MĄŻ CENNIEJSZY NIŻ GORZKIE KRZYWDY
Zbyszek, to była ostatnia kropla! Koniec, rozwodzimy się! Nie musisz klękać, jak to masz w zwyczaju, to nic nie da! postawiłam grubą kreskę pod naszym małżeństwem.
Zbyszek, rzecz jasna, nie uwierzył. Był przekonany, że wszystko potoczy się jak zwykle: uklęknie, poprosi o przebaczenie, kupi mi kolejną błyskotkę i znów się zlituje. Przerabialiśmy to niejeden raz. Tym razem naprawdę postanowiłam odciąć się od węzłów Hymena. Palce, aż po najmniejsze, miałam usiane pierścionkami, a życia jak nie było, tak nie ma. Zbyszek pił wódkę, jakby mu zamierzano ją zabrać na zawsze.
…A przecież wszystko zaczęło się jak u Wiśniewskiego poetycko.
Mój pierwszy mąż, Mietek, zaginął bez śladu. To były lata dziewięćdziesiąte. Czasy, gdy człowiek bał się wyglądać przez okno. Mietek był uparty i krewki. Szukał guza, gdzie się dało. Jak to mawiamy: oko sokole, skrzydła muchy. Gdy coś mu nie pasowało, zaczynały się dzikie tańce pełne przekleństw. Jestem pewna, że zginął w jakiejś szemranej rozgrywce. Żadnych wieści po nim ani śladu. Zostałam sama z dwiema córkami Jadwigą lat pięć i Balbiną dwulatką. Pięć lat od owego dziwnego zniknięcia minęło, a ja już świerzbiłam się w rozpaczy.
Szalałam z tęsknoty. Mietka kochałam mimo jego wybryków. Byliśmy jak dwa pazury na jednej ręce. Postawiłam na sobie krzyż. Życie zakończone, tylko dzieci hodować. Tym miałam się zająć.
Ciężko było wtedy na świecie. Pracowałam w fabryce, a wypłatę dostawałam… żelazkami. Trzeba było je sprzedać, by cokolwiek kupić do garnka. Na każdym bazarze w okolicy można było mnie spotkać, jak sprzedaję te przeklęte żelazka, w zimie, aż mi zęby dzwoniły. Pewnej mroźnej soboty, gdy już byłam sinawa z zimna, podszedł do mnie facet.
Pani zmarznięta? zagadnął nieśmiało.
Skąd pan to odgadł? próbowałam żartować, chociaż szczęka mi latała. Ale od jego bliskości biło ciepło, jak od pieca.
Racja, głupio zabrzmiało. Może napijemy się herbaty w kawiarence? Pomogę zanieść Pani żelazka.
No dobra, bo inaczej zaraz zamarznę! wybełkotałam ledwo co.
Do żadnej kawiarni nie trafiliśmy. Pociągnęłam mężczyznę pod moje blokowisko, poprosiłam, żeby poczekał przy klatce miał przy okazji pilnować torby z żelazkami, a ja musiałam odebrać dzieci z przedszkola. Zimno paprało nogi aż po kolana, ale w środku coś topniało. Wracając z dziewczynami, z daleka widziałam już Zbyszka (tak się przedstawił). Kręcił się niecierpliwie i palił papierosa. Stwierdziłam: Zaproponuję mu herbatę. Zobaczymy, co będzie!.
Zbyszek wniósł mi torbę aż na szóste piętro. Oczywiście windę diabli wzięli. Gdy ja z córkami dreptałam na trzecie piętro, Zbyszek już zbiegał na dół.
Zostańcie, wybawco, nie puszczę Pana póki nie napoję gorącą herbatą! chwyciłam go chłodną dłonią za rękaw.
No nie wiem… Nie przeszkodzę? popatrzył Zbyszek na dzieci.
Ależ skąd! Proszę, trzymać dziewczyny za ręce, ja już stawiam wodę! bezczelnie zaproponowałam.
Nie chciałam go już puścić. Stał mi się dziwnie bliski. Przy herbacie zaproponował mi, bym pomagała mu w pracy puścił stawkę jakiej nie wyciągnęłam przez rok sprzedając te żelazka.
Oczywiście pokornie kiwnęłam głową na znak zgody. Najchętniej rzuciłabym się, by mu ręce całować…
Zbyszek był już po drugim ślubie, ale wciąż był pogrążony w rozwodowym chaosie. Z pierwszego małżeństwa miał syna.
Zaczęło się kręcić…
Wkrótce wzięliśmy ślub. Zbyszek został ojcem moich córek. Wszyscy żyliśmy, jakbyśmy cupiali w kółko, podskakując jak w polskiej poleczce. Nabyliśmy czteropokojowe mieszkanie w Warszawie, umeblowanie samo cudo! Potem postawiliśmy domek letniskowy pod Radomiem. Co roku Bałtyk lub Mazury. Sielanka nie do opisania…
…Siedem lat beztroskiego szczęścia. Może dlatego Zbyszek, zdobywszy wszystko, zaczął częściej zaglądać do kieliszka. Z początku puszczałam to mimo uszu. Przecież harował, miał prawo się napić. Ale gdy zaczął nadużywać alkoholu nawet w pracy już mnie dziabło niepokojąco. Prośby na nic.
Zawsze miałam naturę hazardzistki. By go odciągnąć od trunków, wymyśliłam… dziecko. Wtedy już miałam trzydzieści dziewięć lat. Koleżanki patrzyły na mnie jak na dziewczynę z innej bajki.
No to, Maryśka, może i my się zdecydujemy na dzieci po czterdziestce! żartowały.
A ja zawsze powtarzałam:
Usuwając ciążę, będziecie długo tego żałować. Urodzicie nawet przypadkowe maleństwo, nigdy nie pożałujecie.
…Urodziłam Zbyszkowi bliźniaczki. Cztery córy do wychowania! A Zbyszek? Pić nie przestał. Znosiłam dalej, ale marzył mi się ogród, gospodarstwo, zwierzęta. Dla dzieci zdrowiej. I Zbyszek nie będzie miał kiedy pić.
Sprzedaliśmy mieszkanie i działkę, kupiliśmy dom w podkieleckiej miejscowości i otworzyliśmy piękną kawiarnię. Zbyszek wpadł w szał polowań. Kupił strzelbę, sprzęt, wszystko czego dusza zapragnie. Zgodnie z marzeniami las pełen zwierzyny.
Jakoś się kręciło, póki Zbyszek znów się nie schlał. Nie wiem, co wypił, ale wpadł w szał! Tłukł naczynia, rozwalał meble, krzyczał i do nas też się dobrał. Złapał strzelbę! Strzelił w sufit!
Uciekłam z dziećmi do sąsiadów. Koszmar!
Rano cisza. Pokradkiem wróciliśmy do domu. To, co zobaczyliśmy, nie nadawało się dla nikogo o słabych nerwach. Dzieci widziały ten dramat. Wszystko roztrzaskane. Nawet nie było na czym usiąść, z czego jeść, na czym spać. Zbyszek spał pijany na podłodze.
Spakowałam, co zostało całe i poszłam z córkami do mamy, mieszkała ulicę dalej. Mamę roznosiło:
Ojej, Maryśka… Co ja z tą kobiecą bandą mam robić! Wróć do męża. W każdej rodzinie bywa różnie. Co się złamie, to się przetrawi.
Mama trzymała się zasady zęby w fartuchu, byleby mąż był.
…Po kilku dniach przyszedł Zbyszek skruszony. Wtedy właśnie zerwałam z nim całkiem. Nigdy już nie pamiętał swojego kordelasowego tańca. Nie wierzył mi w żadne opowieści. Ale mi już wszystko jedno było. Wszystko przerwane, mosty spalone.
Nie wiedziałam, jak żyć dalej. Ale lepiej być biedną, a żywą, niż zamordowaną w alkoholowym transie.
Kawiarnię opchnęłam za grosze, bo musiałam się wynieść. Zamieszkałyśmy z dziewczynami w maleńkim domku w sąsiedniej wsi.
Starsze córki dorosły do pracy, potem szybko wyszły za mąż szczęśliwe, dziękować Bogu.
Bliźniaczki uczyły się w piątej klasie. Wszystkie kochały Zbyszka-tatę, miały z nim kontakt, więc wiedziałam, co i jak. Przez córki były mąż błagał, bym wróciła. Córki też nalegały – Mamo, daj spokój z dumą! Tata się poprawił, sto razy przeprosił! Pomyśl o sobie, to nie dwadzieścia pięć lat! Ale ja byłam twarda. Pragnęłam ciszy, bez hodowli emocji i wybuchów.
…Minęły dwa lata.
Zaczęło mi brakować Zbyszka. Samotność zżerała mnie od środka. Wszystkie pierścionki od niego zastawiłam w lombardzie nie udało się wykupić, żal okrutny. Zaczęłam wspominać dawne życie. W domu była miłość. Zbyszek kochał dzieci, dbał o mnie, był skruszony, umiał przepraszać. Mieliśmy dobrą rodzinę. Każdy ma swoje szczęście podróżowanie po cudzym nie pomaga. Czego więcej wymagać?
Starsze córki już tylko dzwonią, nie wpadają. Rozumiem młodość swoje. Za chwilę i bliźniaki wyfruną z gniazda… i będę sama, jak kołatek. Dziewczyny jak gęsi: pióra urosną i fru…
Podpuściłam więc bliźniaczki, by wybadały ojca. Może jakąś kobietę ma? Wszystko podpytały. Okazało się, że Zbyszek mieszka teraz w Łodzi, nie pije ani kropli, żyje sam i pracuje. Podał im nawet dokładny adres tak, na wszelki wypadek…
No i jesteśmy razem już piąty rok.
Mówiłam, że jestem urodzoną awanturniczką…



