Nocny ekspres: Gdy drzwi polskiego trolejbusu zatrzasnęły się harmonijką, grupa pięciu rozbawionych …

Dziennik 17 października, Warszawa

Dzisiaj miałam noc, którą trudno zapomnieć. Pamiętam, jak drzwi nocnego autobusu złożyły się w harmonijkę, a z ogrzanego wnętrza buchnęło ciepłe powietrze w jesienny chłód. Wpadli do środka: piątka rozbawionych chłopaków, robiąc hałas buciorami o wszystko schodki, poręcze, cudze buty. Brudna wilgoć na podłodze i alkoholowe żarty mieszały się z zapachem miasta po deszczu.

Wszyscy my, którzy trafiliśmy do tego nocnego pojazdu z konieczności, milczeliśmy żadnych komentarzy do pijanych haseł chłopaków, którzy z wrzaskiem opowiadali sobie sprośne dowcipy, przekrzykiwali się, komu się dzisiaj powiodło, żartowali i stukali butelkami pełnymi taniego piwa, rechocząc jak dzieci.

Autobus zatrząsł się i powoli ruszył, opuszczając przystanek przy Placu Zbawiciela. Na licznie, nie licząc nowoprzybyłych, było nas ledwie dziesięć osób. No i ona kontrolerka, pani Teresa, która wyjęła bloczek biletów, z nieco pożółkłymi szkłami okularów na nosie, starsza od wszystkich chłopaków razem.

Panowie, płacimy za przejazd powiedziała z rezygnacją.

Mamy miesięczny! beknął jeden.

Ja też!

I ja!

Najmłodszy wyglądał na góra siedemnaście lat jasny meszek pod nosem, nieskładne ruchy i niepewny wzrok. Ale przy kolegach udawał chojraka i krzyczał najgłośniej.

To proszę pokazać rzuciła sucho pani Teresa, niezrażona ich popisami.

Najpierw pani pokaż swój! prychnął najbardziej barczysty.

Jestem kontrolerem beznamiętnie odpowiedziała.

A ja elektryk! I co, mam nie płacić za prąd? śmiał się ten, który już rozlał piwo na bluzę.

Panowie, płacicie, albo wysiadacie padło z jej ust.

Jak na zawołanie autobus zahamował, a reszta pasażerów wysiadła, widocznie nie chcąc uczestniczyć w dalszym widowisku.

Powiedzieliśmy, że mamy miesięczne, chlubił się najmłodszy, wypinając się jak kogut.

Waldek, jedziemy na zajezdnię! zawołała pani Teresa do kierowcy.

Jasne, Waldek, na zajezdnię! kpili chłopcy, wycierając udawane łzy.

Drzwi się zatrzasnęły i autobus zawrócił. Śmiechy jeszcze przez chwilę wypełniały wnętrze, aż najbystrzejszy nagle zapytał:

Ej, jak autobus się zawraca na środku trasy, skoro jedzie po szynie? Czuć było niepokój w jego głosie, ale reszta wzruszyła ramionami.

Autobus przyspieszał, lampki przygasały, jedynie nikłe światło latarni i reklam odbijało się w zaparowanych szybach. Pani Teresa siedziała w milczeniu. Przestaliśmy stawać na przystankach.

Hej! Kierowco! Dokąd nas wieziecie?! wrzasnął jeden, gdy zrobiło się naprawdę ciemno.

Odpowiedzi nie było.

Halo! Zatrzymajcie się! Wysiadamy! głosy łamały się im w gardłach, sami już chyba trzeźwi.

Kontrolerka nie reagowała. Miasto za oknem zostało w tyle i pomknęliśmy w noc, po pustej trasie. W autobusie świeciły się tylko pojedyncze lampki w kabinie kierowcy. Wszyscy wyciągnęliśmy telefony oczywiście zero zasięgu, przeglądarka prosiła o Internet.

Gdy wjechaliśmy w pole, najbardziej wygadany podleciał do pani Teresy i zaczął groźnie sapać:

Wie pani, kim jestem?! Jak się jutro nie pojawię w pracy, sama zostanie bez emerytury!

W tym momencie nawet światła na przodzie zgasły.

Błagam, wypuści mnie pani. Ja muszę do matury się uczyć zapiszczał najmłodszy.

Autobus gnał przez noc, huk silnika odbijał się echem, chłopacy już trzeźwi, próbowali łamać butelki na szybach, wyważać drzwi od harmonijki, drapali paznokciami blokadę. Na próżno.

Po jakimś czasie pojawiły się pierwsze monety i banknoty.

Proszę, nie trzeba wydawać reszty! Tylko niech pani nas odwiezie do miasta! jęknął ktoś z rozpaczą, wciskając dwudziestozłotówkę.

Pani Teresa nie drgnęła. Skamlenia, groźby, błagania naprzemiennie wypełniły czas, aż dotarliśmy do brzegu ogromnego jeziora.

Gdzie my jesteśmy? szepcący chłopcy wyglądali przez zaparowane okna.

Utopią nas łkał chłopak z meszkiem pod nosem.

Paweł, znasz się na autobusach? Może ich jakoś powstrzymamy? zapytał bez przekonania jeden. Ale Paweł tylko przecząco pokręcił głową.

I wtedy, zupełnie niespodziewanie, drzwi z przodu się otworzyły. Pani Teresa wysiadła. W blasku księżyca widzieliśmy jej sylwetkę w kabinie kierowcy. Po chwili wróciła, trzymając coś długiego.

To już koniec… Rozstrzelają nas i utopią szeptał elektryk, ocierając oczy.

Nagle jasne światło rozjaśniło wnętrze, a pani Teresa z hukiem weszła do środka. W rękach miała mopa oraz wiadro.

Jak umyjecie ściany, dam wam szmatki do siedzeń i do podłogi. Potem wracacie do miasta. Ktoś nie ma nic przeciwko? zapytała z uśmiechem.

Piątka chłopaków pokręciła głowami.

Noc była długa. Chłopaki podzielili się robotą dwóch biegało po wodę, jeden zmieniał ścierki, pozostała dwójka wylewała brudną wodę do wielkiej beczki stojącej za autobusem. Musieliśmy tu już kiedyś przyjeżdżać.

Wschód słońca zastał już błyszczący pojazd i nawet szyby lśniły. W ciszy i skupieniu kończyli, gdy pani Teresa skasowała im bilety i kierowca ruszył autobusem w stronę Warszawy. Nocnych buntowników wysadzano na znajomych przystankach, a autobus pojechał dalej, gotowy na nowy dzień i nowych pasażerów.

Czasem noc potrafi dużo nauczyć. Ja tej nigdy nie zapomnę.

Oceń artykuł
TwojaCena
Nocny ekspres: Gdy drzwi polskiego trolejbusu zatrzasnęły się harmonijką, grupa pięciu rozbawionych …