Mam 60 lat i nie zapraszam już do swojego domu ani przyjaciół, ani rodziny. Wielu sądzi, że jestem z…

Słuchaj, mam już sześćdziesiątkę na karku i szczerze? Nie spodziewam się, że mój dom jeszcze kiedykolwiek będzie pełen znajomych czy rodziny. Wielu moich dawnych bliskich twierdzi, że jestem za bardzo wyniosła, ale szczerze mówiąc mam to gdzieś. Już dawno przestałam się przejmować, co sobie o mnie pomyślą.

Największym powodem, przez który zrezygnowałam z zapraszania ludzi do siebie, jest po prostu moje lenistwo. Kiedyś całe przygotowania do wizyty to był totalny maraton sprzątanie, gotowanie, szykowanie stołu. Dzisiaj po prostu nie mam ani ochoty, ani kasy, żeby się tak szarpać. Przecież jeśli chcemy się spotkać, zawsze możemy siąść w kawiarni na rynku, napić się dobrej kawy i spokojnie pogadać. Naprawdę nie widzę potrzeby, żeby wszystko musiało się odbywać w domu.

A drugi powód? Energia, jaką ludzie przynoszą ze sobą. Nie każdy, kto przychodzi w odwiedziny, ma czyste intencje i dobre myśli. Nie potrzebuję w swoim domu cudzych problemów, smutków i kłopotów. Po każdej takiej wizycie czułam się wyssana z energii, zmęczona psychicznie, czasem nawet w nocy nie mogłam spać. Odkąd postawiłam granice i przestałam kogokolwiek wpuszczać przez próg, zniknęły moje koszmary i bezsenne noce.

Emerytura to inna bajka czasem zwyczajnie się nudzę w czterech ścianach i marzę, żeby wyjść, zobaczyć coś nowego, złapać oddech. No i po co mi dylematy, czy dobrze przyjęłam gości, czy się nie obrażą, czy mieszkanie jest wystarczająco wysprzątane? Ludzie wychodzą, a ja zostaję z górą naczyń, rozlanej kawy i chaosem do ogarnięcia dziękuję, postoję!

Wiesz, mieszkam w Krakowie i tu naprawdę nie brakuje miejsc, gdzie można miło spędzić czas: kawiarnie w Podgórzu, knajpki na Kazimierzu, galerie sztuki. Bez sensu, żeby całe życie zamykać się w domu i zapraszać wszystkich do siebie na imieniny czy urodziny. Teraz wolę korzystać z miasta, spotykać się na neutralnym gruncie i cieszyć się życiem, zamiast biegać z mopem i martwić się o dywan.

Mój dom teraz to moja przystań. Nikogo nie muszę tam gościć, jeśli nie mam na to ochoty. Jeśli ktoś powie, że jestem aspołeczną dziwaczką, to jego sprawa ja wiem swoje. Czuję się z tym naprawdę dobrze.

A Ty, masz podobnie?

Oceń artykuł
TwojaCena
Mam 60 lat i nie zapraszam już do swojego domu ani przyjaciół, ani rodziny. Wielu sądzi, że jestem z…