PRZECZUCIE NIESZCZĘŚCIA
Dawno temu obudziła się nocą i spać już nie zdołała aż do rana. Czy to był zły sen, czy jakieś nieuchwytne lęki spokoju odnaleźć nie mogła. Na sercu poczuła taki ciężar, że łzy płynęły jej po policzkach same z siebie. Nie umiała wytłumaczyć, czemu, nie rozumiała własnych uczuć. Oddychało się ciężko, a nadciągające przeczucie nieszczęścia przygniotło ją z niespodziewaną siłą.
Podeszła do łóżeczka, gdzie spał jej mały synek. Staś uśmiechał się przez sen i zabawnie cmokał ustami. Zosia poprawiła mu kołderkę, a potem wyszła do kuchni. Za oknami panowała gęsta, mazowiecka ciemność.
Zosiu, znów nie możesz spać? usłyszała znajomy głos za plecami. To był jej mąż, Marek.
Znowu Sama nie wiem, co się ze mną dzieje, Marku odpowiedziała cicho.
Może to ta cała poporodowa melancholia? próbował żartować.
Ale przecież Stasiu już prawie pół roku skończył. Żadnej depresji nie miałam, a teraz nagle?
Różnie bywa Hormony, nerwy! Nie przejmuj się, kochanie wszystko się ułoży.
Boję się, Marku wyszeptała, przytulając się do niego.
Spokojnie, będzie dobrze szepnął, obejmując ją ramionami.
Minęły trzy tygodnie. Zosia dostała wezwanie do przychodni przedtem razem ze Stasiem byli na kontrolnej wizycie, maluch skończył pół roku. Badania, krew, specjaliści. Telefon od pielęgniarki zupełnie ją zaskoczył.
Co się stało? zapytała.
Zosiu, nie przejmuj się. Doktor wszystko wyjaśni! odpowiedziała kobieta.
W poczekalni przed gabinetem znów dopadł ją strach. Kiedy wreszcie weszli do środka, była na skraju płaczu.
Proszę usiąść powiedziała łagodnie pani doktor Zofio, muszę z panią porozmawiać. Proszę się nie denerwować, trzeba wykonać dodatkowe badania.
Co się dzieje?! wykrztusiła. Wtedy zdała sobie sprawę, że wszystkie jej złe przeczucia mają się zaraz ziścić.
Wyniki Stasia są niepokojące. Białych krwinek jest za dużo, inne parametry też są nie w porządku. Badania należy powtórzyć, najlepiej w specjalistycznej placówce.
W której? zapytała drżącym głosem.
W wojewódzkim centrum onkologii odparła lekarka.
Nie pamięta jak wróciła do mieszkania. Marek już czekał, zwolnił się z pracy po jej wiadomości.
Co się stało, Zosiu?! zapytał, widząc łzy na jej twarzy, których nawet nie próbowała ukryć.
Skierowano nas na badania do onkologii… wyszeptała.
Może to tylko na wszelki wypadek, może wszystko dobrze się skończy próbował ją uspokoić Marek.
To nie przypadek, Marku wyszeptała zrezygnowana Przeczuwałam to, tylko nie wiedziałam, gdzie czekać nieszczęścia.
Przytuliła mocniej synka i zapłakała gorzko. Maluch przewrócił się przez sen na bok, jeszcze nieświadomy, co wokół niego się dzieje.
Ostra białaczka orzekł sędziwy lekarz, kiedy obejrzał ich badania trzeba natychmiast rozpoczynać leczenie.
Długo nie mogła pogodzić się z tym, co słyszała. Chemioterapię przeprowadzano już bez niej. Staś leżał na intensywnej terapii, Zosia stała pod drzwiami.
Proszę iść do domu! nalegała pielęgniarka Tego dnia pani do dziecka nie wpuszczą!
Nie mogę! Co mam tam robić, bez synka?!
Zosia i Marek byli małżeństwem od ośmiu lat. Lata starali się o dziecko badania, konsultacje, lecz żadnych nieprawidłowości nie znaleziono, choć Stasiu pojawił się dopiero w ósmym roku ich wspólnego życia. Ten czas był mieszanką szczęścia i niepokoju Marek wnosił ją za każdym razem na rękach, nie pozwalał jej podnosić nic cięższego niż szklanka wody Ostatni miesiąc ciąży spędziła w szpitalu sugestia lekarki, bo istniało ryzyko przedwczesnego porodu. Aż wreszcie pół roku temu urodziła długo wyczekiwanego chłopca. Nazwali go na pamiątkę po ojcu Marka, który kilka lat wcześniej zginął tragicznie w wypadku samochodowym.
Zosieńko, nie nazywaj dziecka imieniem zmarłego tak nagle! przestrzegała ją babcia, gdy dowiedziała się o ich decyzji.
Babciu, to przesądy… śmiała się wtedy Zosia. Nic nie mogło wtedy przyćmić jej szczęścia…
Siedząc przy łóżku w sterylnej izolatce, do której po kłótni z ordynatorem w końcu ją wpuszczono, patrzyła na coraz bledszą buzię synka. Policzki miał zapadnięte, cienie pod oczami, schudł i przygasł. Łez już nie wycierała. Poddany ryzyku infekcji, nie powinien nikogo widywać, ale matka już nie potrafiła wytrzymać rozłąki aż wyła pod gabinetem.
Tych operacji tutaj nie wykonujemy powiedział stanowczo prof. Gienek Wojciechowski, ordynator.
Gdzie więc? zapytała zdeterminowana Zosia.
W Niemczech. Tylko tam można uratować pani dziecko. Lecz to bardzo kosztowne.
Zgromadzimy pieniądze. Proszę przygotować niezbędną dokumentację.
Papiery wysłano do znanej kliniki w Monachium. Niedługo potem nadeszła odpowiedź: podejmą leczenie, jednak kosztuje to ponad 1 500 000 złotych.
Zosiu, nawet sprzedając mieszkanie i samochód nie uzbieramy połowy! mówił Marek Ogłoszenie już dałem, ale to za długo potrwa.
Mamy tylko dwa miesiące! płakała Zosia Musimy coś wymyślić.
Cała okolica ruszyła na pomoc: w pracy, w lokalnym Caritasie, w sklepach, przez internet. Część pieniędzy przekazali miejscy urzędnicy, resztę zbierali wolontariusze. Udało się zdobyć nieco ponad połowę sumy. Czas się kończył operacji nie można już było odkładać.
Zosiu, lećcie już. Resztę postaram się dosłać. Może ktoś kupi mieszkanie powiedział Marek.
Ludzie z rodzinnych stron bardzo współczuli, ale zdobycie takiej kwoty było ponad ich możliwości.
Po załatwieniu wszystkich formalności Zosia z synkiem poleciała do Monachium. Zebranych pieniędzy nie starczyło. Staś rozpoczął przygotowania do zabiegu, badania, pierwsze procedury. Skąd zdobyć pozostałą kwotę nie pozwalała sobie o tym teraz myśleć. Liczyła na cud. Za miesiąc Stasiowi miał stuknąć rok.
W sąsiedniej sali leżała matka z trzyletnim synkiem. Okazało się rodzina z Radomia! Mariola miała więcej szczęścia, bo udało się jej zebrać potrzebną sumę. Mieli jednak trudniej u Michałka białaczkę wykryto za późno, choroba była zaawansowana, lekarze nie mogli opanować wyniszczających ataków, więc operację przekładano.
Nie płacz już! przekonywała Mariola Zosię Jeszcze będziesz ze Stasiem chodzić do ZOO, do cyrku. My z Michałkiem byliśmy, a on tak się cieszył z niedźwiedzia, pół godziny wgapiał się w klatkę. Nawet nie wiedziałam wtedy, że jest chory. Właśnie w ZOO pierwszy raz poleciała mu krew z noska nie mogłam zatamować. Przestrach I tak kilka razy Dopiero potem trafiliśmy do szpitala: już trzecie stadium. Czemu wcześniej nie zauważyłam!
Mariolko, nie płacz. Jeszcze pójdziemy razem z dziećmi do ZOO! pocieszała już Zosia.
Widziałam, że coś nie tak! Michałek chudł, mizerniał, słabo jadł, ciągle coś mu było a ja słuchać nie chciałam! Mamy mówiły… Ale nie wierzyłam. Wszystko przeze mnie! Mariola płakała.
Co tu można powiedzieć, jak tu pocieszyć drugą matkę, skoro samej wszystko się wali…
Kilka dni później Michałkowi pogorszyło się. Trafił na OIOM, Mariola nie mogła do niego wejść. Siedziała na korytarzu, nieprzytomna z bólu.
Mariolko, chodź, odpoczniesz. usiłowała ją namówić Zosia.
Muszę tu być! On to czuje… Tak mu łatwiej, wie, że mama jest.
Wie, zawsze wie, że jesteś! Chodź!
Ale Mariola została. Pielęgniarka dała jej zastrzyk uspokajający; już nie płakała, tylko patrzyła nieruchomo w ścianę i czekała na cud.
Marek zadzwonił wieczorem. Zosia kołysała Stasia na rękach, wdzięczna za każdą minutę przy synu nie było pewności, ile ich jeszcze czeka.
Zosiu, przelałem sto dwadzieścia tysięcy, więcej nie mam. Parę dzisiaj oglądało nasze mieszkanie, mówią, że się zastanowią…
Dobrze, Marku… zaczęła.
Nagły krzyk przerwał jej rozmowę. Telefon upadł na podłogę. Stasiu się obudził i zapłakał. Pogłaskała go po główce, ziewnął i zasnął. Położywszy synka, pobiegła na korytarz. Znów już wiedziała, co się stało, choć nie chciała uwierzyć. Mariola klęczała pod drzwiami OIOM-u i płakała na całe gardło. Pielęgniarki krzątały się wokół, próbując ją uspokoić. Zosia jeszcze nigdy nie widziała takiego bólu w oczach człowieka. Wszystko zrozumiała.
Mariolko, trzymaj się! Musisz żyć dla Michałka! płakała razem z nią Zosia.
Po co żyć! Mojego synka nie ma! Ja go zabiłam… Jak mam z tym żyć?! Mariola krzyczała w rozpaczy.
Zosia trzymała przyjaciółkę, dopóki nie podano jej zastrzyku i nie zaprowadzono do sali.
Niech odpocznie powiedział znużonym głosem lekarz dyżurny Będzie miała czas na płacz…
Zosia nie mogła zasnąć tej nocy. Patrzyła na śpiącego synka, próbując zapamiętać każdy szczegół jego buzi.
Nazajutrz Mariola już nie płakała. Przez tę jedną noc postarzała się o dziesięć lat. W jej oczach zagościła pustka. Kobiety stały przytulone przez długi czas.
Niech u was wszystko się uda wyszeptała Mariola na odchodnym. Wy jeszcze macie szansę wykorzystajcie ją. Muszę się zająć Michałkiem. Najpierw pogrzeb, potem dziewiąty dzień, czterdziesty Postawię nagrobek Przeczytasz, jak już mnie nie będzie, bo nie dam rady mówić podała przyjaciółce zaklejoną kopertę.
Dobrze, Mariolo szepnęła Zosia.
Po odejściu Marioli, wszystko wydawało się Zosi smutniejsze. Stasia zabrali na procedury.
Otworzyła kopertę:
Kochana Zosiu! drżącą ręką napisała Mariola. Bardzo pragnę, żeby Staś żył. Niech odtąd żyje też za mojego Michałka: niech rośnie, dorasta, uczy się… Niech cieszy się każdym dniem, gra w piłkę i jeździ na nartach. A koniecznie idźcie do naszego ZOO i przekażcie pozdrowienia wielkiemu czarnemu niedźwiedziowi. Zosia musiała przetrzeć łzy, by doczytać dalej Macie szansę żyć. W kopercie są pieniądze na operację. Mnie już nie będą potrzebne, niech pomogą Stasiowi.
Zosia płakała. Płakała ze szczęścia, że może ratować syna. Płakała z żalu, bo za taką cenę nie chciała kupować nadziei…
Marku, nie sprzedawaj mieszkania! powiedziała następnego dnia Musimy przecież mieć gdzie wracać!
Ale co z pieniędzmi? pytał zaskoczony Marek.
Już mam. Wszystko będzie dobrze!
Po raz pierwszy od tygodni w jej głosie zabrzmiała pewność Marek poczuł nadzieję i uwierzył, że będzie dobrze. Zosia była przekonana.
Operację przeprowadzono dzień po pierwszych urodzinach Stasia. Jak Mariola spędzała długie godziny pod drzwiami oddziału. Tym razem jednak rokowania były dobre. Po pewnym czasie pozwolono matkom odwiedzać dzieci, potem razem zamieszkali w jednej sali. Czekał ich miesiąc kwarantanny i parę miesięcy rehabilitacji. Ale te trudy nie miały już znaczenia operacja się udała, wszystko zmierzało ku lepszemu.
Staś powoli odzyskiwał siły: znów interesował się zabawkami, powoli jadł, potrafił nawet się uśmiechnąć. Gdy pierwszy raz powiedział coś na kształt mama, Zosia nie mogła powstrzymać łez. Stał się cud.
Niedźwiedź! wołał Staś, pokazując małą rączką na wielkiego czarnego zwierza w klatce.
Nie niedźwiedź, tylko niedźwiedź! poprawiała go ze śmiechem Zosia.
Znów odwiedzili miejski ogród zoologiczny, ten sam, w którym kiedyś mały Michałek patrzył z zachwytem na niedźwiedzia.
Przyszedł do ciebie Staś, od Michałka, misiu! szepnęła Zosia w stronę wielkiego zwierzęcia.
Staś biegał, śmiał się, jadł lody i jeździł na barana u Marka, rozglądając się ciekawie po zakątkach zoo. Jego świat wypełnił się dziecięcą radością i nowymi doświadczeniami. Szpital został daleko w tyle, a Zosia teraz tylko czasem, budząc się nocą, podchodziła cicho do łóżeczka syna, wsłuchując się w jego spokojny oddech. Lęk odchodził. Przed nimi była cała przyszłość taka, która należała do nich i do wszystkich, którzy pomogli ocalić ten cud.



