Zaspy Przeznaczenia Maksymilian, trzydziestopięcioletni prawnik, nienawidził Sylwestra. Dla niego t…

Dziennik: Grudniowe zaspy losu

Mam na imię Marek. Od lat pracuję jako radca prawny i mam trzydzieści pięć lat. Przyznam szczerze: nienawidzę Sylwestra. To dla mnie żadna radość, tylko jedna wielka szopka do wytrzymania.

Załatwianie prezentów dla współpracowników, których trudno polubić, wieczne narady, a na deser obowiązkowy firmowy bal. W tym roku szefostwo postanowiło naprawdę zaszaleć i wynajęło dla nas cały ośrodek pod Warszawą.

Droga minęła szybko jechałem czarną skodą, w tle leciał podcast o zmianach w podatkach. W głowie układałem plan: pojawić się, wypić kieliszek szampana, zamienić dwa słowa z szefem i cicho się ulotnić.

Na miejscu od razu uderzył mnie gwar. Sala wypełniona kolorowo ubranymi ludźmi, wszyscy prześcigający się w sztucznych uśmiechach i głośnych żartach.

Wziąłem lampkę z szampanem, ustawiłem się pod ścianą jak rezerwowy warty i patrzyłem, jak bawią się inni. Czułem się jak kosmita, wrzucony w świat, w którym wszyscy na pokaz się radują.

***

Właśnie wtedy ją zauważyłem. Nie była najpiękniejsza, nie śmiała się najgłośniej. Stała przy oknie, trochę z boku, zapatrzona na zamieć wirującą za szybą.

Miała na sobie prostą, granatową sukienkę, w dłoni trzymała szklankę z sokiem. Nie wyglądała jednak na smutną czy wyobcowaną. Raczej wydawała się głęboko zanurzona w swoich myślach.

Zdałem sobie sprawę, że odbieram ją dokładnie tak, jak sam siebie czuję.

Niezbyt dobra pogoda na powrót zagadnąłem, podchodząc.

(To pierwsze co wpadło mi do głowy).

Obróciła się do mnie z prawdziwym, ciepłym uśmiechem a nie wymuszonym, jak wszyscy wkoło.

Ale za to jaki widok, prawda? skinęła w stronę okna. Jak Warszawa przykryta śniegiem, wydaje się, że wszystko co złe i trudne też chowa się pod tą bielą.

Byłem zdumiony. Oczekiwałem banału a usłyszałem zupełnie coś innego.

Marek wyciągnąłem dłoń.

Dobrawa. Z księgowości. Parę razy chyba się mijaliśmy w windzie.

Milczeliśmy moment, ale nie czułem się skrępowany raczej jakby ta cisza była czymś przyjemnym.

Śnieżyca na dobre się rozszalała. Nagle przez głośnik rozległ się komunikat, że wszystkie drogi zostały zasypane i musimy zostać do rana.

Salą przeszedł zbiorowy jęk zawodu i niepokoju.

W myślach zakląłem szpetnie. Cały misterny plan legł w gruzach.

No i co powiesz, prawniku? Przygoda na polu walki? rzuciła z przekąsem Dobrawa.

Tego mnie na aplikacji nie uczyli zażartowałem. A u pani?

Ja zawsze mam ze sobą porządny powerbank i książkę. Na czarną godzinę! uśmiechnęła się szeroko.

I wtedy pozbawieni oczekiwań i masek faktycznie zaczęliśmy rozmawiać.

https://clck.ru/3QzkGU

Szybko wyszło na jaw, że Dobrawa uwielbia stare polskie filmy w czerni i bieli, których ja szczerze mówiąc nie trawię, ale obiecałem spróbować z jednym, jeśli wytłumaczy mi ich urok.

Z kolei ja zdradziłem, że marzę kiedyś rzucić prawo i otworzyć małą kawiarnię, a Dobrawa przyznaje, że maluje akwarele i nikt o tym do tej pory nie wiedział.

Zasiedliśmy w kącie sali, zapominając o reszcie, i zamiast szampana piliśmy herbatę z termosu, który jak się okazało Dobrawa także miała ze sobą.

Opowiadała mi o swoim kocie, który godzinami wyczekuje za oknem, żeby złapać płatki śniegu, a ja wspomniałem moją babcię, która uczyła piec piernik.

O północy nie krzyczeliśmy Na zdrowie! ani Sto lat!. Po prostu spojrzeliśmy na siebie.

Szczęśliwego Nowego Roku, Marka szepnęła Dobrawa.

Szczęśliwego Nowego Roku, Dobrawo odpowiedziałem.

Noc spędziliśmy nie w wygodnym apartamencie, tylko w małym saloniku na składanych łóżkach, które przyniosła obsługa dla uwięzionych. Razem. Rozmawialiśmy cicho do świtu, aż burza śnieżna zaczęła cichnąć.

Rano, gdy już odśnieżono drogi, wyszliśmy na zewnątrz. Wszystko zalane bielą, cisza aż dźwięczała. Słońce aż raziło od odbitego światła.

I co teraz? spytałem.

Na autobus. Do domu.

Chętnie bym cię podwiózł.

Spojrzała na mnie, a w jej oczach zatańczyły iskierki.

A jeśli powiem, że chcę wystawić się na ten cichy, mroźny świat i przejść się pieszo choćby do przystanku?

Zrozumiałem. Ten wieczór nie był przypadkiem.

To był początek czegoś, co ma szansę być prawdziwym, czymś nowym.

W takim razie idziemy razem powiedziałem pewnie.

I ruszyliśmy przez nietknięty śnieg, tylko we dwoje, w pierwszy dzień nowego roku, zostawiając za sobą ślady, prowadzące w nieznane ale jasne jutro.

Chciałbym wierzyć, że to początek czegoś pięknego.

PS. Czasami największy dar przychodzi wtedy, gdy porzucisz plany i pozwolisz się zaskoczyć światu.

Oceń artykuł
TwojaCena
Zaspy Przeznaczenia Maksymilian, trzydziestopięcioletni prawnik, nienawidził Sylwestra. Dla niego t…