Dziennik Tamary, 22 grudnia
Już nie pamiętam, kiedy czułam się tak zagubiona jak dziś. Wszystko przez to, co wydarzyło się tak nagle, że aż trudno uwierzyć, że to moje życie. Pewnie, gdyby ktoś napisał o tym scenariusz do filmu, wydałby się banalny ale dla mnie to sama rzeczywistość.
Pieska nazwałam Iskierka. Chociaż pan, którego spotkałam dziś na rynku, śmiał się, że bardziej pasuje jej Gwiazdka. Rano biegała wokół kiosków na Placu Wolności wyraźnie widać było, że się zgubiła. Potem przysiadła przy moich nogach i zaczęła wić się z zimna. Nie było rady wzięłam ją do samochodu, żeby nie zamarzła bidulka. Mężczyzna, który mi opowiadał o jej zbiegu okoliczności, uśmiechał się do mnie ciepło…
Ale dobrze, wracam do tematu. Mama nie omieszkała znów obarczyć mnie winą. Tosiu, czy można być taką pechową? Ile razy ci powtarzałam, że Marek do ciebie nie pasuje! wyliczała mi bez litości.
Stałam ze spuszczoną głową jak nastolatka przyłapana na wagarach, mimo że stuknęło mi już trzydzieści siedem lat. Czułam żal do samej siebie: za nieudaną rodzinę, za moją malutką córeczkę Zosię i za to, że przed samymi Świętami Bożego Narodzenia zostałyśmy bez niego, bez ojca.
Wieczorem Marek oznajmił beztrosko:
Odchodzę.
Byłam tak zaskoczona, że pytałam odruchowo:
Dokąd?
Postawiłam mu talerz gorącego barszczu z uszkami.
On za to wywrócił oczami.
Serio, Tosia, jesteś jak nie z tego świata. Nie pojmujesz powagi sytuacji… Jak ja wytrzymałem z tobą tyle lat? mówił z wyrzutem.
Nie zdążyłam nawet zareagować, bo sam zaczął tłumaczyć się dokładniej:
Mam już dość! Nawet ten twój pies wiecznie wyje, córka ciągle choruje. Zero romantyzmu. Spójrz na siebie na co się zamieniłaś? zakończył swój monolog.
Próbowałam nawet zobaczyć swoje odbicie w szybie kredensu, ale oczy natychmiast zaszkliły się łzami. Zostałam sama pośród kuchennego półmroku, a Marek bezsilnie popatrzył na barszcz, zebrał rzeczy i wyszedł.
Iskierka od razu to wyczuła kręciła się pod nogami, popiskiwała i chciała mnie jakoś pocieszyć.
W końcu odpocznę bez tego ciągłego wycia żachnął się jeszcze Marek w drzwiach z walizką na ramieniu.
Marku, a co z Zosią? szepnęłam, wyobrażając sobie rozczarowanie mojej pięcioletniej córeczki, śpiącej w swoim pokoju.
Coś wymyśl! W końcu jesteś matką rzucił, a potem już tylko słychać było wycie Iskierki, zamykające za nim drzwi.
Całą noc spędziłam w kuchni, tuląc pieska. Iskierka lizała mnie po dłoni swoim ciepłym językiem, jakby chciała dodać mi otuchy. Rozumiała, że stało się coś przykrego.
Przez kilka kolejnych dni nie umiałam zdobyć się na rozmowę z mamą. Gdy dzwoniła, odpowiadałam na szybko, że wszystko w porządku, po czym wyciszałam telefon.
A z pracą co? Znalazłaś coś chociaż? Uważaj, bo ten twój Marek cię zostawi i na życie nie będzie przyjechała w końcu, nie mając już cierpliwości do mojej ciszy.
Nie wytrzymałam. Rozpłakałam się jej w ramiona, tłumacząc, że nie ma nowych propozycji, a Marek odszedł kilka dni wcześniej.
Mama tylko pokręciła głową, zupełnie nieprzygotowana na taki zwrot akcji:
Przecież to było pewne! Przeżyliście razem pięć lat, dziecko się urodziło, a on nawet nie pomyślał, żeby z tobą wziąć ślub!
Wiedziałam, że jej przykro. Zawsze bardziej martwiła się o wnuczkę niż o mnie.
Co teraz robimy? spytała w końcu.
Wzruszyłam ramionami.
Spróbuję zatrudnić się jako opiekunka w przedszkolu Zosi…
Mama podsumowała sucho:
Z pensji niani długo nie pociągniecie… Jeszcze psa trzeba karmić…
O zwierzętach zawsze mówiła z dystansem. Małej, puchatej Iskierki, którą przywiozłam z ulicy, nigdy nie zaakceptowała, choć akceptowała nas w swojej surowości.
Jeszcze chciała dodać coś krytycznego, ale ugryzła się w język, widząc, że stoję na granicy łez.
Dobra, nie płacz już. Pomogę. Jak trzeba, to nawet Zosię popilnuję dodała łagodniej.
Minął kolejny tydzień.
Udało mi się zacząć pracę. Odprowadzałam rano Zosię do przedszkola, a potem razem wracałyśmy po południu do naszego mieszkania na osiedlu.
Zosia promieniała.
Mamusiu, a może zabierzemy Iskierkę do przedszkola? Mogłaby pomagać ci sprzątać, a podczas drzemki pilnować nas przed smokami! rozmarzyła się.
Śmiałam się i tuliłam moją córeczkę. Ale kiedy pytała z nadzieją:
Mamo, a tata wróci na Wigilię? Chciałabym, żeby przyszedł przed Nowym Rokiem…
Nie umiałam i nie chciałam mówić jej prawdy. Wymyśliłam jakieś służbowe wyjazdy. Próbowałam zadzwonić do Marka, by choć raz odwiedził Zosię. On zbywał mnie, tłumacząc, że układa sobie życie:
Tosi, zostańmy przy tym, że jestem agentem specjalnym mam ważną misję. Powiedz Zosi, że wrócę dopiero, jak ją skończę… Ach, znalazłaś może mój krawat? Nie mam w czym świętować Nowego Roku.
Odkładałam słuchawkę i długo siedziałam zamyślona. Nie wiedziałam, jak wytłumaczę mojemu dziecku brak świątecznego cudu.
Wszystko przyspieszyło, kiedy babcia zabrała Zosię do przychodni. Mała szybko wracała do zdrowia, gdy nagle zza rogu wyłonił się Marek.
Tatusiu! Wróciłeś? krzyknęła Zosia i przytuliła go z całych sił.
Marek wyglądał niezręcznie. Po kilku minutach wyjaśnił, że z mamą nie będą już mieszkać razem. Pożegnał się i poszedł dalej.
Zosia zamarła, jej buzia stężała. Wyszeptała tylko:
Nie musisz już do nas przychodzić.
Wieczorem znów dostała gorączki, a dwa dni później w mieszkaniu zjawił się lekarz. Zosia z nikim nie chciała rozmawiać, nie spieszyło jej się do zdrowia.
To może być reakcja na stres powiedział doktor, znając już naszą historię.
Mama doradzała:
Trzeba było jej powiedzieć od razu. Jest mądra, zrozumiałaby.
Nie mogłam sobie wybaczyć. A to nie był koniec dramatów. Babcia wyszła z Iskierką na spacer. Spieszyła się, więc nie założyła smyczy. Iskierka, nasłuchawszy się krzyków, nagle uciekła w przeciwną stronę ulicy.
O, proszę bardzo! Zobaczymy, jak się jej będzie podobać na mrozie. Sama wróci, pomarźnie! mruknęła babcia, wracając do wnuczki z lekarstwem.
Zosia na wieść o zaginięciu Iskierki całkiem się zablokowała. Przestała jeść, pić, obiecała wiernie:
Jak znajdziesz Iskierkę, wtedy coś zjem.
Mama oskarżała mnie o rozpuszczenie dziecka:
No widzisz, co zepsułaś wychowaniem! Ostrzegałam cię…
Nie wytrzymałam:
Może powinnaś bardziej pilnować Iskierki, zamiast mnie pouczać…
Obraziła się i wyszła trzaskając drzwiami. Zostałam sama. Wieczorem długo błąkałam się po śniegu wśród bloków, mając nadzieję, że Iskierka sama się znajdzie, ale wróciłam przemarznięta i zrezygnowana.
Rano Zosia wpadła do kuchni rozpromieniona:
Mamo, miałam taki piękny sen! O choince! Ubraliśmy ją razem i Iskierka się znalazła! oczka jej błyszczały.
Na stole stała nasza mała sztuczna choinka. Zosia patrzyła na nią ze smutkiem:
Powinna być duża, pachnąca, prawdziwa. Wtedy wróci i Iskierka, jak we śnie…
Westchnęłam. Na prawdziwą, dużą choinkę nie było nas stać, a babcia się obraziła i nie chciała nas odwiedzić:
Więcej dla ciebie znaczy pies niż własna matka! rzuciła przez telefon.
Zrozumiałam, że jestem na własnych nogach. W Święta, kiedy Zosia poczuła się gorzej i znów zaczęła rozpaczać:
Nie ma choinki, nie ma Iskierki, nie ma taty…
Głaskałam ją po głowie, ledwie powstrzymując łzy. Poprosiłam sąsiadkę panią Jadzię z parteru by zerknęła na córkę i w zimowej kurtce wybiegłam na miasto.
Mróz szczypał policzki, śnieg wirował w świetle latarni. Mijałam ludzi wracających z ostatnimi zakupami, uśmiechniętych, z prezentami w rękach. Nikogo nie zauważałam. Szukałam Iskierki na wszystkich znajomych podwórkach:
Gdzie się podziałaś, malutka? szeptałam kolejny raz, okrążając szare bloki.
W końcu trafiłam na plac targowy, gdzie został ostatni stragan z choinkami. Mężczyzna w ciepłym kożuchu przestępował z nogi na nogę przy resztkach drzewek.
Pani szuka choinki? Została ostatnia, mogę dać po kosztach uśmiechnął się sprzedawca z nutką pośpiechu.
Wyobraziłam sobie jego żonę nakrywającą do stołu, dzieci czekające w oknie…
W tym czasie młode małżeństwo kupiło przedostatnie drzewko. Mężczyzna został tylko z jedną choinką.
To jak, bierze pani? Ostatnia szansa. Pomogę donieść zachęcał.
Spojrzałam na niego błagalnie.
Nie mam przy sobie pieniędzy… Nawet gdybym miałam, nie wystarczy mi na taki wydatek… tłumaczyłam zawstydzona.
Zauważyłam w bagażniku gałązki.
Czy mogłabym choć kilka tych gałązek zabrać, jeśli nie potrzebne? zapytałam cicho.
Westchnął.
Jasne, niech pani bierze. Pomogę załadować powiedział, wyciągając naręcze pachnących gałęzi.
Zebrałam je wdzięczna, starając się opanować łzy.
Wie pan, córka chora, marzy o choince, piesek zaginął, a wszystko się sypie przed świętami…
Mężczyzna, przedstawiał się jako Paweł, słuchał uważnie. Dopiero co jego własne małżeństwo rozsypało się jak domek z kart. W Święta też byłby całkiem sam.
W tym momencie podszedł inny klient:
Za ile ta choinka? dopytywał się, oglądając jedyne drzewko.
Już sprzedane, proszę zerknąć do kolegi. Może tam zostało coś jeszcze odpowiedział Paweł.
Zaskoczona spojrzałam na niego.
Pomogę pani donieść choinkę szepnął, uśmiechając się ciepło.
Ale mówiłam przecież… nie mam pieniędzy… powtórzyłam cicho.
Pamiętam odparł spokojnie.
A wtedy wydarzył się prawdziwy cud, jakby Święta wreszcie zaczęły działać swoje czary. Paweł otworzył furgonetkę i zobaczyłam na siedzeniu Iskierkę. Była zawinięta w ciepły sweterek, spała.
Serce ścisnęło mi się ze wzruszenia.
Skąd pan ma Iskierkę?! wydusiłam.
Iskierka? Ja nazwałem ją Gwiazdką. Cały poranek tutaj biegała. Od razu było widać, że się zgubiła. Przykucnęła przy mnie, a potem wpakowałem ją do auta, żeby nie zmarzła uśmiechnął się dobrodusznie Paweł.
Tak znalazłyśmy Iskierkę i nową choinkę na Wigilię. Paweł miał wielkie serce, szybko złapał kontakt z Zosią. Nasza mała rodzina, choć popękana i poobijana przez życie, zyskała ciepło, którego nie pamiętałam od lat.
Może to prawdziwa magia Świąt Bożego Narodzenia. Może po prostu tak miało być… Nikt do końca nie wie pewne jest tylko, że znów czułam się bezpieczna i kochana, a Iskierka czy raczej Gwiazdka była z nami i pewnie już zawsze tak zostanie.



