona mnie odeszła. Mówi: że sam nie swój wracam do domu i mało zarabiam. A u mnie zawsze czterdzieści wychodzi żyć można.
– U mnie wszystko tak samo, – spojrzała mu w twarz. Chłopaki patrzą na mnie jak na wariatkę. Do tej pory nie była mężatką, jak nastolatka z rodzicami mieszkam.
– Daj spokój, nam z tobą tylko po dwadzieścia siedem całe życie przed nami.
– Nie, Tomek, nam już po dwadzieścia siedem.
– Grażyna Malinowska, jej puls zanika, – krzyknęła, wybiegająca pielęgniarka.
– Przepraszam! i Grażyna pobiegła na intensywną.

Nie mógł zasnąć tej nocy, myśli krążyły jak nietoperze. Rano przyszła pielęgniarka, jak zwykle zrobiła mu zastrzyk.
– Kobieta, której dziś w nocy operowaliście, żyje? zapytał nieoczekiwanie nawet dla siebie.
– Żyje, ale stan krytyczny.

***

Minęły trzy tygodnie. Rany na ciele Tomasza się zagoiły. Z Grażyną widzieli się, gdy były jej zmiany, co więcej, coraz silniej ciągnęło go do niej, jak niewidzialna nić. Ale oddział chirurgii nagłych to nie miejsce, gdzie można mówić o czymś bardzo osobistym.

I oto podczas jednego z porannych obchodów lekarz-mężczyzna poinformował:
– Dziś was wypisuję, – uśmiechnął się i doda. W sensie, ze szpitala. Od razu pójdziesz do swojej przychodni, a tam zdecydują ile jeszcze posiedzisz na zwolnieniu.
– Można się zbierać!
– Tak, tak! Nie śpiesz się specjalnie. Teraz przygotują ci wypis.

Gdy lekarz wyszedł, Tomasz się ogolił. Patrząc w lustro, zadowalająco zauważył, że dwie pozostałe blizny wcale nie szpecą twarzy, raczej dodają męskości, jak znaki z podróży. Na pozostałe blizny nie warto zwracać uwagi.

Zbierał się, wyszedł na korytarz. Naprzeciw, trzymając się ściany, szła pacjentka.
Wciąż jednak się wykaraskała! przemknęła radosna myśl.

Wyszła pielęgniarka, podała wypis:
– Do widzenia, Tomasz! Więcej do nas nie wpadaj!

***

Miał swoje jednopokojowe mieszkanie, ale pojechał do rodziców. Przecież mama tak go czekała i martwiła się. Nawet urlop wzięła.
– Synku! rzuciła się w jego objęcia matka.
– Już, mamo! Jak widzisz, żyję i zdrowy.
– Chodź, przygotowałam ci jeść. Jaki chudy się zrobiłeś.
– Och, jak ja za domowym jedzeniem tęskniłem!
– Dopóki się nie wydobrujesz i nie ożenisz, będziesz w rodzinnym domu mieszkał. Twój pokój wciąż stoi pusty, – i krzyknęła jakby do dziecka. Idź, ręce umyj!

***

Do wieczora Tomasz poszedł do fryzjera. Wszedł do swojego mieszkania. Zabrał trochę ubrań. Matka od razu zaczęła je porządować.

Wieczorem przyszedł ojciec z pracy. Usiedli, jak dawniej, wszyscy razem i rozmawiali do późna w nocy.

Spać położył się w swoim pokoju, gdzie minęło dzieciństwo i młodość, ale zasnął nie od razu:
Jutro trzeba do przychodni pójść. Potem do pracy. A wieczorem

Z tą myślą o następnym wieczorze zasnął daleko po północy.

***

Następnego dnia Tomasz z rana poszedł do przychodni. Do południa chodził po gabinetach. Po południu poszedł do siebie do pracy, akurat jego zmiana była.
– Ty dokąd? zainteresował się ojciec.
– Tato, pamiętasz dawno-dawno, gdy jeszcze w czwartej klasie się uczyłem. Zrobiłeś mi wisiorek na prezent dla koleżanki?
– Nieładnej Grażyny Malinowskiej? Pamiętam.
– Pamiętasz, powiedziałeś jeszcze: Dorośniesz, może jeszcze się w niej zakochasz.
– I to pamiętam.
– Tato, Grażyna teraz jest chirurgiem. To ona robiła mi operację. I wciąż nosi na szyi ten wisiorek.
– To coś!
– Tato, twoje słowa się spełniły. Idę do niej!

***

Dwadzieścia siedem lat to nie tak dużo na początek życia z ukochaną osobą.Błysk rozświetlił wszystko jak senna wizja Głośny huk, który odbił się echem w pustce Ciemność otuliła jak gęsta mgła Ciemność

W końcu ciemność zaczęła się rozpraszać, niczym zasłona unosząca się w powolnym wirze snu. Usłyszał głos, który brzmiał jak z oddali, przez warstwę wody:
Grażyna Malinowska, to ratownik, coś wybuchło u nich tam, w tym fabrycznym labiryncie.

Przez ból, który pulsował jak żywa istota, poczuł na szyi delikatne, niemal eteryczne dotknięcie ręki. Spróbował unieść powieki, ale opierały się jak ciężkie zasłony. Udało się z trudem. Przed oczami unosił się wisiorek w formie prostokąta, z wygrawerowanymi znakami zodiaku, które zdawały się pulsować własnym życiem… Oczy kobiety w białym, migotliwym kitlu
Na salę operacyjną! rozległ się głos zupełnie blisko, jak szepot w uchu.

Rodzice powrócili z pracy jak cienie z codzienności. Matka natychmiast pobiegła w kierunku kuchni, zajrzawszy po drodze do pokoju, gdzie syn pochłonięty był lekcjami. Dariusz zaś, wkraczając do pomieszczenia, od razu dostrzegł, że nastrój syna jest mętny i przygnębiony, jakby chmura zawisła nad jego głową.
Tomek, co się wydarzyło? ojciec pogłaskał go po głowie, gestem jak w dziecięcym wspomnieniu.
Nic takiego, – mruknął syn, czwartoklasista, którego głos brzmiał jak z dna studni.
No, dawaj, wyznaj!
Wkrótce Dzień Kobiet. Nauczycielka zatrzymała nas dziś i oznajmiła, że musimy przygotować podarunki dla dziewczynek.
No i gdzie tu kłopot? uśmiechnął się ojciec, uśmiech rozciągający się jak w zwolnionym tempie.
Jest tylu chłopców co dziewczynek. I ona rozdzieliła, kto komu wręcza, – syn westchnął ciężko, westchnienie jak wiatr w gałęziach. Mnie przypadła ta nieładna, Grażyna Malinowska.
Wszystkie dziewczynki pragną prezentu na 8 marca, nawet te nieładne, – ojciec starał się mówić jak z równym sobie. A jak to rozdzielała? Według alfabetu?
Nie, według znaków zodiaku.
To w jaki sposób? Dariusz nie zdołał się powstrzymać i ponownie się uśmiechnął, uśmiech jak blask.
Według zgodności. Grażyna to Panna, a dla Pann Byk jest najodpowiedniejszy. A ja właśnie Byk.
To dobrze, skoro pasujecie! Dorośniesz, może jeszcze się w niej zakochasz.

Ojciec nie wytrzymał i wybuchnął śmiechem, który wypełnił pokój jak balon. Natychmiast do pokoju wbiegła matka:
Co tu się dzieje?
Ewa, idź do kuchni, – oblicze ojca stało się surowe jak skała. Prowadzimy z synem poważną rozmowę.

Gdy matka opuściła pokój, Tomek zapytał smutnym tonem:
Tato, i co ja mam teraz czynić?
Przygotować prezent!
Jaki?
Jutro w pracy przygotuję dla twojej wybranki podarunek.
Tato, jaki podarunek możesz zrobić? Przecież pracujesz na fabryce.
Tak! Ale w galwanizacji. Tam wszystkie rodzaje metalowych powłok się wykonuje.
Tato, nie pojmuję.
Jutro sam zobaczysz!

***

Następnego dnia ojciec przyniósł wisiorek na łańcuszku w kształcie prostokąta, który wydawał się złoty, lecz w świetle snu błyszczał nienaturalnie. Na jednej stronie wygrawerowane dwa znaki zodiaku, Byk i Panna, a na drugiej drobnymi, lecz pięknymi literami wypisano:
«Mojej koleżance z klasy Grażynie na 8 marca! Tomasz».

Och, jak ten wisiorek pięknie prezentował się, jakby ożywiony! A gdy mama zapakowała go w celofanowy woreczek, stał się jeszcze bardziej zdumiewający, jak skarb z innego wymiaru.

***

I oto siódmy marca. Lekcji prowadzić nauczycielka nie zamierzała, jakby czas stanął. Najpierw szkolni uczniowie wręczyli jej upominek. Ona długo dziękowała, dziękczynienie jak melodia. Potem oznajmiła, aby chłopcy obdarowali dziewczynki.

Co tu się zaczęło! Wszyscy chłopcy rzucili się ku swoim wybranym. Tomek również zbliżył się do Grażyny Malinowskiej i wypowiedział, jak nauczył tata:
Grażyna, składam ci życzenia z okazji Dnia Kobiet! Być może kiedyś przeznaczenie połączy Byka i Pannę.

Wypowiedziawszy wyuczoną frazę, Tomek skierował kroki ku swemu miejscu i, oczywiście, nie dostrzegł, jak serce tej nieładnej, jego zdaniem, dziewczynki zabiło w rytmie snu.

Wkrótce rodzice Grażyny przenieśli się do innej dzielnicy, a sama Grażyna od piątej klasy zaczęła naukę w innej szkole, jakby rozmyta w oddali.

***

Tomasz otworzył oczy. Biały sufit szpitalnej sali, wirujący lekko jak chmura. Spróbował poruszyć rękami i nogami, ale tylko lewa ręka posłuchała, jak w ograniczonej rzeczywistości snu.
Gdzie się znajduję? zwrócił się nie wiadomo do kogo, głos jak echo.

Usłyszał jakiś stukot, niczym kroki w pustym korytarzu, i do jego łóżka podszedł chory na kulach, przyglądając się mu uważnie i zapytał:
Ocknąłeś się? W oddziale chirurgii nagłych przypadków jesteś, w tym labiryncie białych ścian.
Czy mam ręce i nogi całe? zapytał Tomasz cichym, niemal nieobecnym głosem.
Chyba wszystko na miejscu, – przekazał tamten radosną wieść, która rozbrzmiała dziwnie. Tylko cały jesteś zabandażowany od głowy aż po stopy.
To dobrze, jeśli wszystko całe.

Wtedy podeszła pielęgniarka i troskliwie zapytała:
– Jak się czujesz?
– Co ze mną! odpowiedział pytaniem na pytanie Tomasz.
– Twemu życiu nic nie zagraża. Ręce i nogi będą działać. Tylko blizn zostanie wiele, – podała włączony telefon. Twoja mama prosiła, by zadzwonić, gdy się obudzisz.
– Synku, – rozległ się przez łzy głos matki, dźwięczący jak z innego świata.
– Mamo, wszystko w porządku, – starał się mówić jak najweselej, choć słowa płynęły wolno. Powiedzieli, że tylko małe blizny pozostaną. Wkrótce wypiszą.
– Nie pozwolili mi z tobą nocować. Synku, zaraz przyjdę.
– Mamo, ty się zbytnio nie martw!

Położył telefon obok siebie, spróbował uśmiechnąć się do pielęgniarki, uśmiech ulotny:
– Dziękuję!
– No, wkrótce cię nie wypiszą, – uśmiechnęła się w odpowiedzi pielęgniarka. Trzy tygodnie tu poleżysz. To pewne!

– Co u was się stało? zapytał sąsiad z sali, gdy pielęgniarka wyszła.
– Ja jestem ratownikiem. Na fabryce butle z tlenem zaczęły wybuchać, – zaczął przypominać Tomasz, wspomnienia jak rozproszone obrazy. Wezwali nas. Dotarliśmy przed strażakami. Pomieszczenie ogromne, wewnątrz trzech poszkodowanych. Wbiegliśmy tam, butle rozrzucone, tu i ówdzie ogień tańczący. Zaczęliśmy wynosić poszkodowanych Wyszedłem jako ostatni Gdy już byłem przy drzwiach, kolejna butla eksplodowała Dalej nic nie pamiętam.
– Tak, dostało ci się mocno.

– Kowalski Tomasz, – rozległ się głos pielęgniarki. Do ciebie kolega z pracy.
– Cześć, Tomek! Jak się masz?
– Ręce, nogi całe! optymistycznie odpowiedział poszkodowany. Ale przywitać się mogę tylko lewą ręką na razie!
– Daj spokój z tym!
– Co tam dalej się działo?
– My już wychodziliśmy, gdy wybuchło. Natychmiast rzucili się z powrotem, wyciągnęli cię cały we krwi lekarze już byli w pobliżu
– Dzięki!
– Tomek, o czym ty mówisz?! nagle na twarzy przyjaciela pojawił się uśmiech, jak promień w mroku. – Podobno chcą nas przedstawić do medali.
– Do tego czasu mnie wypiszą.
– No dobra, idę. U was teraz obchód. Pielęgniarka powiedziała, by nie za długo.

Nie zdążył przyjaciel wyjść, gdy wszedł lekarz, mężczyzna około czterdziestki, postać jak z mgły:
– No, jak się masz, bohaterze? podszedł do jego łóżka.
– Normalnie.
– Skoro już rozmawiasz, to znaczy, że będziesz żył. Dawaj, obejrzę cię!
– Czy to wy mnie zszywaliście? zapytał Tomasz.
– Nie, Grażyna Malinowska. Ona pojutrze w dzień przyjdzie.

***

Minęły dwa dni. Tomasz już próbował wstawać. Prawda, ból w nogach był jeszcze silny, jak ogień w żyłach, prawa ręka rozcięta. A ran po całym ciele nie mniej niż dziesięć. Dwie na twarzy, gdy wybuchło, o bramę uderzył, dobrze, że prawą rękę zdążył wystawić do przodu. Spojrzał w lustro. Twarz wciąż opuchnięta, jak balon w koszmarze.

Dziś obchód powinien przeprowadzać lekarz, który przedwczoraj pięć godzin z rzędu go zszywał na sali operacyjnej. Tomasz nawet trochę się denerwował, nerwy jak drżące struny.

I oto weszła. Młoda, szczupła, prawda w okularach, ale one jej wcale nie szpeciły, a biały kitel zupełnie do niej pasował, jak druga skóra. Tomasz w swoje dwadzieścia siedem lat był już żonaty. Ale po pół roku rozeszli się charakterami nie pasowali, jak napisali we wniosku, a w rzeczywistości byłej żonie nie podobała się pensja ratownika, pieniądze jak piasek w dłoniach.
– Dzień dobry! powiedziała lekarka i skierowała się do jego łóżka, kroki jak w zwolnionym filmie.
– Dzień dobry! To pani mnie zszywała?
– Ja, – uśmiechnęła się. Coś nie tak?
– Pozwól, że cię obejrzę!

I ona pochyliła się nad nim Przed oczami unosił się wisiorek ze znakami zodiaku, zwisający z jej szyi jak amulet z dawnego snu:
– Grażyna Malinowska!!! wykrzyknął on.

Ona uważnie spojrzała na jego opuchniętą twarz.
– Przepraszam! powiedziała, tak i nie poznając go.
– Ja Byk, – i wskazał na wisiorek.
– Tomek Kowalski? jej wargi zadrżały. Ty mnie jeszcze pamiętasz?
– No co ty, Grażyna? widząc łzy na oczach kobiety, opuścił dłoń na jej rękę, dotyk jak iskra.
– Przepraszam! wyjęła chusteczkę i otarła oczy. Nigdy nie myślałam, że spotkamy się w taki sposób.

Więcej tego dnia Grażyna nie wchodziła do jego sali. Ale Tomasz już zrozumiał, że jej grafik jest taki jak jego: dzień, noc i dwa dni wolne, cykl jak fazy księżyca.

Nie chciał wyglądać przed nią bezradnie. Cały następny dzień próbował chodzić po sali, opierając się na łóżkach, parę razy, trzymając się ściany, wyszedł na korytarz, który wydawał się nieskończony.

Wieczór. Lekarz pracujący na dziennej zmianie wyszedł. Przyszła nowa zmiana czuło się to po rozmowie na korytarzu, głosy jak szepty. Teraz obchód

I nagle krzyki, pospieszne kroki na korytarzu. Tak bywa, gdy przywożą kolejnego poszkodowanego, w wirze chaosu.

Już dziesięć godzin. Weszła pielęgniarka, wyłączyła w sali światło. Ale coś nie pozwalało spać. Już po północy na korytarzu usłyszał czyjeś kroki, oto ucichły, i w tej ciszy Tomasz raczej poczuł niż usłyszał, że na korytarzu ktoś płacze, płacz jak deszcz w pustyni. Wstał i ostrożnie wyszedł na korytarz.

Za dyżurnym stołem siedziała i, opierając głowę na rękach, płakała jego była koleżanka z klasy. Podszedł, położył zdrową rękę na jej ramieniu:
– Co się stało, Grażyna!

Ona wstała, wtuliła się w jego ramię:
– Operowałam kobietę, wpadła pod samochód, – łkając łzami zaczęła opowiadać. Zrobiłam wszystko możliwe i niemożliwe Ona teraz na intensywnej terapii, ale nie przeżyje. Ma dwoje dzieci mąż jest z nią teraz w sali
– Uspokój się, Grażyna!
– Trzy lata już pracuję jako chirurg i wciąż nie mogę się przyzwyczaić, że ludzie umierają.
– Uspokój się, uspokój się! Takie już nasze z tobą zawody. Przez pięć lat też tyle śmierci widziałem, ale przecież my z tobą też wiele żyć uratowaliśmy, – Tomasz ciężko westchnął. – Przez to i żona mnie odeszła. Mówi: że sam nie swój wracam do domu i mało zarabiam. A u mnie zawsze czterdzieści wychodzi żyć można.
– U mnie wszystko tak samo, – spojrzała mu w twarz. Chłopaki patrzą na mnie jak na wariatkę. Do tej pory nie była mężatką, jak nastolatka z rodzicami mieszkam.
– Daj spokój, nam z tobą tylko po dwadzieścia siedem całe życie przed nami.
– Nie, Tomek, nam już po dwadzieścia siedem.
– Grażyna Malinowska, jej puls zanika, – krzyknęła, wybiegająca pielęgniarka.
– Przepraszam! i Grażyna pobiegła na intensywną.

Nie mógł zasnąć tej nocy, myśli krążyły jak nietoperze. Rano przyszła pielęgniarka, jak zwykle zrobiła mu zastrzyk.
– Kobieta, której dziś w nocy operowaliście, żyje? zapytał nieoczekiwanie nawet dla siebie.
– Żyje, ale stan krytyczny.

***

Minęły trzy tygodnie. Rany na ciele Tomasza się zagoiły. Z Grażyną widzieli się, gdy były jej zmiany, co więcej, coraz silniej ciągnęło go do niej, jak niewidzialna nić. Ale oddział chirurgii nagłych to nie miejsce, gdzie można mówić o czymś bardzo osobistym.

I oto podczas jednego z porannych obchodów lekarz-mężczyzna poinformował:
– Dziś was wypisuję, – uśmiechnął się i doda. W sensie, ze szpitala. Od razu pójdziesz do swojej przychodni, a tam zdecydują ile jeszcze posiedzisz na zwolnieniu.
– Można się zbierać!
– Tak, tak! Nie śpiesz się specjalnie. Teraz przygotują ci wypis.

Gdy lekarz wyszedł, Tomasz się ogolił. Patrząc w lustro, zadowalająco zauważył, że dwie pozostałe blizny wcale nie szpecą twarzy, raczej dodają męskości, jak znaki z podróży. Na pozostałe blizny nie warto zwracać uwagi.

Zbierał się, wyszedł na korytarz. Naprzeciw, trzymając się ściany, szła pacjentka.
Wciąż jednak się wykaraskała! przemknęła radosna myśl.

Wyszła pielęgniarka, podała wypis:
– Do widzenia, Tomasz! Więcej do nas nie wpadaj!

***

Miał swoje jednopokojowe mieszkanie, ale pojechał do rodziców. Przecież mama tak go czekała i martwiła się. Nawet urlop wzięła.
– Synku! rzuciła się w jego objęcia matka.
– Już, mamo! Jak widzisz, żyję i zdrowy.
– Chodź, przygotowałam ci jeść. Jaki chudy się zrobiłeś.
– Och, jak ja za domowym jedzeniem tęskniłem!
– Dopóki się nie wydobrujesz i nie ożenisz, będziesz w rodzinnym domu mieszkał. Twój pokój wciąż stoi pusty, – i krzyknęła jakby do dziecka. Idź, ręce umyj!

***

Do wieczora Tomasz poszedł do fryzjera. Wszedł do swojego mieszkania. Zabrał trochę ubrań. Matka od razu zaczęła je porządować.

Wieczorem przyszedł ojciec z pracy. Usiedli, jak dawniej, wszyscy razem i rozmawiali do późna w nocy.

Spać położył się w swoim pokoju, gdzie minęło dzieciństwo i młodość, ale zasnął nie od razu:
Jutro trzeba do przychodni pójść. Potem do pracy. A wieczorem

Z tą myślą o następnym wieczorze zasnął daleko po północy.

***

Następnego dnia Tomasz z rana poszedł do przychodni. Do południa chodził po gabinetach. Po południu poszedł do siebie do pracy, akurat jego zmiana była.
– Ty dokąd? zainteresował się ojciec.
– Tato, pamiętasz dawno-dawno, gdy jeszcze w czwartej klasie się uczyłem. Zrobiłeś mi wisiorek na prezent dla koleżanki?
– Nieładnej Grażyny Malinowskiej? Pamiętam.
– Pamiętasz, powiedziałeś jeszcze: Dorośniesz, może jeszcze się w niej zakochasz.
– I to pamiętam.
– Tato, Grażyna teraz jest chirurgiem. To ona robiła mi operację. I wciąż nosi na szyi ten wisiorek.
– To coś!
– Tato, twoje słowa się spełniły. Idę do niej!

***

Dwadzieścia siedem lat to nie tak dużo na początek życia z ukochaną osobą.

Oceń artykuł
TwojaCena
Nieładna mi się trafiła