– Dobra kobieta, co byśmy bez niej zrobili? – A ty jej tylko dwa tysiące miesięcznie płacisz. – Hele…

Dobra kobieta. Co byśmy bez niej zrobili?
A przecież płacisz jej tylko dwa tysiące złotych miesięcznie.
Halino, przecież przepisaliśmy na nią mieszkanie.

Stanisław podniósł się z łóżka i powoli poszedł do drugiego pokoju. W świetle nocnej lampki, mrużąc oczy, spojrzał na żonę.

Przysiadł koło niej, nasłuchiwał. Jakby wszystko w porządku.

Wstał i powlókł się do kuchni. Otworzył kefir, poszedł do łazienki. Po chwili wszedł do swojego pokoju.

Położył się do łóżka. Sen nie przychodził:

Nam z Haliną po dziewięćdziesiąt lat. Ileśmy razem przeżyli? Już niedługo do Pana Boga, a przy nas nikogo.

Córek już nie ma, Irena zmarła przed sześćdziesiątką.

Adama też już nie ma. Oj, lubił się zabawić
Wnuczka, Kinga, już od dwudziestu lat w Niemczech. O dziadków nie pamięta. Pewnie jej dzieci już dorosłe

Nie zauważył, kiedy przysnął.

Obudził go delikatny dotyk:

Stasiu, wszystko w porządku? rozległ się cichy głos.

Otworzył oczy. Nad nim pochylała się żona.

Halinko, co Ty?

Bo myślę, że tak leżysz, nie ruszasz się

Żyję jeszcze! Idź spać!

Głośne człapanie. Kliknięcie włącznika w kuchni.

Halina napiła się wody, weszła do łazienki i powędrowała do swojego pokoju. Położyła się i westchnęła:

Tak to jest, jednego dnia się obudzę, a jego już nie będzie. Co zrobię? Albo i może ja pierwsza
Stasiu już nawet nasze stypy zamówił. Kto by pomyślał, że można z wyprzedzeniem załatwić własny pogrzeb. Może i dobrze. Kto za nas to zrobi?

Wnuczka nas zapomniała. Tylko sąsiadka Iwonka odwiedza. Ma klucz do naszego mieszkania. Dziadek daje jej po tysiąc z naszej emerytury. Ona zakupy zrobi, sprawdzi, co potrzeba. Na co nam pieniądze? Sami z czwartego piętra już raczej nie schodzimy.

Stanisław otworzył oczy. Słońce zaglądało przez okno. Wyszedł na balkon i zobaczył zieloną już koronę czeremchy. Na twarzy pojawił się uśmiech:

Doczekaliśmy lata!

Poszedł do żony. Ta siedziała zamyślona na łóżku.

Halinko, chodź, pokażę Ci coś.

Oj, sił już zupełnie nie mam! staruszka z trudem wstała. Co tam wymyśliłeś?

Chodź, chodź!

Podtrzymując ją pod ramię, doprowadził ją na balkon.

Widzisz? Czeremcha zielona! Mówiłaś, że nie doczekamy lata, a jednak

No rzeczywiście! Jak pięknie słońce świeci.

Usiedli razem na ławce na balkonie.

Pamiętasz, jak zaprosiłem Cię do kina? Jeszcze w liceum. Wtedy też czeremcha była zielona.

Takich rzeczy się nie zapomina Ile to już lat?

Siedemdziesiąt pięć

Długo wspominali młodość. Wiele rzeczy się z latami zapomina, nawet to, co wczoraj się robiło, ale młodość pamięta się zawsze.

Oj, przegadaliśmy się! podniosła się Halina. A jeszcze nie jedliśmy śniadania

Halino, zaparz dobrą herbatę! Już mam dość tych ziół.

Przecież nam nie wolno.

Ale zrób słabą i dodaj po łyżeczce cukru.

Stanisław pił tę słabą herbatę, zagryzając niewielką kanapką z serem, wspominając czasy, gdy na śniadanie była mocna, słodka herbata, a do tego pączki albo naleśniki.

Weszła sąsiadka. Uśmiechnęła się serdecznie:

Jak tam u was?

Jak u dziewięćdziesięciolatków? zażartował dziadek.

Skoro żartujesz, to znaczy dobrze! Co wam kupić?

Iwonko, kup mięsa! poprosił Stanisław.

Ale wam nie wolno.

Kurczaka można.

Dobrze, kupię. Ugotuję wam rosół z makaronem!

Sąsiadka uprzątnęła ze stołu, pozmywała naczynia i wyszła.

Halino, wyjdźmy na balkon zaproponował mąż. Wygrzejmy się trochę na słońcu.

To chodźmy!

Po chwili pojawiła się znów sąsiadka i zawołała zza drzwi balkonu:

Stęskniliście się za słońcem?

Miło tu, Iwonko! uśmiechnęła się Halina.

To zaniosę zaraz kaszę na balkon i zacznę gotować rosół na obiad.

Dobra kobieta Stanisław patrzył za nią z wdzięcznością. Co byśmy bez niej zrobili?

A ty nadal tylko dwa tysiące jej płacisz.

Halino, przecież za nią mieszkanie zapisaliśmy.

O tym nawet nie wie.

Siedzieli tak na balkonie aż do obiadu, a na obiad był rosół z kurczaka smaczny, z kawałkami mięsa i rozgotowanymi ziemniakami.

Zawsze taki rosół robiłam Irenie i Adamowi, gdy byli mali rozrzewniła się Halina.

Na starość gotują nam już obcy ludzie westchnął ciężko Stanisław.

Może taki nasz los, Stasiu. Gdy nas już nie będzie, nikt nawet nie zapłacze…

Dobrze, Halino, już nie będziemy się martwić. Chodź, położymy się spać!

Stanisławie, nie bez powodu mówią:
„Stary, jak dziecko”.

U nas wszystko jak u dzieci: przecedzony rosół, drzemka, podwieczorek.

Przespał się trochę Stanisław, ale sen nie chciał wrócić. Pogoda się pewnie zmienia, pomyślał. Wyszedł do kuchni. Na stole stały dwie szklanki z sokiem, przygotowane przez Iwonkę.

Ostrożnie wziął je i zaniósł żonie. Ta siedziała na łóżku, patrząc zamyślona przez okno.

Co ci, Halinko, smutno ci? uśmiechnął się ciepło. Napij się soku.

Wzięła łyk.

Też spać nie możesz?

Pogoda taka.

Od rana źle się czuję Halina pokręciła głową. Czuję, że mi już niewiele zostało. Pochowaj mnie po ludzku.

Halino, no co ty? Jak ja bez ciebie będę żyć?

Ktoś z nas będzie pierwszy.

Daj spokój! Chodź na balkon!

Siedzieli do wieczora. Iwonka zrobiła serniczki. Zjedli, usiedli przed telewizorem. Zawsze wieczorem tak robili. Nowe filmy już ich męczyły, więc oglądali stare komedie i bajki.

Tym razem tylko jedną bajkę. Halina wstała z kanapy:

Idę spać. Dziś jestem zmęczona.

To i ja pójdę.

Daj, popatrzę sobie na ciebie! poprosiła nagle.

Po co?

Tak po prostu.

Patrzyli na siebie długo. Pewnie wspominali młodość, kiedy jeszcze wszystko było przed nimi.

Chodź, odprowadzę cię do łóżka.

Halina wzięła męża pod rękę i powoli poszli.

Stanisław ostrożnie okrył ją kołdrą i wrócił do swojego pokoju.

Ciężko mu było na sercu. Nie mógł zasnąć.

Wydawało mu się, że wcale nie spał, a zegarek pokazywał drugą w nocy. Wyszedł do żony.

Leżała z otwartymi oczami.

Halino!

Chwycił ją za dłoń.

Halino, co ty! Ha-li-no!

Nagle jemu samemu zabrakło tchu. Wrócił do swojego pokoju, wyjął przygotowane dokumenty i położył na stole.

Wrócił do żony. Długo wpatrywał się w jej twarz. Potem się położył obok i zamknął oczy.

Zobaczył Halinę młodą i piękną, jak siedemdziesiąt pięć lat temu. Szła ku światłu, które migotało w oddali. On podążył za nią, dogonił, chwycił za rękę.

Rano Iwonka weszła do sypialni. Leżeli obok siebie. Na ich twarzach zamarły identyczne, spokojne uśmiechy.

W końcu Iwonka zadzwoniła po pogotowie.

Lekarz popatrzył na nich i pokręcił głową z zadumą:

Odeszli razem. Musieli bardzo się kochać

Zabrano ich. A Iwonka osunęła się na krzesło przy stole. Dostrzegła dokumenty i testament na swoje nazwisko.

Oparła głowę na rękach i rozpłakała sięZ drżącymi dłońmi Iwonka otworzyła testament. Przez chwilę patrzyła bez słowa, potem uśmiechnęła się przez łzy. W pokoju czuć było jeszcze zapach czeremchy wpadającej przez okno i lekko słodkiej herbaty. Spojrzała na dwa kubki na stole, na kanapki posmarowane masłem wszystko, jak zawsze poukładane przez Halinę.

Podeszła do balkonu, wystawiła twarz ku słońcu.

Dziękuję wam szeptała, czując ciepło na policzkach. Dziękuję.

Wiedziała, że dom nie będzie już taki sam bez śmiechu Haliny i opowieści Stasia, ale ich dobroć, czułość i uśmiech zostaną z nią na zawsze. I może pewnego dnia, gdy czeremcha znów się zazieleni, opowie o nich nowym lokatorom jak to prawdziwa miłość trwa dłużej niż życie.

Nad blokiem przeleciały dwa gołębie, skrzydłami rozcinając powietrze. A w mieszkaniu, choć tak cicho, przez chwilę wydało się Iwonce, jakby z oddali dobiegał śmiech i głos Haliny: Stasiu, patrz, znowu przyszła wiosna!

Zamknęła testament i wzięła się do przygotowania ich ostatniego, pożegnalnego obiadu.

Bo w tej ciszy, między czeremchą a światłem, zostały już tylko wspomnienia i wielka wdzięczność, którą ogrzewać będzie dom jeszcze przez wiele lat.

Oceń artykuł
TwojaCena
– Dobra kobieta, co byśmy bez niej zrobili? – A ty jej tylko dwa tysiące miesięcznie płacisz. – Hele…