Bez moralizowania
Sasze wiadomość przyszła na Messengerze w formie zdjęcia kartki w kratkę. Niebieski długopis, staranny pochył, na dole podpis: Twój dziadek, Kazio. Obok krótkie info od mamy: On teraz już tylko tak. Nie musisz odpowiadać, jeśli nie chcesz.
Sasza powiększył zdjęcie, żeby łatwiej rozszyfrować rzędy liter.
Saszku, cześć.
Piszę do ciebie z kuchni. Mam tu nowego kolegę glukometr. Od rana wyzywa mnie, jak zjem za dużo chleba. Lekarz mówił, żeby więcej spacerować, ale kogo ja mam odwiedzać na spacerach, skoro wszyscy moi znajomi już na cmentarzu, a ty siedzisz w tym swoim Poznaniu. No to sobie spaceruję po wspomnieniach.
Dziś, na przykład, przypomniało mi się, jak w siedemdziesiątym dziewiątym razem z chłopakami rozładowywaliśmy wagony koło dworca. Płacili grosze, ale można było podwędzić skrzynkę jabłek. Były drewniane, z metalowymi uchwytami po bokach. Jabłka kwaśne, zielone, ale święto. Jedliśmy je tam na hałdzie cementu, ręce brudne, paznokcie w proszku, a zęby zgrzytały piachem. Ale i tak smakowały najlepiej.
Piszę ot tak, bez celu. Nie martw się, nie mam zamiaru ci mówić, jak masz żyć. Ty masz swoje, ja mam swoje wyniki badań.
Jak chcesz, napisz, co u was z pogodą i sesją.
Twój dziadek Kazio.
Sasza uśmiechnął się. Glukometr, badania. Messenger pod zdjęciem notował: dostarczono godzinę temu. Dzwonił już do mamy, nie odebrała. Czyli faktycznie teraz już tak.
Przeleciał czat. Ostatnie wiadomości od dziadka były rok temu: krótkie nagrania z życzeniami i jedno jak tam studia. Sasza wtedy odpisał emotką i tyle.
Teraz długo patrzył na fotografię w kratkę, potem otworzył okno odpowiedzi.
Dziadek, hej. Pogoda +3 i pada. Sesja zaraz. Jabłka u nas po siedem złotych za kilo. Z jabłkami słabo.
Sasza.
Zastanowił się, skasował Sasza, napisał Wnuk Sasza i wysłał.
Parę dni później mama przesłała nowe zdjęcie.
Saszku, dzień dobry.
Przeczytałem twoją odpowiedź już trzy razy. Postanowiłem odpisać porządnie. Pogodę mamy podobną jak wy, tylko bez tych waszych miejskich kałuż. Rano śnieg, w dzień chlapa, wieczorem ślizgawka. Dwa razy prawie się wywróciłem, ale widocznie jeszcze nie mój czas.
Skoro o jabłkach mowa wspomnę ci o pierwszej prawdziwej pracy. Miałem dwadzieścia lat, poszedłem do zakładu robić części do wind. Łomot, kurz w powietrzu, wieczne dzwonienie. Spodnie od fartucha szare, nie do doprani nawet Domestosem. Palce całe w zadrapaniach, paznokcie w smarze. Ale byłem dumny, bo miałem przepustkę i przechodziłem przez portiernię jak dorosły.
Najlepsza była nie wypłata, a obiad. W stołówce lali barszcz do ciężkich misek, a jak przyszło się wcześniej, można było dostać jeszcze kawałek chleba. Siedzieliśmy z chłopakami przy jednym stole i milczeliśmy. Nie, że nie było o czym gadać, po prostu sił brakowało. Łyżka wydawała się cięższa od klucza.
Ty pewnie siedzisz z laptopem i myślisz, że to prehistoria. A ja czasem się zastanawiam, czy wtedy byłem szczęśliwy, czy nie miałem po prostu kiedy się nad tym zastanawiać.
A ty co robisz poza sesją? Pracujesz gdzieś? Czy teraz to już tylko start-upy wymyślacie?
Dziadek Kazio.
Sasza przeczytał to, stojąc w kolejce po kebab z baraniną. Wokół ktoś się kłócił, ktoś wygrażał ekspedientce, z głośnika huczała reklama. Gdy wszyscy myśleli o wołowinie, on na nowo czytał o barszczu i ciężkich michach.
Napisał odpowiedź, oparty o ladę.
Dziadek, cześć.
Dorabiam jako kurier. Noszę żarcie, czasem dokumenty. Przepustki nie mam, tylko aplikację, co w kółko się zawiesza. Jem czasem w pracy nie kradnę, tylko nie zdążam do domu. Wybieram coś taniego, wcinam na klatce albo w samochodzie kolegi. Też milcząc.
Czy szczęśliwy nie wiem. Też nie mam czasu się zastanowić.
Ale barszcz w stołówce spoko brzmi.
Wnuk Sasza.
Chciał napisać coś o start-upach, ale uznał, że za dużo tłumaczenia. Niech dziadek sobie sam dośpiewa.
Kolejna odpowiedź dziadka była wyjątkowo krótka.
Sasza, cześć.
Kurier to poważna rzecz. Od razu inaczej cię sobie wyobrażam nie jako chłopaka przy komputerze, tylko typa w adidasach, co ciągle gdzieś gna.
Jak już piszesz o pracy, to wspomnę, jak dorabiałem na budowie. To było między zmianami w zakładzie, gdy kasy brakowało. Targaliśmy cegły na piąte piętro po drewnianych schodach. Pył wszędzie: w nosie, oczach, uszach. Wracałem do domu, ściągałem buty i wysypywałem piach na linoleum, babcia narzekała, że niszczę podłogę.
Najdziwniejsze, że nie pamiętam już zmęczenia, tylko jedną rzecz. Pracował tam gość, zwali go Staszek. Zawsze przychodził pierwszy, siadał na wiadrze do góry dnem i obierał nożem kartofle. Wrzucał do starego garnka, co przyniósł z domu. Na obiad stawiał ten garnek na kuchence, cały piętro pachniało gotowanymi ziemniakami. Jadło się rękami, solą posypywało z torebki po herbacie. I zdawało się, że nie ma nic smaczniejszego.
Teraz patrzę na ziemniaki ze sklepu i myślę już nie te. Może to przez wiek.
A ty co jesz po zmęczonym dniu? Nie mam na myśli dostawy, tylko coś prawdziwego.
Dziadek Kazio.
Sasza odpowiedział dopiero po dwóch dniach, bo myślał, co napisać o prawdziwym jedzeniu. Przypomniało mu się, jak zeszłej zimy, po dwunastu godzinach w pracy, kupił pierogi w całodobowym, ugotował je w garnku w akademiku (po kimś, kto wcześniej gotował parówki), pierogi się rozpadły, woda zrobiła się szara, ale zjadł wszystko, stojąc przy oknie, bo stołu nie było.
W końcu odpisał.
Dziadek, siema.
Jak jestem padnięty, najczęściej jem jajecznicę. Dwa-trzy jajka, czasem z kiełbasą. Patelnia u nas tragiczna, ale działa. W akademiku nie ma Staszka, za to jest sąsiad, co zawsze coś przypali i przeklina.
Dużo piszesz o jedzeniu. Byłeś wtedy głodny czy teraz?
Wnuk Sasza.
Po wysłaniu żałował ostatniego zdania brzmiało trochę ostro. Ale już trudno.
Odpowiedź przyszła szybciej niż zwykle.
Sasza.
Dobre pytanie o głód. Wtedy byłem młody, ciągle chciałem jeść. I nie tylko zupy i kartofli się chciało. Chciałem motoru, nowych butów, osobnego pokoju bez kaszlącego ojca za ścianą. Chciałem szacunku żeby w sklepie nie liczyć drobniaków w kieszeni. Żeby dziewczyny patrzyły, a nie omijały.
Teraz jem normalnie, aż lekarz mówi, że za dużo. Piszę o jedzeniu, bo to można opisać i przypomnieć. Smak zupy łatwiej opisać niż wstyd.
Jak już pytałeś, opowiem jedną historię. Tylko bez morału, jak lubisz.
Miałem dwadzieścia trzy lata. Spotykałem się już wtedy z twoją przyszłą babcią, ale wszystko wisiało na włosku. W zakładzie dali ogłoszenie, że szukają ludzi do brygady na północ kraju. Płaca dobra, można zebrać na fiata. Zapaliłem się: wrócę, kupię malucha, będę ją woził po mieście.
Tylko jeden problem babcia nie chciała jechać. Matka chora, praca, koleżanki. Stwierdziła, że nie przeżyje tej ciemnicy i zimna. Odpowiedziałem jej, że mnie hamuje. Że jak kocha, to powinna zrozumieć. Powiedziałem ostrzej, ale nie będę cytować.
Pojechałem sam. Po pół roku już do siebie nie pisaliśmy. Wróciłem po dwóch latach z kasą i samochodem. A ona już miała męża. Przez lata wszystkim gadałem, że mnie zdradziła. Ale prawda to taka, że wybrałem pieniądze i blachę zamiast człowieka. I jeszcze długo udawałem, że to była jedyna, słuszna droga.
Taki miałem apetyt.
Pytałeś, co wtedy czułem. Chyba duma i poczucie racji. A później przez lata udawałem, że nie czuję już nic.
Nie musisz odpisywać, wiem, że teraz możesz nie mieć głowy do babcinych opowieści.
Dziadek Kazio.
Sasza czytał kilka razy. Słowo wstyd przykleiło się do myśli jak rzep. Próbował znaleźć w tekście jakiekolwiek rozgrzeszenie, ale dziadek mu nie dawał.
Otworzył nowe okno, napisał Żałujesz?, skasował. Napisał A gdybyś został?, skasował. W końcu wysłał coś zupełnie innego.
Dziadek, hej.
Dzięki, że to napisałeś. Sam nie wiem, co odpowiedzieć. U nas w rodzinie o babci mówi się jakby zawsze była tylko babcią bez żadnych innych wersji.
Nie osądzam cię. Też niedawno wybrałem pracę zamiast kogoś. Miałem dziewczynę. Właśnie zacząłem jeździć jako kurier, trafiały mi się najlepsze zmiany. Ciągle w robocie. Ona mówiła, że się nie widujemy, że tylko telefon i wiecznie padam i się wyżywam. Odpowiadałem, że musimy zacisnąć pasa, zaraz będzie lepiej.
W końcu coś pękło, powiedziała, że ma dość. Odpowiedziałem, że to jej problem. Też ostrzej niż to brzmi tutaj.
Teraz jak wracam do akademika po jedenastej, smażę jajka, to myślę, czy nie wybrałem pieniędzy i dostawy zamiast człowieka. I udaję, że to jedyna słuszna wersja.
Chyba mamy to rodzinne.
Sasza.
Odpowiedź od dziadka w tym razem przyszła na kartce w linie. Mama wyjaśniła głosem, że zeszyt w kratkę się skończył.
Saszku.
Dobre to rodzinne, ale zobacz my, Polacy, wszystko zwalamy na przodków. Pije bo dziad pił. Krzyczy bo babka ostra. A każdy wybiera sam, tylko czasem straszność tego odbiera odwagę, więc wygodniej wymyślić dziedziczenie.
Jak wróciłem z Północy, myślałem, że zaczynam nowe życie. Samochód, pokój w akademiku, w kieszeni pieniądze. A wieczorami siadałem na łóżku i nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Koledzy wyjechali, w zakładzie zmienili kierownika, w akademiku czekał tylko kurz i stary wyłączony radioodbiornik.
Raz pojechałem pod dom tej nie-mojej-babci. Stałem po drugiej stronie ulicy, patrzyłem na okna tu światło, tam ciemno. Zmarzłem, ale nie mogłem odejść. Aż wyszła ona z wózkiem, obok facet, trzymał ją pod ramię. Śmiali się, coś gadali. Schowałem się za drzewo jak dzieciak. Patrzyłem, dopóki nie zniknęli za rogiem.
Wtedy po raz pierwszy zrozumiałem, że nikt mnie nie zdradził. Po prostu każdy poszedł swoją drogą. Sam się do tego przyznałem dopiero po latach.
Piszesz, że wybrałeś pracę zamiast dziewczyny. Może wybrałeś nie pracę, a siebie. Może teraz ważniejsze jest wydostać się z długów niż chodzić do kina. To nie jest dobre ani złe. Tak po prostu jest.
Wiesz, co najgorsze? My nie umiemy powiedzieć drugiemu: teraz to jest dla mnie ważniejsze niż ty. Zamiast tego wymyślamy mądre teksty, potem wszyscy się obrażają.
Nie chcę ci tu sugerować, że masz ją odzyskać nawet nie wiem, czy warto. Po prostu, może kiedyś będziesz stał pod cudzym oknem i załapiesz, że można było powiedzieć szczerzej.
Stary twój dziadek Kazio.
Sasza siedział na parapecie na korytarzu, telefon grzał mu dłoń. Za oknem auta pływały po kałużach, ktoś palił na schodach. Z sąsiedniego pokoju dudniła muzyka.
Długo myślał, co odpisać. Przypomniało mu się, jak stał pod oknem byłej, gdy już nie odbierała telefonów. Patrzył na zasłonki w oknie, światło, czekał, że może podejdzie, odsunie, zobaczy go. Nie podeszła.
Napisał.
Dziadek, hej.
Ja też stałem pod oknem. Też się schowałem, jak zobaczyłem ją z jakimś gościem. On z plecakiem, ona z siatką. Śmiali się. Wtedy myślałem, że mnie wykreślili. A czytając cię, myślę, że to ja sam wyszedłem.
Ty zrozumiałeś po dziesięciu latach. Może ja szybciej się zorientuję.
Nie pobiegnę za nią. Może po prostu przestanę udawać, że mi wszystko jedno.
Wnuk Sasza.
Następne list było już o czymś innym.
Sasza.
Pytałeś kiedyś o pieniądze. Nie odpowiadałem, bo nie wiedziałem, z której stron to ugryźć. Spróbuję teraz.
U nas w rodzinie pieniądze były jak pogoda mówiło się o nich tylko jak było tragicznie lub przesadnie dobrze. Twój ojciec, jak był mały, raz zapytał, ile zarabiam. Akurat miałem lepszy miesiąc po fuchach, więc podałem kwotę. Zrobił wielkie oczy i mówi: To ty bogaty jesteś!. Zaśmiałem się, powiedziałem, że to nic takiego.
Minęły dwa lata, mnie zwolnili, zarobki spadły o połowę. Przylazł i znowu pyta: Ile teraz masz?. Mówię mu sumę. On: A czemu tak mało? Gorzej pracujesz?. Wtedy się na niego wydarłem, że nie rozumie i jest niewdzięczny. Chciał tylko sprawdzić, czy liczby się zgadzają.
Potem ten moment wspominałem latami i myślałem, że właśnie wtedy nauczyłem go nie pytać mnie o kasę. Dorósł, faktycznie nie pytał, tylko sam dorabiał, nosił pudła, naprawiał kompy znajomym. A ja miałem zawsze w głowie, że powinien się domyślić, jak mi ciężko.
Z tobą nie chcę tego powtarzać. Dlatego mówię wprost: emerytura mała, ale starcza na leki i jedzenie. Na auto już nie uzbieram, nie muszę. Teraz zbieram tylko na nowe zęby, stare już nie wytrzymują kontaktów z barszczem.
A ty jak sobie radzisz? Nie pytam z zamiarem wysyłania ci przelewu i skarpetek. Chcę tylko wiedzieć, czy nie chodzisz głodny i nie śpisz na podłodze.
Jak ci głupio, napisz po prostu spoko zrozumiem.
Dziadek Kazio.
Sasza poczuł ścisk w środku. Przypomniał sobie, jak za dzieciaka pytał ojca o zarobki i dostawał tylko żarcik lub zduszone dowiesz się, jak dorośniesz. I rósł z poczuciem, że kasa to tabu, pytać nie wolno.
Długo patrzył w ekran i odpisał:
Dziadek, hej.
Nie chodzę głodny, nie śpię na podłodze. Mam łóżko, nawet materac nie najgorszy. Za akademik płacę sam, bo tak się z ojcem dogadałem. Czasem się spóźnię z wpłatą, ale nikt jeszcze nie wywala.
Na jedzenie mi starcza, jeśli nie kupuję głupot. Jak źle, biorę więcej zmian, potem jestem zombie. Ale to mój wybór.
Głupio mi, że ty pytasz, a ja nie umiem o ciebie zapytać. Napisz kiedyś, czy tobie wystarcza. Ale już sam odpowiedziałeś.
Może byłoby mi łatwiej, gdybyś napisał po prostu ok, ale wiem, że nauczyłem się, że dorośli nic nie mówią.
Dzięki za szczerość o kasie.
Sasza.
Długo kręcił telefon w dłoni, potem jeszcze dosłał wiadomość:
Jak kiedykolwiek zechcesz coś kupić, a nie starczy emerytury, napisz. Nie obiecuję, że pomogę od razu, ale będę wiedział.
I wysłał, póki nie zmienił zdania.
Odpowiedź dziadka była najbardziej nieregularna, litery tańczyły, rzędy zjeżdżały na bok.
Sasza.
Przeczytałem twoje o jakby brakło. Najpierw miałem napisać, że niczego mi nie trzeba. Że wszystko mam, tylko tabletki dokupować muszę. Później chciałem sobie zażartować, że jak już coś, to nowy motocykl. Ale pomyślałem całe życie udawałem twardziela, co wszystko sam. A na starość, człowiek się boi poprosić nawet wnuka o drobiazg.
Napiszę więc tak: jak naprawdę czegoś nie ogarnę, postaram się nie udawać, że to nieistotne. Na razie mam herbatę, chleb, tabletki i twoje listy. To nie patos, tylko lista.
Myślałem kiedyś, że jesteśmy zupełnie inni. Ty ze swoim… czymśtam-aplikacjami, ja z radiem. Ale czytam cię i widzę, że obaj nie umiemy prosić i obaj udajemy, że nam wszystko jedno.
Skoro już szczerze, powiem coś, o czym w rodzinie się nie mówi. Nie wiem, co z tym zrobisz.
Jak urodził się twój ojciec, nie byłem gotowy. Praca, świeżo dostany pokój w akademiku, myślałem: wreszcie! A tu dziecko. Krzyk, pieluchy, niewyspanie. Wracałem z nocki, on wrzeszczał. Byłem wściekły. Raz rzuciłem butelką o ścianę, rozbiłem ją. Mleko rozlało się po podłodze. Babcia płakała, dziecko jeszcze głośniej. Stałem i myślałem, żeby po prostu wyjść i nie wracać.
Nie odszedłem. Latami udawałem, że to tylko nerwy. Ale to był moment najbliżej ucieczki w życiu. A gdybym uciekł, nie byłoby tych listów.
Nie wiem, po co ci to. Może po to, żebyś wiedział, że twój dziadek to nie żaden bohater. Tylko zwykły facet, co nieraz chciał stąd zniknąć.
Jak po tym nie będziesz chciał już pisać, zrozumiem.
Dziadek Kazio.
Sasza czytał i czuł na zmianę zimno i gorąco. W głowie obraz dziadka dotąd trochę jak miły koc, trochę jak zapach mandarynek na święta nabrał nowych barw. Zmęczony facet w akademiku, dziecko, krzyk, mleko na podłodze.
Przypomniał sobie, jak zeszłego lata, w pracy w kolonii, nawrzeszczał na chłopaka, który ciągle płakał. Chwycił go trochę za mocno. Chłopak się popłakał, Sasza potem długo nie spał, przekonany, że nigdy nie nada się na ojca.
Siedział długo nad pustym oknem wiadomości. Napisał: Nie jesteś potworem. Skasował. Napisał: I tak cię kocham. Skasował, speszony słowem.
Wysłał w końcu:
Dziadku, hej.
Nie przestanę do ciebie pisać. Nie wiem, co się powinno odpowiedzieć na takie rzeczy. U nas w rodzinie się o tym nie mówi. O krzyku, o chęci ucieczki. Albo się milczy, albo żartuje.
Ja zeszłego lata byłem wychowawcą w kolonii. Był chłopak, co cały czas chciał do domu. W końcu wydarłem się tak, że sam siebie przestraszyłem. Całą noc myślałem, że jestem złym człowiekiem i nie nadaję się na ojca.
To, co napisałeś, nie czyni cię gorszym. Po prostu bardziej prawdziwym.
Nie wiem, czy będę kiedyś tak szczery wobec swojego dziecka jeśli będę je mieć. Ale może przynajmniej spróbuję nie udawać, że mam rację zawsze.
Dzięki, że wtedy nie wyszedłeś.
Sasza.
Kliknął wyślij i dopiero wtedy poczuł, że po raz pierwszy na odpowiedź czeka nie z grzeczności, ale jak na coś własnego.
Po dwóch dniach przyszła kolejna odpowiedź. Tym razem mama nie wysłała zdjęcia, tylko napisała: Dziadek nauczył się nagrywać, ale się boi, więc przepisałam.
Na ekranie pojawiła się nowa kartka w linie:
Saszku.
Twojego maila czytałem długo i myślę, że jesteś już dzielniejszy w twoim wieku niż ja. Przynajmniej mówisz, że się boisz. Ja wtedy udawałem, że jestem ze stali, a potem tłukłem meble.
Nie wiem, czy będziesz fajnym ojcem. Sam się przekonasz, jeśli cię los wsadzi w takie buty. Ale to, że w ogóle się nad tym zastanawiasz, to już coś.
Napisałeś, że dla ciebie jestem prawdziwy. To chyba największy komplement, jaki dostałem zwykle o mnie mówią uparty, zrzędliwy, trudny. A żywego nikt dawno nie powiedział.
Teraz się odważę i zapytam: jeśli będę cię zanudzał moimi historiami, to napisz. Mogę pisać rzadziej albo tylko na święta. Ważne, żeby nie przytłoczyć cię swoim życiem.
I jeszcze jeśli kiedyś zechcesz po prostu wpaść, tak bez okazji, będę w domu. Mam wolny taboret i czysty kubek sprawdzone.
Twój dziadek Kazio.
Sasza uśmiechnął się na wzmiankę o kubku. Wyobraził sobie kuchnię, taboret, glukometr na stole i reklamówkę ziemniaków przy kaloryferze.
Włączył aparat, zrobił zdjęcie akademickiej kuchni: zlew z naczyniami, straszna patelnia, paczka jajek, czajnik, dwie szklanki (jedna z odpryskiem), na parapecie słoik z widelcami.
Wysłał fotkę dziadkowi i dopisał:
Dziadek, cześć.
To moja kuchnia. Taborety mam dwa, kubków też ci nie zabraknie. Jak będziesz chciał wpaść tak po prostu będę w domu. No, prawie w domu.
Nie nudzisz mnie. Czasem nie wiem, co odpowiedzieć, ale to nie znaczy, że nie czytam.
Jak masz ochotę, opowiedz coś nie o pracy i nie o jedzeniu. Może coś, o czym nigdy nikomu nie mówiłeś, ale nie dlatego, że wstyd, tylko nie było z kim.
S.
Wysłał i zorientował się, że pierwszy raz w życiu zadał dorosłemu w rodzinie takie pytanie.
Telefon odłożył na stół, ekran przygasł. Na kuchence cicho skwierczała jajecznica. Z sąsiedniego pokoju przyszło ciche hehehe. Sasza przewrócił jajka, zakręcił gaz i usiadł na swoim taborecie, wyobrażając sobie, jak kiedyś siądzie dziadek naprzeciwko, w rękach kubek, na żywo snując opowieść.
Nie wiedział, czy dziadek faktycznie kiedykolwiek przyjedzie, ani co dalej. Ale świadomość, że jest ktoś, komu można wysłać zdjęcie swojej brudnej kuchni i pytanie a ty jak?, sprawiała, że zrobiło się w środku cicho i trochę ciasno.
Wziął telefon, otworzył czat i tylko popatrzył na listę wiadomości. Kratka, linia, swoje krótkie S.. Położył ekranem do dołu, by nie przeoczyć nowego powiadomienia.
Jajecznica ostygła, ale zjadł ją bez pośpiechu, jakby dzielił ją z kimś jeszcze.
Słów kocham cię nigdy nie wymienili. Ale między słowami już coś było na razie obydwóm wystarczyło.



