Dobrze się ustawiła

Małgosiu, pamiętasz, że w niedzielę idziemy na urodziny do mamy? zapytał mój mąż przy śniadaniu.

„Pewnie, że pamiętam… Trudno by było zapomnieć, skoro powtarzaliście mi to już kilka razy! Teściowa też od tygodnia przypomina niemal codziennie… Chciałbyś nie zapomnisz…” takie myśli przemknęły mi przez głowę, ale tylko się uśmiechnąłem i powiedziałem:

Pamiętam, Stasiu, pamiętam… westchnąłem cicho. Ostatnio spotkania z teściową to była dla mnie istny koszmar. Pani Jadwiga od zawsze miała niezadowoloną minę. I szczerze mówiąc, nie rozumiałem, czym jej się nie podobałem. Kocham jej syna, dzieci mu urodziłam, dom prowadzę jak należy. No ale, jak to mówią, każdemu się nie dogodzi…

…Poznaliśmy się ze Stasiem bardzo zwyczajnie, na miarę dzisiejszych czasów przez internet. W jakiejś facebookowej grupie o zdrowym odżywianiu. Ja zamawiałem sobie witaminy, on białkowe batony. Od słowa do słowa, rozmowa przeniosła się na Messenger, zaczęło się od lajków pod zdjęciami, a potem zrodziło się z tego coś prawdziwego… Ślub wzięliśmy po siedmiu miesiącach.

Małgosiu, będę naprawdę świetnym ojcem! Słowo daje! I chcę mieć dużo dzieci, cztery! Dwóch chłopaków i dwie dziewczyny. Wiesz, jeden to za mało, jeszcze wyrośnie na egoistę. Jak ich więcej, będą zgrani, dobrzy ludzie z nich wyrosną.
Oj daj spokój… uśmiechnęła się Małgosia. Ty byłeś jedynakiem i wcale egoistą nie jesteś…
Bo ja to przecież wyjątek! mrugnął do mnie i pocałował mnie w policzek.

Na pierwszym spotkaniu z mamą Stasia, panią Jadwigą, przywitała mnie surowym spojrzeniem belferki i ściągniętymi, mocno podkreślonymi brwiami. Cały obiad przepytywała mnie o rodzinę, wykształcenie. Gdy usłyszała, że nie jestem warszawianką, tylko studentką z wielodzietnej rodziny z Lublina i wychowywała mnie tylko mama, wyraźnie posmutniała i resztę obiadu milczała, pogrążona w zadumie nad talerzem.

Wesele mieliśmy okazałe, w dobrze znanej restauracji w Warszawie. Z Lublina przyjechała moja mama, dwie siostry i trzech braci. Wszyscy młodzi, energiczni, głośni. Było wesoło, hucznie, ze Stasiem nie odchodziliśmy od siebie na krok, jak dwa gołąbki…

Po dwóch miesiącach powiedzieliśmy rodzinom, że spodziewamy się dziecka. Stasiu był wniebowzięty. Moje rodzeństwo zasypało nas życzeniami, moja mama aż się popłakała ze wzruszenia. Ale pani Jadwiga tylko westchnęła i zacisnęła już i tak wąskie usta.

Tak się śpieszycie z tymi dziećmi? Jeszcze byście trochę pożyli dla siebie, nacieszyli się małżeństwem. Przecież wy sami jeszcze dzieci…
Mamusiu, najdroższa, zaraz zostaniesz babcią, jak Ty możesz się nie cieszyć! To takie szczęście! Stasiu rozpromienił się i złapał mamę za ręce, po czym zaczął z nią tańczyć po pokoju. Pani Jadwiga tylko się odsunęła, niezbyt zadowolona.

Na czas urodziła nam się zdrowa, śliczna dziewczynka, podobna do Małgosi. Stasiu aż promieniał z radości. Małgosia w macierzyństwie odnalazła swoje szczęście i całym sercem oddała się prowadzeniu domu. Mąż dobrze zarabiał i mogłaby sobie pozwolić na pomoc domową, nianię, ale wolała wszystko robić sama. Sprawdzała się jako matka i gospodyni. Stasiu również pomagał przy wszystkim, gdy tylko miał chwilę wolnego: i na spacer z córką poszedł, i nakarmił, nawet pieluchy potrafił zmieniać.

Na pierwsze urodziny naszej córeczki, Zosi, dokładnie tego dnia dowiedzieliśmy się, że rodzina znów się powiększy. Stasiu marzył o synu i jego życzenie się spełniło dziewięć miesięcy później urodził się Franek.

Małgosi zrobiło się ciężko ze wszystkim naraz, więc zatrudnili pomoc domową i nianię, aby mogła w pełni zająć się dziećmi. Była szczęśliwa, dogadywało jej się w życiu, Stasiu ją uwielbiał, dzieci kochał, a życie mieli dostatnie i spokojne. Powinno być sielankowo, gdyby nie łyżka dziegciu w beczce miodu. Teściowa, pani Jadwiga.

Stasiek, powiedz, dlaczego twoja mama mnie tak nie cierpi? Mam wrażenie, że nawet wnuków specjalnie nie lubi. O co jej chodzi, umiesz mi to wytłumaczyć?
Małgosiu, nie zwracaj uwagi. Mama zawsze była trudna, ma swój świat, do którego nikt nie ma wstępu. Najważniejsze, że ja cię bardzo, bardzo kocham…

Dzieci rosły, interesy Stasia kwitły, układało nam się wręcz wzorowo. Ja byłem szczęśliwy, że przed laty zgodziłam się na spotkanie z chłopakiem poznanym przez internet… Dzisiaj to ojciec moich dzieci i moja prawdziwa miłość.

Kiedyś wybraliśmy się sami zostawiając dzieci pod opieką niani na spektakl do Teatru Narodowego. Małgosia kochała teatr, to była jej pasja. Usiadła wygodnie, wyjęła mały lornetkę teatralną i już chciała zanurzyć się w przedstawieniu, gdy nagle poczuła się źle…

Stasiek, źle mi… Może ten sałatka z tej knajpy, czymś mi nie leżała…

Próbowała się uspokoić, piła wodę, ale czuła się coraz gorzej. Z żalem opuścili salę i wrócili do domu. W domu Małgosia położyła się i po pół godzinie poczuła się lepiej, lecz po godzinie postanowiła zrobić test ciążowy na wszelki wypadek. Wynik był pozytywny.

Małgosiu! To niesamowite! Troje dzieci! Zawsze o tym marzyłem! Stasiu niemal tańczył z radości.
Trójka to oczywiście fajnie, ale nie za wcześnie? Franek i Zosia są jeszcze tacy mali… odparła Małgosia nieco przestraszona.
A co znaczy za wcześnie? To nasze dzieci, damy radę! Poza tym, matka będzie w szoku Na jej urodzinach powiemy o tym w ramach prezentu!

„Nie sądzę, żeby teściowa się ucieszyła. Już się dziwnie na mnie patrzy, a teraz to pewnie powie, że mnożymy się jak króliki, a może i jeszcze ostrzej…” pomyślałam, ale tylko uśmiechnęła się do Stasia i pokiwała głową. Oby się udało!

W słoneczną, niedzielną południe całą rodziną pojechaliśmy do pani Jadwigi na urodziny, po drodze kupując kwiaty i ciasto. Weszliśmy pół godziny spóźnieni.

Teściowa przywitała nas w drzwiach z szerokim uśmiechem i zapachem drogich francuskich perfum, całowała syna, mnie i wnuczki, zapraszając do stołu.

Goście już się rozkręcili, było wesoło i gwarno. Nas, spóźnialskich, zmuszono do wzniesienia toastu za solenizantkę. Stasiu ochoczo podjął się roli:

Kochana nasza mamusiu i babciu! Wszystkiego najlepszego z okazji Twoich urodzin, zdrowia i szczęścia! A my, Twoje dzieci, będziemy się starać, abyś była zawsze uśmiechnięta. A teraz, czas na prezent i niespodziankę! podszedł do matki, wręczył jej ozdobne pudełko z bransoletą z białego złota wysadzaną brylantami, a na to położył małą białą kopertę. Potem ucałował ją i usiadł, obserwując reakcję matki.

Nie trwało to długo.

Pani Jadwiga pogładziła pudełko, otworzyła, rzuciła okiem, odłożyła. Potem sięgnęła ciekawie po kopertę. Wyjęła z niej karteczkę z wynikiem testu i z każdą sekundą twarz jej twardniała. W końcu z nieukrywanym wstrętem odrzuciła test na podłogę i zwróciła się do mnie.

To jest ten twój prezent… No jasne, nic innego nie potrafisz dać! Poza rodzeniem dzieci jak królik, do niczego się nie nadajesz! Ile można w kółko chodzić w ciąży? To już przesada! W ogóle dobrze ci się urządziło siedzisz sobie w domu, dzieci rodzić, a mój syn zapracowuje się na waszą gromadkę. I tu jeszcze pomoc domowa, i niania… Pasożyt po prostu! powiedziała cicho, ale z wielką złością w głosie.

Zapadła niezręczna cisza. Goście pogrążyli się w talerzach, ale co rusz zerkali, ciekawi rozwoju sytuacji.

Stasiu pobladł jak ściana, a jego usta drżały od żalu i złości. Odwrócił się do matki z wyrzutem:

Co ty mówisz, mamo… Nie mogę uwierzyć, że słyszę to od ciebie. Jakby to był zły sen. Ile ty jeszcze zdołałaś w sobie ukryć, ile wytrzymywałaś nas z trudem? Myślałem, że mnie kochasz, że kochasz swoje wnuki. A to tylko kręci się wokół ciebie…

Zebrał się, wstał od stołu, ja za nim z trudem powstrzymując się przed płaczem. Szybko ubraliśmy dzieci i wyszliśmy z mieszkania, w którym teściowa nawet na nas nie spojrzała, a goście nadal zachowywali pełne napięcia milczenie.

W samochodzie Małgosia się rozkleiła. Płakała cicho, żeby nie przestraszyć dzieci. Łzy płynęły jej po policzkach, a Stasiu od czasu do czasu spoglądał na nią z troską i ciężko wzdychał. Widać było, jak bardzo to przeżywa.

Po powrocie do domu ledwo rozmawialiśmy między sobą. Dopiero, gdy dzieci zasnęły, zasiedliśmy w kuchni przy herbacie, by spróbować wszystko przemyśleć…

Wiesz, Małgosiu odezwał się Stasiu cały czas to analizowałem… I zrozumiałem, że to nie twoja wina. Gdyby nie ty, znalazłaby coś innego: czepiłaby się kogoś, obiadów, bałaganu… Ona po prostu zawsze była zazdrosna. Mama wychowywała mnie sama, ojca nigdy nie było, alimentów nie płacił. Ona harowała, by mnie utrzymać i ubrać. Teraz widzi, że ty masz wszystko dom, dzieci, męża przy tobie. I po prostu nie może znieść czyjegoś szczęścia, nawet jeśli to szczęście syna… Spróbuj jej wybaczyć, bądź ponad to. Tylko tak, w duchu. Może kiedyś będzie lepiej…

Jeszcze długo siedzieliśmy przy lampce w kuchni, każdy zamyślony. Stasiu rozmyślał, jak mało znał własną matkę i jak bardzo mu wstyd przed innymi. Ja myślałem, że wybaczę teściowej, ale spotykać się z nią nie chcę przynajmniej na razie. Co będzie, czas pokaże.

Jedno mieliśmy wspólne naszą miłość i nasze dzieci. I to jest w życiu najważniejsze. Teraz wiem, że nie da się wszystkich uszczęśliwić, ale szczęście budujemy przede wszystkim we własnych czterech ścianach. I tylko to się liczy.

Oceń artykuł
TwojaCena
Dobrze się ustawiła