Pewnego poranka Stanisławowi zrobiło się znacznie gorzej. Oddychał ciężko i z trudem łapał tchu.
Krzysiek, niczego więcej mi nie potrzeba. Żadnych twoich leków, nic. Proszę cię tylko… pozwól mi pożegnać się z Przyjacielem. Błagam. Odłącz to wszystko ode mnie…
Wskazał dłonią na kroplówki.
Nie chcę odchodzić w ten sposób. Rozumiesz, nie mogę…
Łza zakręciła się w kąciku jego oka i spłynęła po policzku. Krzysztof wiedział, że jeśli odłączy aparaturę, Stanisława może nie zdążyć wywieźć nawet do wyjścia.
Z całą salą zebrało się kilku mężczyzn.
Krzysiek, serio już nic się nie da zrobić? Niedobrze tak człowieka zatrzymać…
Rozumiem przecież… Ale to szpital, wszystko musi być sterylnie.
Olej to. Zobacz sam, przecież on nie potrafi odejść.
Wszystko rozumiał. Co mu jednak pozostało? Krzysztof wstał. Może, wszystko może. Do diabła z tą firmą ojca, do diabła z tą całą robotą! Najwyżej go wyrzucą. Odwrócił się szybko i napotkał spojrzenie Jagny. Było w tym spojrzeniu coś na kształt podziwu.
Krzysztof wybiegł na zewnątrz.
Przyjacielu, proszę cię, cicho. Może nikt nie zwróci uwagi. Chodź, idziemy do pana.
Już miał otwierać drzwi, gdy nagle ktoś zastąpił mu przejście. Przed nim stała pani Janina Edwardówna.
Co to ma znaczyć?
Pani Janino… Proszę, pięć minut. Pozwólcie im się pożegnać. Potem mnie wyrzućcie, rozumiem.
Chwilę milczała. Któż wie, co wówczas działo się w jej głowie? W końcu jednak odsunęła się na bok.
Dobrze. Niech mnie też wyrzucą.
Przyjacielu, za mną!
Krzysztof pobiegł przez korytarz szpitalny, pies biegł tuż przy nim. Jagna już otwierała drzwi do sali. Pies, jakby wszystko rozumiał, w dwóch skokach znalazł się przed łóżkiem… Jeszcze jeden ruch i Przyjaciel stanął na tylnych łapach, opierając się przednimi o kołdrę. W pomieszczeniu zapanowała głęboka cisza. Stanisław otworzył powoli oczy. Próbował podnieść rękę, lecz przeszkadzały mu rurki. Zerwał je wtedy drugą dłonią.
Przyjacielu! Przyszedłeś…
Pies położył ogromną łapę i łeb na jego piersi. Stanisław pogłaskał go lekko raz, drugi. Uśmiechnął się… Uśmiech już został na jego twarzy na zawsze. Ręka opadła bezwładnie. Ktoś szepnął:
Pies płacze…
Krzysztof podszedł do łóżka. Przyjaciel rzeczywiście szlochał.
Wystarczy… Idziemy…
***
Krzysztof usiadł na niskim płotku, a Przyjaciel zniknął gdzieś w krzakach pod oknem i położył się tam cicho. Do Krzysztofa dosiadł się jeden z pacjentów ten, który kiedyś pierwszy oddał swoje kotlety. Podał mu paczkę papierosów. Krzysztof spojrzał na niego, już chciał powiedzieć, że nie pali, ale tylko wzruszył ramionami. Zapalił.
Obok usiadła Jagna. Miała zaczerwienione oczy i napuchnięty nos.
Jagnuś… Dzisiaj ostatni mój dzień.
Dlaczego?
Wiesz, najpierw tu trafiłem za karę, potem chciałem ojcu coś udowodnić… Miał mi oddać firmę. Ale tu nie o to chodzi. Nie potrafię. Wracam do domu. Powiem mu wprost twój syn jest do niczego. Wybacz, Jagno…
Krzysztof wyszedł. Napisał podanie, spakował rzeczy. Jagna patrzyła przez okno, jak zatrzymał obok wejścia swojego poloneza, wysiadł. Otworzył drzwi pasażera i w stronę krzaków podszedł. Mówił coś do Przyjaciela, potem wrócił i oparł się o samochód, jakby czekał. Pies podszedł po chwili. Spojrzał Krzysztofowi w oczy, po czym wskoczył do auta.
Jagna znów płakała.
Nie jesteś do niczego! Jesteś najlepszy!
***
Kilka dni później Jagna zauważyła, jak z dyrektorem szpitala idzie mężczyzna bardzo podobny do Krzysztofa. Zbiegła pędem po schodach i wybiegła przed klinikę.
Pan jest tatą Krzysztofa?
Dyrektor spojrzał na nią zaskoczony.
Jagnuś, co się dzieje?
Chwileczkę, panie dyrektorze, potem mnie zwolnicie! Czy to pan?
Władysław Olgierdowicz spojrzał jeszcze bardziej zdziwiony na drobną, piegowatą dziewczynę.
Tak, to ja.
Proszę nawet nie myśleć, że Krzysiek jest do niczego! On jest najlepszy! To jedyny człowiek, który się nie bał i pozwolił choremu pożegnać się przed śmiercią ze swoim Przyjacielem! Krzysiek ma serce i duszę!
Odwróciła się i weszła z powrotem do budynku. Władysław Olgierdowicz uśmiechnął się.
Zadziorna, co?
Dyrektor odpowiedział:
I co z nią począć? Dobra z niej dziewczyna, ale zawsze jej tylko prawda w głowie!
To takie złe?
Nie zawsze najlepsze…
***
Minęły trzy lata.
Z pięknego domu wyszła cała rodzina. Krzysztof pchał wózek, a Jagna prowadziła na smyczy ogromnego, zadbanego psa. Wyszli nad Wisłę, Jagna puściła Przyjaciela luzem.
Przyjacielu, tylko nie uciekaj za daleko!
Pies pobiegł olbrzymimi susami w stronę rzeki. Po chwili z wózka rozległ się płacz dziecka. Przyjaciel natychmiast wrócił do wózka tym samym galopem.
Jagna roześmiała się.
Krzysiek, chyba niańka nam nie będzie potrzebna! I po co taki pośpiech? Sonia tylko smoczek zgubiła.
Dziecko znów zasnęło, Przyjaciel zaglądnął ciekawie do wózka i, upewniwszy się, że wszystko w porządku, znów pognał za motylem…
Press «Like» and get the best posts on Facebook ↓



