Podpisy na klatce
Sergiusz zatrzymał się przy skrzynkach pocztowych, bo na tablicy, gdzie zwykle wisiały ogłoszenia o przeglądzie wodomierzy i zagubionych kotach, pojawiła się nowa kartka. Przypięto ją krzywo pinezkami, jakby ktoś się spieszył. Na górze wielkimi literami: ZBIÓRKA PODPISÓW. TRZEBA DZIAŁAĆ. Niżej nazwisko z mieszkania na piątym piętrze i zwięzła lista żalów: nocne hałasy, stukoty, krzyki, zakłócanie ciszy nocnej, zagrożenie bezpieczeństwa. Na dole już zaczęły pojawiać się podpisy jedne piękne, jak wzorcowa kaligrafia, inne pisane tak, jakby ktoś obryzgał długopisem ścianę.
Przeczytał dwa razy, chociaż wszystko było jasne od pierwszego rzutu oka. Dłoń sama szukała długopisu w kieszeni kurtki, ale Sergiusz się powstrzymał. Nie że był przeciwny. Po prostu nie znosił, kiedy próbują go popchnąć żeby zrobił, jak trzeba. W tym bloku mieszkał od dwunastu lat i nauczył się, żeby trzymać się z dala od osiedlowych wojenek, tak jak od przeciągów swoje własne zmartwienia miał po kokardę: praca na serwisie, zmiany, matka po udarze na drugim końcu miasta, syn-nastolatek, który raz milczał tygodniami, innym razem wybuchał o byle co.
Na klatce było cicho, tylko gdzieś wyżej winda zamknęła drzwi z głuchym westchnieniem. Sergiusz wdrapał się na swoje czwarte piętro, wyjął klucze, ale zanim otworzył drzwi, rzucił jeszcze okiem na schody prowadzące wyżej. Tam, na piątym, mieszkała pani Waleria Nowak. Około pięćdziesiątki, wyglądała na twardą i wysuszoną, wiecznie z krótkimi włosami i srogim spojrzeniem. Rzadko mówiła dzień dobry pierwsza i odpowiadała, jakby się jej przeszkadzało. Najczęściej widywał ją z siatami z Biedronki albo z wiadrem, gdy szorowała podłogę przed swoim mieszkaniem. Czasem rzeczywiście w nocy z jej mieszkania dobiegały jakieś dźwięki: raz łomot, raz krótki krzyk, innym razem jakby coś ciągnięto po panelach.
Na osiedlowy czat zaglądał tylko wtedy, gdy musiał. Przeważnie kłócili się tam o parkowanie i śmieci. Ale ostatnio był tylko jeden temat.
Znowu o drugiej w nocy łomoty! Dziecko się wystraszyło!
Mam zmianę od szóstej, potem chodzę jak zombie. Ile można!
To wcale nie łomoty, ona tam przesuwa meble, słyszałam.
No, wezwać dzielnicowego. Prawo jest.
Sergiusz czytał, nie odzywając się. Świętym nie był. Jak o trzeciej w nocy rozlegał się łoskot, też się budził i czuł, jak narasta w nim irytacja. W takich chwilach najchętniej przekazałby komukolwiek pałeczkę, a rano po prostu przeczytałby w czacie: Załatwione. Spokój.
Wieczorem w końcu wrzucił na czat krótką wiadomość: Kto zbiera podpisy? Gdzie jest ta kartka?
Odpowiedziała przewodnicząca klatki Nina Wiśniewska z trzeciego mieszkania. Na parterze, na tablicy. Jutro o 19 u mnie spotkanie. Trzeba podjąć decyzję póki nie za późno.
Sergiusz odłożył telefon. Poczuł to samo dziwne ukłucie, co zawsze na wywiadówkach w szkole jak już wszystko ustalono, a go potem tylko wołają, żeby odfajkował podpis.
Następnego dnia spotkał panią Walerię na schodach. Taszczyła dwie ciężkie siaty, dyszała ciężko, ale uparcie nie poprosiła o pomoc. Sergiusz i tak zgarnął jedną siatę bez pytania.
Nie trzeba rzuciła oschle.
Doniosę odburknął, idąc obok.
Milczała aż do swoich drzwi, potem szarpnęła siatkę z jego ręki.
Dziękuję powiedziała tonem, jakby stawiała minusa w dzienniku, a nie dziękowała.
Już miał odchodzić, gdy zza drzwi jej mieszkania dobiegł dziwny dźwięk ktoś sapie i jęczy. Pani Waleria zamarła, klucz w zamku zadrżał.
Wszystko w porządku? spytał Sergiusz, sam nie wiedząc po co.
W porządku ucięła i szybko zamknęła drzwi.
Wrócił do siebie, ale ten głos nie dawał mu spokoju. Nie łomot, nie muzyka, tylko ta ciężka, ludzka, bolesna zadyszka.
Za kilka dni na drzwiach pani Walerii pojawiła się kartka przyklejona szeroką taśmą. Sergiusz zobaczył ją rano, wynosząc śmieci. PRZESTAŃCIE HAŁASOWAĆ NOCAMI. NIE MUSIMY TEGO ZNOSIĆ. Litery markerem, wyraźne, tłuste, wyraźnie złe.
Patrzył przez chwilę na tę rozpłaszczoną wiadomość, taśma błyszczała jak strup na świeżej ranie. Przypomniało mu się nagle, jak w dzieciństwie sąsiedzi wypisywali takie karteczki na ich drzwiach, gdy ojciec wrzeszczał i pił. Wtedy Sergiusz najbardziej nienawidził nie ojca, tylko sąsiadów tych, co udawali, że nic nie słyszą, dopóki nie zaczynali szeptać za ścianą.
Wszedł na piąte piętro i nasłuchiwał. Cicho. Nie zadzwonił. Delikatnie odkleił kartkę, złożył i wsunął do kieszeni. Wyrzucił ją potem do śmietnika pod blokiem, żeby nikt już nie znalazł.
W czacie tymczasem wojna narastała.
Robi to specjalnie, jej nie zależy.
Takich powinno się wyeksmitować, niech sobie kupi dom.
Dzielnicowy mówił, zbiorcze zgłoszenie i już.
Sergiusz zauważył, jak szybko hałas i zakłócanie zamienia się w tych ludzi. Już nie o jedną noc chodziło, tylko o kogoś, kto stał się problemem.
W sobotę wrócił późno z pracy. W windzie czuć było tani odświeżacz i papierosy. Na czwartym wysiadł, a z góry usłyszał głuchy łoskot, potem kolejny. To nie był remont, raczej ciężkie lądowanie. Potem kobiecy, zduszony, ale wyraźny głos:
Poczekaj zaraz
Wdrapał się na piąte. Za drzwiami pani Walerii świeciło się światło, u dołu drzwi widać było jasną szparę. Zapukał.
Kto tam? napięty głos.
Sergiusz, z czwartego. Wszystko
Drzwi uchyliły się na łańcuszku. Pani Waleria stała w szlafroku, na policzku świeży rumieniec, wyglądało jak przetarta mokrą dłonią.
Nic. Proszę iść powiedziała.
Z mieszkania dotarło stłumione stękanie.
Sergiusz nie wytrzymał:
Może pomóc?
Obrzuciła go wzrokiem jak przedstawiciela fundacji, co rozdaje puszki.
Nie trzeba. Mam pod kontrolą.
Ale tam ktoś
To mój brat. Leżący. Wypluła słowo jak pestkę. Idź pan.
Drzwi się zamknęły.
Sergiusz został na korytarzu, miotany dwoma uczuciami: jednym żeby się nie wtrącać, bo go prosili. Drugim zostać, bo usłyszał już za dużo, żeby udawać głuchego.
Zszedł do siebie, ale w nocy przewracał się na łóżku, gryząc w głowie słowo leżący. Wyobraził sobie, jak ktoś spada, jak się go dźwiga, jak w środku nocy wzywa karetkę, jak nosi wiadro i przesuwa meble, a sąsiedzi niżej klną pod nosem.
Na zebranie u Niny Wiśniewskiej poszedł nie z ciekawości, tylko dlatego, że czuł jeśli nie pójdzie, potem będzie mu głupio. Pod drzwiami już gromadzili się lokatorzy. Jedni w kapciach, inni w kurtkach, jakby tylko na chwilę, by zaraz wracać do siebie. Rozmawiali półgłosem, ale napięcie w powietrzu było bardziej odczuwalne niż zapach barszczu.
Nina Wiśniewska posadziła wszystkich w kuchni, która była dla dwunastu ludzi stanowczo za mała. Na stole leżała lista z podpisami, obok wydruk cisza nocna i telefony do dzielnicowego.
Sytuacja wygląda tak zaczęła. Dłużej się nie da. Dzieci mamy, pracę mamy, ja sama co rano łykam tabletki na ciśnienie, bo nocami ze stresu nie śpię. My nie jesteśmy przeciwko osobie, tylko za zasadami.
Sergiusz zauważył, że to nie przeciwko osobie padło szybko i niektórym dało ulgę.
Ja o drugiej w nocy musiałam bujać małego, bo się rozryczał, tak gruchnęło coś nad głową. Do świtu nie spał dodała młoda kobieta z szóstego, cienie pod oczami jakby dwa osobne życiorysy.
Ojciec mój po operacji mruknął facet w dresie. To nie dla niego te nerwy. Jak wybucha łomot, boi się, że pożar.
Trzeba dzwonić na policję za każdym razem rzucił ktoś z boku.
Sergiusz ich rozumiał. Zmyślonych pretensji tam nie było, zmęczenie czuło się w powietrzu. I tu był ich cały argument.
A kto z nią rozmawiał? zapytał Sergiusz.
Ja odezwała się Nina Wiśniewska. Uważam na słowa, a ona mi: Nie pasuje, to się wyprowadź. I drzwi zatrzasnęła.
Zawsze taka jest poparła ją mama z szóstego. Jakbyśmy jej coś byli winni.
Sergiusz chciał opowiedzieć o bracie, ale zamarł z językiem przyklejonym do podniebienia. To nie była jego opowieść.
Może coś tam się dzieje zaczął, niepewnie.
Wszyscy coś mamy przerwała mu Wiśniewska. Ale się nie zachowujemy.
W przedpokoju zadzwonił dzwonek. Nina wyszła, a do kuchni weszła pani Waleria Nowak. W ciemnej kurtce, włosy wygładzone, w jednej ręce teczka, w drugiej telefon. Miała minę kogoś, kto nie jest tu pierwszy raz i wie, że nikt nie zaparzy jej kawy.
To chyba mnie obgadujecie powiedziała.
W kuchni zrobiło się duszno jak w windzie w poniedziałek rano.
Omawiamy sytuację poprawiła ją Wiśniewska. Pani przeszkadza sąsiadom.
Przeszkadzam powtórzyła pani Waleria, kiwając głową, jakby się z kimś własnym sprzeczała. Dobrze. To posłuchajcie.
Wyjęła z teczki papiery, zaświadczenie, jakieś świstki. Położyła telefon.
To jest mój brat. Pierwsza grupa niepełnosprawności, po udarze. Nie chodzi, nie siedzi. W nocy dostaje ataków, duszności, spada z łóżka. Muszę go przewracać co dwie godziny, bo się robią odleżyny. Hałas to nie przesuwanie mebli, tylko ja, która podnoszę dorosłego faceta, cięższego ode mnie.
Mówiła spokojnie, ale w głosie drżała zmęczona stal. Sergiusz spojrzał na jej dłonie posiniaczone, szerokie, jak u kobiety, co całe życie coś dźwiga.
Pogotowie wzywałam już trzy razy w miesiącu. Tu mam wydruki, tu wizyty. Nie muszę się tłumaczyć, ale zbieracie podpisy, jakby tu dyskoteka myła była.
Ktoś pokasłał. Mama z szóstego spuściła wzrok.
Nie wiedzieliśmy wyszeptała.
Nie, bo nikt nie spytał ucięła pani Waleria. Kartkę na drzwi pisaliście, po czacie mnie pociskaliście, trzeba działać. Co? Mam go wystawić na klatkę, żeby był cichy?
To nie tak zapaliła się Wiśniewska. Ale jest prawo. Po 22:00 nie wolno hałasować.
Prawo prychnęła Waleria ironicznie. To bardzo dobrze. Chcecie przestrzegać prawa? Proszę. Ja zgłaszam karetkę i policję jednocześnie, niech dokumentują, jak podnoszę człowieka. A wy podpiszecie pod oświadczeniem, że słyszeliście wszystko? Chętnych szukam.
Czyli musimy się męczyć? wydukał facet w dresie, już zupełnie wykończony. Mój ojciec słyszy i myśli, że się dzieje nie wiadomo co.
Myślicie, że ja nie chcę spać? rzuciła pani Waleria. Stoi się tu i płakać można. Przykro wam, a mi miło?
Cisza. Sergiusz poczuł, że chciałby powiedzieć coś prostego, ale nie ma słów na proste.
Nina zmniejszyła głos, już bardziej po ludzku:
Pani Walerio, wiadomo, że wszystkim ciężko. Może gdyby pani uprzedziła…
Uprzedziła? Że brat może w nocy umrzeć? zamknęła teczkę. Prosić nie umiem. I nie mam kogo.
Sergiusz nagle zrozumiał, że to szczera prawda. Byli sąsiadami, ale obok siebie, nie razem. Żyli jak drzwi każdy swoje.
Może nie krzyczmy już odezwał się i głos mu aż zachrypł. Albo całkiem się porwiemy, albo choć spróbujemy, żeby wszystkim było lżej.
Spojrzeli na niego. Nie był typem lidera, ale już nie było wyjścia.
Podpisu nie złożyłem i nie złożę. Bo to nie rozwiązuje problemu, tylko robi wroga. Ale udawać, że nie ma hałasów, też nie będę. Ludziom naprawdę zdrowie siada.
Wiśniewska wykrzywiła usta.
To co pan proponuje? spytała.
Sergiusz przypomniał sobie, jak stał w nocy na klatce i słuchał jęku.
Po pierwsze, ustalmy kontakt. Pani Walerio, jak wieczorem coś się dzieje i jest naprawdę głośno, niech pani da znak na czacie napisać krótko: Pogotowie lub Atak. Nie wyjaśniać, tylko żeby sąsiedzi wiedzieli, że to nie remont.
Nie muszę… obruszyła się, ale zaraz spojrzała w jego stronę i dodała łagodniej: Okej, postaram się, jak będę mogła.
Po drugie odwrócił się do reszty jak ktoś usłyszy łoskot, niech najpierw zadzwoni do niej albo zapuka, spyta czy pomoc potrzebna. Dopiero gdy nie odpowie, niech rozważy inne opcje.
A jak znowu będzie niemiła? zapytała mama z szóstego.
To przynajmniej wiecie, że zrobiliście, co ludzkie odparł Sergiusz. To jest dla was ważne, nie dla niej.
Nina strzeliła ustami, ale nie zaprzeczyła.
I jeszcze… spojrzał na panią Walerię może by się dało coś podłożyć pod łóżko, gumowe maty pod meble, może odsunąć łóżko od ściany? Pomogę, jeśli trzeba.
Milczała chwilę, w końcu cicho odparła:
Łóżka nie przesunę. Tam mam podnośnik własnej roboty, przypięty do framugi. Ale maty… mogę spróbować. I zacięła się, jakby nie mogła przełknąć słowa gdyby ktoś mógł czasem w dzień, na godzinę… żebym mogła wyjść do apteki…
Nie dokończyła. Ktoś się poruszył.
W środę mogę przyjść odezwała się nagle mama z szóstego, cała czerwona. Mama mi dziecka przypilnuje, zajrzę na godzinę.
Ja też… byle nie w nocy bąknął facet w dresie. Dźwignąć pomogę w dzień.
Sergiusz poczuł, jak trochę spada z nich napięcie, choć nie znika.
Nina zdjęła kartkę z podpisami.
I co z tym? rzuciła.
Sergiusz spojrzał na znajome nazwiska, nawet ten sąsiad z windy, co zawsze się uśmiechał.
Kartkę trzeba zdjąć. Jeśli ktoś chce coś zgłaszać, niech pisze osobiście, z konkretną datą. Nie załatwić sprawę, tylko konkretnie.
To pan jest przeciwko porządkowi! wypaliła Nina.
Jestem za porządkiem, ale nie za pałą odbił Sergiusz.
Pani Waleria pierwszy raz spojrzała na ludzi łagodniej.
Zdejmijcie to. Sama nie chcę czytać, jak się na mnie zbiera podpisy.
Nina powoli złożyła kartkę i schowała do teczki. Sergiusz nie był pewien, czy zrobiła to z szacunku, czy bo wyczuła zmianę nastroju.
Po spotkaniu ludzie schodzili po cichu. Ktoś rzucił suchy żart, ale nikt się nie roześmiał. Sergiusz wyszedł, a pani Waleria akurat zamykała drzwi. Schodzili razem.
Niepotrzebnie się wtrącałeś rzuciła.
Możliwe. Ale nie chciałem, żeby doszło do policji i większych awantur.
I tak dojdzie westchnęła. Jak będzie gorzej.
Sergiusz chciał spytać, jak brat ma na imię, ale nie odważył się. Powiedział tylko:
Jak będzie bardzo źle i trzeba będzie podnieść proszę zapukać. Ja jestem obok.
Pokiwała głową, nie patrząc.
Następnego dnia kartki na tablicy już nie było. Za to w czacie pojawiła się nowa wiadomość od Niny: Ustaliliśmy: w sytuacjach nagłych pani Waleria daje znać. Proszę nie pisać w nocy. W miarę możliwości pomoc w ciągu dnia, zgłaszać się do mnie.
Sergiusza zdziwiło słowo grafik. Brzmiało zbyt urzędowo, jak na ich klatkę. Ale po godzinie faktycznie pojawiły się wpisy: ktoś mógł w poniedziałek, ktoś w piątek. Większość zamilkła.
Pierwszej nocy po spotkaniu łoskot i tak był. Sergiusz zerwał się o 2:17. W czacie pojawiła się po chwili wiadomość: Atak. Karetka jedzie. Bez emotek, bez wyjaśnień.
Leżał, słuchając, jak nad nim trzaskają drzwi, jak słychać bieganie po schodach. Wyobraził sobie, jak Waleria trzyma brata, jak walczy, żeby się nie udusił. I złość nie znikała, ale dołączało się do niej coś innego ciężkiego jak ołów, cichego jak grzechocząca łyżka.
Rano w windzie spotkał Ninę Wiśniewską. Wyglądała, jakby przespała trzy minuty z zegarkiem w ręku.
Znowu hałasowali powiedziała.
Była karetka odparł.
Widziałam westchnęła. Nie wiedziałam, że to tak wygląda. Ale co z tego Nie śpię. Mam problem z sercem.
Sergiusz skinął głową. Nie zamierzał jej serca odwoływać.
Może stopery do uszu? rzucił, sam wiedząc, jak kiepsko brzmi ta rada.
Stoperów nam brakuje… uśmiechnęła się, ale łagodnie. No do czego to doszło.
Po tygodniu poszedł do pani Walerii z matami gumowymi i porządnym dywanikiem, które kupił w sklepie gospodarczym. Otworzyła od razu, jakby czekała. W środku pachniało lekami i jakby szpitalem. Pokój z łóżkiem przy ścianie, na nim mężczyzna, szczupły, bezwładny, z otwartymi oczami. Obok łóżka domowej roboty konstrukcja ze starych pasów i kawałków rury. Sergiusz od razu wiedział, czemu łóżka nie da się ruszyć.
Można podłożyć tu dywanik, żeby mniej dudniło pokazał. I nakładki pod stołek, jak nim pani stuka.
Stukam, jak miski ustawiam powiedziała Waleria. Ręce już mi odmawiają roboty.
Nie kończyła. Popatrzyła na ręce popękane, jak po trzydziestu latach szorowania schodów szczotką.
Sergiusz w milczeniu podłożył dywanik i maty, uważając na każdy detal. Powoli wszystko przesuwał, czuł ciężar w plecach. Ona czuwała, patrząc, czy nie ruszy podnośnika.
Dziękuję powiedziała, tym razem brzmiąc naprawdę wdzięcznie.
Miał już wychodzić, gdy zadzwonił jej telefon. Posłuchała, mina stężała.
Nie, nie mogę dziś, powiedziała mam tak. Nie.
Wyłączyła i spojrzała na niego.
Opieka społeczna. Opiekunka tylko dwie godziny w tygodniu i to z kolejką. A ja codziennie muszę.
Nie miał co odpowiedzieć. Jasne było, że ich osiedlowy grafik to nie system, tylko półśrodek.
Wieczorem w czacie ktoś napisał: Czemu mamy pomagać? To jej rodzina. Niech załatwi jak trzeba. Mnóstwo odpowiedzi i nie same agresywne. Jedni tłumaczyli o kolejkach, inni dyskutowali, jeszcze inni dawali tylko kropki.
Sergiusz przeczytał i nie wtrącał się już więcej tej nocy. Narastało w nim zmęczenie nie panią Walerią, tylko tym, że każda próba pomocy kończy się sporem o sprawiedliwość.
Parę dni później na parterze pojawił się nowy, czyściutki wykaz dyżurów: dni tygodnia, godziny, nazwiska. Na dole numer Walerii i dopisek: W nagłych wypadkach piszę na czacie. Jeśli ktoś może pomóc podnieść albo poczekać na karetkę, proszę się zgłaszać. Kartka wisiała równo, bez zagięć.
Sergiusz złapał się na tym, że ten plan nie sprawia mu przyjemności jakby uznali, że nieszczęście za drzwiami, ale wstawili je do grafiku.
W jedną z nocek usłyszał mocny łomot i jęki. Wszedł na górę. Walerię słychać było przez drzwi. Zapukał. Otworzyła bez łańcuszka.
Pomóż, rzuciła krótko.
Wszedł, zdjął buty. W pokoju brat na podłodze, dysząc ciężko. Razem posadzili go na łóżko, powolutku, licząc oddechy. Ręce mu się trzęsły. Pani Waleria nie płakała, nie dziękowała, tylko poprawiła poduszkę i sprawdziła, czy oddycha.
Gdy wyszedł na klatkę, usłyszał jak ktoś otwiera drzwi piętro niżej i cicho zerka nikt nie podszedł, nikt nie zapytał. Klatka wstrzymała oddech.
Rano spotkał sąsiada z naprzeciwka Witka. Witek odwrócił wzrok.
Wiesz, ja wtedy podpisałem. Naprawdę byłem wkurzony. Nie wiedziałem. Gdybym wiedział
Rozumiem uciął Sergiusz. Teraz już nie ma znaczenia. Ważne, co dalej.
Witek przytaknął, ale w jego twarzy zostało coś upartego, jak u tych, co wolą nie przyznawać się nawet przed sobą.
Kompromis działał średnio, ale jednak. W nocy na czacie czasem pojawiały się krótkie meldunki: Karetka albo Upadek. Hejtów w środku nocy już mniej raczej poranne żale, jak miną emocje. Faktycznie, ktoś z sąsiadów wpadał w dzień choć często tylko raz. Nina Wiśniewska pilnowała planu, choć i tam czasem były luki.
Sergiusz zauważył, że ludzie spotykali się na klatce jakby ostrożniej. Pozdrawiali się, ale już z rezerwą, jakby każde słowo mogło otworzyć puszkę Pandory. Obraźliwe kartki znikły, ale lekkości również już nie było. Nawet przy wykręcaniu żarówki panował lekki lęk: Byle znów nie było jazdy.
Pewnego wieczoru wracał do domu i spotkał Walerię przy windzie. W rękach niosła leki i termos. Twarz szara od zmęczenia.
Jak brat? spytał.
Żyje. Dziś spokojnie.
Pojechali razem windą, na czwartym on wysiadł, ale cofnął się na moment.
Jakby coś proszę pukać.
Kiwnęła i dodała cicho:
Ja wtedy na zebraniu nie chciałam urwała, machnęła ręką.
Wiem odpowiedział.
Drzwi windy się zamknęły, a Sergiusz został na klatce. Otworzył swoje drzwi, zdjął kurtkę, ustawił buty na wycieraczce. W środku było cicho. Syn siedział w słuchawkach, matka dzwoniła, kiedy wpadnie.
Spojrzał na telefon, potem na drzwi obok, za którymi zaczynały się schody. Przypomniał sobie te kartki, które potrafią zmieniać ludzi: jedna z podpisami przeciwko, druga z grafikiem. A pomiędzy nimi odległość była mniejsza niż między mieszkańcami przez ścianę.
W czacie wieczorem ktoś napisał: Dziękuję tym, co dziś pomogli. I prośba nie omawiać życia prywatnego. Jeśli coś, to na priv. Wiadomość szybko zginęła pod nowymi wpisami o śmieciach i windzie.
Sergiusz wyłączył telefon i poszedł nastawić wodę na herbatę. Wiedział, że w nocy może znów się obudzić przez łomot, i że od teraz, budząc się, nie będzie już myślał tylko o sobie. To nie czyniło z niego lepszego człowieka. Ale czyniło z niego sąsiada.



