Ostatnie wezwanie

Ostatni dyżur

Od samego rana towarzyszyło mi dziwne przeczucie, że dziś wydarzy się coś złego.

Coś niedobrego…

Od razu zadzwoniłem do mamy, ale pani Krystyna zapewniła mnie, że wszystko u niej w porządku:

Ciśnienie jak u nastolatka, głowa nie boli. A czemu pytasz?

Tak na wszelki wypadek odpowiedziałem. Dobra, muszę się zbierać do pracy, ale jakby co dzwoń.

Dobrze.

Teoretycznie powinienem się uspokoić po rozmowie telefonicznej z mamą, ale nie poczułem ulgi i przeczucie nie minęło.

Nie mogłem zrozumieć, z czym konkretnie jest ono związane. Przecież nie było żadnych oczywistych powodów do niepokoju.

Chociaż przy mojej pracy wszystko może się zdarzyć. Zwłaszcza że dziś poniedziałek, a poniedziałki nigdy nie bywają łatwe.

Dopiłem kawę, zerknąłem na zegar; była wpół do siódmej. Szybko się ubrałem, wziąłem coś do przegryzienia i wyszedłem do pracy.

*****

Na terenie stacji pogotowia spotkałem Marka kierowcę, z którym miałem dziś spędzić całą zmianę, jeżdżąc po Krakowie. Gdy mnie zobaczył, pomachał przyjaźnie ręką, a ja tylko przytaknąłem zmęczonym ruchem głowy.

Marek, czemu taki ponury jesteś? uśmiechnął się, zapalając papierosa. Coś się stało?

Nie, Marek. Jeszcze się nic nie stało. Ale mam przeczucie, że coś się stanie zamyśliłem się.

Daj spokój Skąd ty takie myśli od rana masz? Nie wyspałeś się?

Nie odpowiedziałem.

Spojrzałem tylko w górę. Niebo było zasnute chmurami; zaraz zacznie lać jak z cebra.

Deszczu nie znoszę od dzieciństwa…

Może o to chodzi? Może po prostu przez pogodę mam zły nastrój, a nie jakieś przeczucie? uśmiechnąłem się nawet, ciesząc się, że znalazłem przyczynę swoich obaw.

Jednak już po chwili to nieznośne przeczucie wróciło ze zdwojoną siłą.

Dobrej zmiany, koledzy! krzyknęła młoda dziewczyna, przebiegając obok.

Marek aż zakrztusił się dymem, a gdy odkaszlnął, pokazał jej pięść i dziewczyna natychmiast spanikowała.

Ojej Przepraszam Wyleciało mi z głowy powiedziała zawstydzona.

To była nowa pielęgniarka, która dopiero co zaczęła pracę na stacji pogotowia, więc nie zapamiętała jeszcze, że nie powinno się życzyć dobrej zmiany załodze wchodzącej na dyżur.

To przynosi pecha.

No to teraz na pewno coś się stanie szepnąłem tak cicho, że tylko Marek mógł usłyszeć, i przeszedł mnie zimny dreszcz.

Nie gadaj głupot mruknął Marek, wrzucając niedopałek do metalowego kosza.

*****

Nerwowo przygryzałem wargę, za każdym razem gdy dyspozytorka wysyłała przez tablet kolejny adres i przez głośnik informowała o powodzie wezwania karetki:

Mężczyzna, 35 lat, skarży się na silny ból głowy. Są podejrzenia udaru.

Tego mi jeszcze brakowało pomyślałem. Jasne, lekarze pogotowia muszą być gotowi na wszystko, ale

Każde wezwanie bardzo przeżywałem, zwłaszcza te, które mogły skończyć się śmiercią pacjenta. W przypadku udaru to nic trudnego.
A już zwłaszcza dziś…

Na szczęście u mężczyzny, do którego dotarliśmy, nie było żadnego udaru.

Zawiły mu się słowa, bo imprezował do białego rana z okazji urodzin kolegi, a głowa bolała go od kaca. Dałem mu tabletkę i poradziłem, żeby się dobrze wyspał.

A jak piwa się napiję, to pomoże? zapytał, trzymając się za głowę z nadzieją w głosie.

Broń Boże! Będzie jeszcze gorzej. Chcesz żyć długo i szczęśliwie rzuć całkiem alkohol.

Kiedy wyszedłem z jego mieszkania, odetchnąłem z ulgą, że nic złego się nie wydarzyło.

Może Marek miał rację i to moje złe przeczucie, o którym mu opowiadałem w drodze, to po prostu chroniczne zmęczenie i stres? właśnie zaczynałem się uspokajać, gdy znów odezwała się dyspozytorka i skierowała nas na cmentarz.

Gdzie?! zdziwił się Marek.

Na cmentarz odpowiedziałem ponuro, mocniej ściskając w ręku tablet.

Tam, na krakowskim cmentarzu, dziś żegnano jakiegoś znanego artystę pochodzącego z naszego miasta (co dziwne, nigdy o nim nie słyszałem).

Ludzi było mnóstwo.

Młodzi i starzy, mężczyźni i kobiety, jedni w zadumie, inni płakali. Ktoś wspominał zmarłego dobrym słowem.

Co chwilę czekałem, że coś się wydarzy. Marek dużo palił.

Ale nic się nie wydarzyło, na szczęście nikt nie potrzebował pomocy pogotowia.

Później były jeszcze inne wezwania, ale zupełnie rutynowe, takie, które zdarzają się na co dzień.

Nawet się nie obejrzałem, a dwanaście godzin minęło i dyżur dobiegał już końca.

Jeszcze jakieś dziesięć minut i wracamy na ukochaną stację.

Marzyłem tylko żeby wrócić do domu, wziąć szybki prysznic i od razu spać. A jutro nowy dzień, może będzie lepszy niż dziś.

Na wszelki wypadek po raz dziesiąty zadzwoniłem do mamy, żeby zapytać, jak się czuje.

Wszystko dobrze odpowiedziała pani Krystyna. Zaraz zjem kolację i będę oglądała telewizję.

I co, jak mama? spytał Marek, gdy schowałem telefon do kieszeni.

Wszystko w porządku.

Widzisz! uśmiechnął się szeroko. A mówiłem ci, że nic złego się dziś nie stanie. Tylko marudziłeś, że czujesz coś niedobrego

Nadal to czuję, Marek Nie wiem, naprawdę, co mnie tak dręczy.

Powinieneś sobie jakiegoś zwierzaka sprawić, świetnie pomagają na stres.

Ty poważnie?

No jasne! Ja mam w domu kota Bazylego. Jak wracam po dyżurze, wskakuje mi na kolana, mruczy, i od razu robi się lepiej, wszystkie złe myśli odlatują. Śpię wtedy jak niemowlę.

Marek, z moim grafikiem żadne zwierzę mi nie przeżyje Jak mam po dwadzieścia cztery godziny na dyżurach być, kto by się nim opiekował? Ty masz żonę, dzieci, a ja mieszkam sam.

Chciałem coś jeszcze dodać, ale nagle zabrzęczał tablet i usłyszałem głos dyspozytorki:

Michał, przepraszam, ale zmiana się jeszcze nie skończyła. Przyjmij ostatnie wezwanie: ulica Mickiewicza 23, mieszkanie chwileczkę

Nie czterdzieści osiem? spytałem.

Tak, Michał, masz rację mieszkanie 48. Skąd wiesz? zdziwiła się dyspozytorka.

Tam mieszka pan Stanisław Gajewski. Często do niego jeżdżę. Co się stało, znowu na serce narzeka?

Usłyszałem, jak dyspozytorka ciężko wzdycha i nagle zrobiło mi się trudno…

Zmarł, Michał Podobno rano. Policja już jest na miejscu, wy też musicie być. Sam wiesz po co

Wiem odpowiedziałem jakoś dziwnie.

Drżącą ręką odłożyłem tablet na kolana i spojrzałem na Marka, który już wszystko usłyszał.

Nic nie mówił, tylko potem dodał:

Szkoda pana Stanisława. Z twoich opowieści dobry z niego był człowiek. Ale Michał, nie obwiniaj się, nikt cię nie zmusiłby do pojechania, a on sam nie chciał jechać do szpitala. Sam tego nie chciał Rozumiesz?

Mmm

Oparłem się o fotel i na chwilę zupełnie odpłynąłem.

*****

Pana Stanisława poznałem półtora miesiąca temu. Sam wezwał pogotowie, bo bardzo bolała go klatka piersiowa.

Mieszkanie otwarte, proszę wchodzić mówiła wtedy dyspozytorka.

Dobrze.

Gdy tylko przekroczyłem próg, w przedpokoju przywitał mnie malutki szczeniak. Malutki, ledwo mieścił się w dłoni.

Najpierw śmiesznie na mnie warczał, potem zaczął szczekać, a dopiero po chwili, gdy pan Stanisław go zawołał, pobiegł do pokoju, machając ogonkiem.

Znalazłem go na ulicy, przygarnąłem. Teraz pilnuje mnie, jak może uśmiechnął się starszy pan, próbując wstać z łóżka.

Leżeć, leżeć zatrzymałem go. A szczeniak fantastyczny. Sam bym takiego przygarnął, gdybym mógł.

A czemu nie możesz?

Różne są powody. Ale nie o mnie rozmawiajmy, panie Stanisławie. Co pana boli, jak długo, czy się pan leczy?

Senior odpowiedział na wszystkie pytania. Okazało się, że problemy zaczęły się rok temu, gdy zmarła jego żona. Leczył się w przychodni, ale to niewiele dawało, więc…

Wie pan, gorzej się czuję w tej kolejce do lekarza niż w domu. A ból Czasem minie sam.

Może pan opisać ten ból dokładniej?

Nie ma czego opisywać. Poszczypie i przestaje. Czasem wypiję validol, czasem korwalol i przechodzi.

To nie jest żadna terapia uśmiechnąłem się. Zrobimy EKG.

Rzeczywiście, na EKG były nieprawidłowości. Chciałem już kierować go do szpitala, ale stanowczo odmówił.

A co z Brysiem? Komu go zostawię? Dajcie mi jakąś tabletkę albo zastrzyk.

Panie Stanisławie, to tylko na chwilę pomoże. Naprawdę powinien pan pojechać do szpitala.

A inni lekarze zawsze tak robili: zastrzyk, tabletka i do widzenia. Żyję, widzi pan. Do szpitala nie pojadę, jak trzeba, to podpiszę odmowę.

Nigdy nie udało mi się go przekonać. Ani wtedy, ani podczas kolejnych odwiedzin.

Traf chciał, że sam przyjeżdżałem do niego na każde wezwanie. Pan Stanisław dzwonił chyba raz w tygodniu.

Wie pan, kiedyś przestawało boleć, teraz nie mówił. Bóle silniejsze, a leczenia brak.

Bo te choroby nie stoją w miejscu, robi się coraz gorzej. Może da się pan namówić na szpital?

Przepraszam, Michał, nie mogę odpowiedział, tuląc do siebie szczeniaka. On jest jeszcze taki mały.

A jak coś się panu stanie, to na kogo go pan wtedy zostawi? zapytałem.

Nie stanie się! A jak Jeśli się stanie, wierzę, że ktoś się nim zaopiekuje. Z sąsiadką się umówiłem, wie nawet, gdzie leżą pieniądze.

Pieniądze? Dlaczego?

Po co? Żeby miała za co mu kupić karmę. Ludzie nie biorą psów z ulicy, bo boją się kosztów.

Był naprawdę dobrym człowiekiem.

I oto znów jadę do pana Stanisława, tym razem już nie pogawędzę z nim tak, jak kiedyś. Żal…

Ostatni dyżur naprawdę okazał się ostatnim.

I szczerze mówiąc, nie mogę się zgodzić z Markiem, który wciąż powtarzał, że nie mam w sobie winy. Mam! Powinienem go przekonać do wyjazdu do szpitala. Powinienem…

Michał, jesteśmy z zadumy wyrwał mnie ciężki dłoń Marka na ramieniu.

Co? nie od razu załapałem.

Jesteśmy, mówię.

Nogi jak z waty zaniosły mnie na trzecie piętro, wszedłem do mieszkania, gdzie już była policja i sąsiadka pani Zofia, którą poznałem podczas jednej z poprzednich interwencji.

Podczas jednego z wezwań pana Stanisława zasłabł na ulicy, trzymając Brysia na rękach, i poprosił ją, by zadzwoniła po karetkę. Od tamtej pory ją znałem.

Dzień dobry, panie Michale.

Dzień dobry, pani Zofio powiedziałem cicho. To pani wezwała policję?

Tak, oczywiście. Bo nie miał kto. Piesek jego ujadał od samego rana. Zdziwiło mnie tylko, że pan Stanisław nie wyszedł z nim na spacer jak zwykle. Ale pomyślałam: a może nie ma ochoty. Potem pojechałam na działkę, a wróciłam dopiero wieczorem i Bryś dalej ujadał. No to zadzwoniłam na policję. Policjant przyszedł z konserwatorem z administracji, otworzyli drzwi, a tam… wskazała na drzwi do sypialni.

Rozumiem, dziękuję.

Wszedłem do sypialni, długo patrzyłem na pana Stanisława i z trudem powstrzymywałem się od łez. Wypełniłem zaświadczenie, aż nagle…

…coś sobie przypomniałem i zacząłem rozglądać się po mieszkaniu poszedłem do kuchni, do łazienki, nawet na balkon.

Przepraszam, czego pan szuka? spytał policjant.

Powinien tu być szczeniak, ale nie widzę go nigdzie. Widział go pan?

Czarnawy taki? Był tu, kręcił się, szczekał na nas, warczał zaśmiał się policjant i zaraz spoważniał. Sąsiadka go wzięła chyba do siebie.

Dzięki Bogu! odetchnąłem z ulgą.

Przestraszyłem się, że wyrzucili Brysia na ulicę. Pan Stanisław bardzo go kochał i na pewno by się załamał, gdyby wiedział, że do tego doszło…

Pożegnałem się z policjantem, wyszedłem i zajrzałem na chwilę do pani Zofii, która już wcześniej wyszła rzekomo załatwić coś pilnego.

Michał? zdziwiła się sąsiadka. Stało się coś?

Chciałem tylko podziękować pani, że zabrała Brysia. Jak on się trzyma?

Kto?

Piesek… U pani jest, prawda?

A, ten psiak? dotarło do niej. Nie zabrałam go do siebie. Po co mi on?

Ale policjant mówił, że pani go zabrała.

No tak, zabrałam ale potem wypuściłam na dwór. Cały czas szczekał, nawet na policjanta się rzucał, więc stwierdziłam, że na zewnątrz poczuje się lepiej niż w pustym mieszkaniu. Poza tym sama miałam już ból głowy od jego szczekania.

To znaczy… wyszła pani z nim na dwór?

Nie wyrzuciłam, tylko wypuściłam. Tutaj nie miałoby sensu go trzymać. Właściciel już nie żyje.

Ale pan Stanisław mówił, że się z panią umawiał, nawet pieniądze przygotował, żeby miała pani za co kupić mu karmę.

Pani Zofia wyraźnie spoważniała, jej twarz pobladła, potem się zmarszczyła.

Nie wiem, o czym pan mówi, żadnej umowy nie miałam z panem Stanisławem i o żadnych pieniądzach nie wiem.

Ale mówił mi…

Przepraszam, ale nie mam teraz czasu na rozmowy. A piesek… Jak będzie chciał żyć, to przeżyje. Są jeszcze dobrzy ludzie, ktoś go może przygarnie.

*****

Szybko zbiegłem po schodach i wybiegłem na zewnątrz. W tym czasie zaczęło już mocno padać.

Początkowo był to tylko drobny deszcz, ale z każdą minutą stawał się silniejszy.

Michał, co ty robisz pod deszczem?! zawołał Marek. Chodź do auta, przemokniesz!

Podszedłem do karetki, wrzuciłem w środku skrzynkę z lekami, po czym…

…zamknąłem drzwi z powrotem.

Michał, co ty wyprawiasz? zdziwiony Marek wyszedł z auta.

Marek, jedź z powrotem na stację, nasza zmiana już skończona. Ja muszę jeszcze coś zrobić.

Co?

Znaleźć szczeniaka.

Jakiego szczeniaka, możesz mi to wyjaśnić?

W kilku słowach opowiedziałem, o co chodzi. Marek tylko pokiwał głową, zaciągając się papierosem.

Bryś nie mógł daleko odejść. Musi być gdzieś blisko, rozumiesz? Ty wracaj na stację, a ja go znajdę sam.

Marek rzucił niedopałek na jezdnię i rozdeptał butem, spojrzał na mnie:

Nie, nie zostawię cię tu samego. Zaraz się ściemni. Razem poszukamy tego twojego psiaka.

Zwariowałeś? Zostawisz auto?

Michał, nie gadaj. Nikt się nie dowie, a nic złego się nie stanie.

We dwóch przez kilka minut przeszukiwaliśmy całe podwórko. Brysia nie było widać. Po chwili dołączył do nas policjant, który wyszedł z klatki i widząc nas, zapytał, co robimy.

Dołączył do poszukiwań, a ja nie oponowałem; szczerze mówiąc, byłem mile zaskoczony.

Mam go! usłyszałem radosny krzyk Marka i pobiegłem w jego stronę.

Policjant również podążył szybko za mną.

No popatrz tylko. Znalazłem go, a on nie dość, że nie podziękuje, to jeszcze na mnie warczy! żartował Marek, stojąc przy ławce naprzeciwko bloku pana Stanisława.

Kiedy podbiegłem do niego, odetchnąłem z ulgą. Pod ławką rzeczywiście siedział Bryś.

I rzeczywiście warczał na Marka, pilnując dystansu.

Bryś, mój kochany! niemal się rozpłakałem z radości. A może i naprawdę płakałem, ale łzy mieszały się z kroplami deszczu spływającymi po policzkach. Poznałeś mnie, Brysiu?

Oczywiście mnie poznał. Tego pana, który często odwiedzał jego pana i nawet czasem częstował obiadem.

Wyszedł spod ławki, spojrzał na mnie smutnymi oczami i cicho zapiszczał.

Wiem, maluchu, wiem Nasz pan Stanisław odszedł. Już go z nami nie ma.

Marek odwrócił wzrok, żeby ukradkiem przetrzeć oczy. Nigdy nie płakał publicznie, ale dziś się nie powstrzymał. Policjant spojrzał w niebo, bo mężczyznom nie wypada płakać.

Zwłaszcza mężczyznom w mundurze.

Nie zastąpię ci twojego pana, ale powiedziałem do Brysia. Ale spróbuję, mój maluchu. Idziesz ze mną?

I Bryś poszedł.

Bo czuł, że jestem dobrym człowiekiem i nic złego mu nie zrobię.
A poza tym bardzo nie lubił deszczu…

*****

Na początku trochę się martwiłem, czy dam sobie radę, ale z pomocą przyszła mama.

Gdy byłem na dyżurze, pani Krystyna przychodziła do mnie, karmiła Brysia i wychodziła z nim na spacer.

A gdy miałem wolne, chodziliśmy wszyscy razem do parku ja, mama i mój ukochany pies.

Nie żałowałem ani trochę, że przygarnąłem tego nieszczęśliwego i niechcianego szczeniaka.

Bo teraz moje życie nabrało sensu, a ja zacząłem rozumieć pana Stanisława, chociaż jako lekarz nie mogłem się zgodzić, że unikał leczenia.

Za jakiś czas do tej naszej małej rodziny dołączyła jeszcze jedna osoba.

Ten sam policjant, którego poznałem w mieszkaniu pana Stanisława i który pomagał szukać Brysia. Wpadłem mu w oko od razu, ale okoliczności naszego poznania, delikatnie mówiąc, nie sprzyjały kontynuacji znajomości.

Gdy Wojtek odwiedził mnie po raz pierwszy z bukietem kwiatów, w progu powitał go… Bryś.

Najpierw dokładnie go obwąchał, spojrzał uważnie od dołu do góry, a potem raz głośno szczeknął test zaliczony, można wejść.

To znaczy, że mojemu ukochanemu panu już nic nie grozi. No chyba, że szczęście, którego tak długo szukałem.

Długo myślałem, dlaczego to przeczucie nie chciało mnie opuścić, dlaczego nie umiałem tego zlekceważyć, zamknąć gdzieś głęboko. Chyba po prostu los chciał dać mi nauczkę i pokazać, że trzeba być uważnym na to, co nas otacza. Czasem nawet najzwyklejszy poniedziałek może zmienić całe życie jeśli tylko ma się odrobinę serca, nie tylko dla siebie, ale i dla innych.

Oceń artykuł
TwojaCena
Ostatnie wezwanie