Późny prezent
Autobus szarpnął nagle, a ja, Anna Majewska, złapałam się oburącz poręczy, czując pod palcami szorstkość starego plastiku. Siatka z zakupami uderzyła mnie w kolana, jabłka głucho przesunęły się w środku. Stałam przy wyjściu, licząc przystanki do swojego.
W uchu cicho szumiał słuchawka, wnuczka nalegała: Babciu, nie wyłączaj, bo może zadzwonię. Telefon miałam w zewnętrznej kieszeni torebki, ciężki jak cegła. Sprawdziłam jeszcze odruchowo, czy zamek na pewno zapięty.
Już widziałam siebie w mieszkaniu: odstawiam siatkę na stołek w przedpokoju, przebieram buty, odwieszam płaszcz, starannie składam szalik. Potem rozpakuję zakupy, wstawię rosół. Wieczorem wpadnie Tomek, syn, zabierze słoiki. On ma zmianę na kolei, nie ma czasu gotować.
Autobus zahamował, drzwi się rozsunęły. Ostrożnie zeszłam po stopniach, trzymając się poręczy, i wyszłam na swoje podwórko. Dzieciaki grały w piłkę, jedna dziewczynka na hulajnodze prawie mnie potrąciła, ale w ostatniej chwili skręciła. Od klatki schodowej ciągnęło kocim żwirkiem i papierosami.
W przedpokoju odstawiłam zakupy, zdjęłam botki i wsunęłam je noskiem do ściany. Płaszcz na hak, szalik na półkę. Na kuchennym stole rozłożyłam produkty: marchewki do skrzynki z warzywami, kurczaka do lodówki, chleb do chlebaka. Wzięłam garnek, nalałam tyle wody, by cały dół przykryła mi dłoń.
Zadzwonił telefon na stole. Wytarłam ręce o ściereczkę, podsunęłam aparat.
Halo, Tomek? powiedziałam, pochylając się lekko, jakby to miało poprawić słuch.
Cześć, mamo. Jak się czujesz? Syn brzmiał jakby się spieszył, w tle słyszałam czyjeś rozmowy.
Dobrze, gotuję rosół. Przyjdziesz?
Tak, za jakieś dwie godziny. Mama, mamy znowu składkę w przedszkolu, na remont sali. Mogłabyś tak jak ostatnio?
Już sięgałam do szuflady, gdzie trzymałam zeszyt z wydatkami.
Ile potrzeba? spytałam.
Jakby się dało trzysta złotych. Wszyscy się zrzucają, ale wiesz, ciężko teraz.
Rozumiem odpowiedziałam. Dobrze, dam.
Dzięki, mamo. Jesteś kochana. Wieczorem podskoczę i po twój rosół.
Odłożyłam słuchawkę. Woda zaczynała już bulgotać. Wrzyciłam kurczaka, posoliłam, wrzuciłam liść laurowy. Usiadłam przy stole, otworzyłam zeszyt. W rubryce emerytura wypisana długopisem suma. Pod spodem: opłaty, leki, wnuki, niespodziewane.
Wpisałam przedszkole, przez chwilę zatrzymałam długopis. Kwoty przesunęły się w dół, nie zostało tyle, ile bym chciała. Ale nie była to tragedia. Jakoś damy radę pomyślałam i zamknęłam zeszyt.
Na lodówce wisiał magnes z małym kalendarzem, na dole reklama: Dom Kultury Karnety na sezon. Muzyka klasyczna, jazz, teatr. Zniżki dla seniorów. Ten magnes dała mi sąsiadka, Halina, kiedy przyniosła sernik na urodziny.
Kilka razy już łapałam się na tym, że czytam tę reklamę, czekając aż zagotuje się czajnik. Dziś znowu zatrzymałam wzrok na słowie karnety. Przypomniało mi się, że przed ślubem z przyjaciółką chodziłyśmy do filharmonii. Bilety kosztowały grosze, ale trzeba było stać w długiej kolejce. Marzłyśmy, stukałyśmy butami, śmiałyśmy się. Miałam wtedy długie włosy związywane w kok, najładniejszą sukienkę i jedyne szpilki.
Wyobraziłam sobie teraz salę koncertową, której nie widziałam od lat. Wnuki zabierają mnie na przedstawienia, ale to nie to samo. Tam jest hałas, konfetti, krzyki. Tu właściwie nie wiedziałam, co teraz grają, kto tam chodzi.
Odpięłam magnes, odwróciłam. Z tyłu był numer telefonu i strona internetowa. Strona nic mi nie mówiła, ale numer Przyłożyłam magnes na miejsce, a myśl nie chciała odejść.
Głupstwa zganiłam się w duchu. Lepiej odłożyć wnuczce na kurtkę. Rośnie szybko, wszystko drogie.
Zdjęłam rosół z gazu, wróciłam do kuchennego stołu. Zamiast zeszytu wyjęłam z szuflady stary kopert, gdzie trzymałam pieniądze na czarną godzinę. Kilka banknotów odłożonych z ostatnich miesięcy. Niewiele, ale wystarczy na naprawę pralki, jeśli się zepsuje, na badania.
Przebierałam palcami te papierki, liczyłam w myśli. Wracała reklama z magnesu.
Wieczorem przyszedł Tomek. Zdjął kurtkę, odłożył na krzesło, wyciągnął plastikowe pojemniki.
O, barszcz! ucieszył się. Mamuniu, jak zwykle najlepszy. Jadłaś?
Jadłam, jadłam. Nakładaj sobie. Pieniądze mam przygotowane wyjęłam kopertę, odliczyłam trzysta złotych.
Mama, może byś zapisywała, ile ci zostaje? powiedział, biorąc banknoty. A jak potem zabraknie?
Zapisuję, wszystko mam w zeszycie.
No, ty nasz księgowy uśmiechnął się. W sobotę możesz znów do nas wpaść? Z Anią musimy do sklepu, dzieci nie ma z kim zostawić.
Jasne, co niby mam innego do roboty.
Pogadaliśmy chwilę o pracy, o szefie, o zmianach w przepisach. Ubierając się w przedpokoju, zatrzymał się jeszcze:
Mama, a ty sobie coś kupujesz? Bo widzę, tylko wnukom, nam
Wszystko mam, synku. Dla siebie już nic nie trzeba.
Machnął ręką:
Wiesz najlepiej. Wpadnę w tygodniu.
Za nim zamknęły się drzwi, w mieszkaniu zapadła cisza. Pozmywałam naczynia, otarłam stół. Spojrzałam znów na magnes. W uszach brzmiało jego pytanie: A ty sobie coś kupujesz?
Rano długo leżałam patrząc w sufit. Wnuki w przedszkolu i szkole, Tomek w pracy. Dzień wolny, choć cały zapisany drobiazgami: podlać kwiatki, przetrzeć podłogę, posegregować stare gazety.
Zrobiłam gimnastykę jak zaleciła lekarka: ręce w górę, rozciąganie, krążenie głowy. Wstawiłam wodę na herbatę, wsypałam liście do kubka. Stojąc w kuchni znowu zdjęłam magnes.
Dom Kultury. Karnety
Wykręciłam numer z magnesu. Serce szybciej zabiło. Po kilku sygnałach odezwał się kobiecy głos:
Dom Kultury, kasa, słucham?
Dzień dobry, chciałam zapytać o karnety
Jakie dokładnie? łagodnie spytała.
Sama nie wiem Jakie są?
Wyliczyła: orkiestra symfoniczna, muzyka kameralna, wieczory romansów, programy dla dzieci.
Dla seniorów mamy zniżki. Ale to i tak wychodzi trochę. Karnet na cztery koncerty.
A pojedynczo?
Można, ale wychodzi drożej. Karnet bardziej się opłaca.
W myślach widziałam swój zeszyt, kopertę w szufladzie. Zapytałam o cenę. Kwota zabrzmiała ciężko. Stać mnie, ale potem na czarną godzinę zostanie niewiele.
Proszę się zastanowić, dodała kobieta. Szybko schodzą.
Dziękuję, powiedziałam i rozłączyłam się.
Zagotował się czajnik. Usiadłam, otworzyłam zeszyt. Na czysto wpisałam: Karnet, obok suma. Dopisałam: Cztery koncerty.
Ile to miesięcznie? przeliczyłam. Nie tak strasznie. Zrezygnuję z czegoś słodkiego, podetnę sama włosy.
Przyszły mi przed oczy wnuki. Młodszy prosi o nową kolejkę, starsza o baletki. Tomek z Anią narzekają na raty. A ja to moje kapryszenie wydawało się czymś niestosownym, jakby nie chodziło o koncert, tylko coś zakazanego.
Zamknęłam zeszyt, nie podjęłam decyzji. Umyłam podłogę, porozwieszałam pranie. Ale myśl o sali nie chciała odejść.
Po obiedzie zadzwoniła domofonem Halina sąsiadka, z słoikiem ogórków.
Weź, bo nie mam gdzie trzymać weszła od razu do kuchni Co słychać?
Jako-tako uśmiechnęłam się. Myślę o czymś
Przerwałam, wstydziłam się powiedzieć.
Czym myślisz? rozsiadła się z szydełkiem.
O koncercie wyrzuciłam z siebie. Tu w Domu Kultury są karnety. Kiedyś chodziłam do filharmonii. Ale drogo.
Zdziwiła się:
To twoja sprawa. Chcesz idź.
Pieniądze zaczęłam.
Pieniądze! Całe życie na innych. Znowu Tomkowi pomogłaś? Pomogłaś. Wnukom prezenty? Robisz. Kiedy coś dla siebie? W tej samej chuście od lat, płaszcz stary. Nie możesz raz na muzykę wydać?
To nie pierwszy raz, zaprotestowałam. Chodziłam przecież.
Gdzie, za komuny, jak lody kosztowały złotówkę? Teraz inne czasy. Nie prosisz nikogo, swoje pieniądze.
I tak powiedzą, że szkoda, lepiej dzieciom.
To im nie mów. Powiedz, że do przychodni idziesz. A nawet nie powinnaś się z tym kryć, nie jesteś dzieckiem.
Nie jesteś dzieckiem zabolało. Poczułam mieszane uczucia wstyd i żal.
Do przychodni i tak chodzę mruknęłam. Ale się boję. Może nie dojdę, schody, serce.
Tam jest winda machnęła ręką. I siedzisz, nie biegasz. W zeszłym miesiącu byłam w teatrze, przeżyłam, nogi bolą, ale przeżycie na rok.
Jeszcze pogadałyśmy o wiadomościach, cenach, lekach. Gdy wyszła, sięgnęłam znów po telefon. Wykręciłam numer do kasy i zanim zdążyłam się rozmyślić, powiedziałam:
Chcę zamówić karnet na wieczory romansów.
Pani wytłumaczyła, że trzeba przyjść osobiście, z dowodem. Zapisałam adres i godziny na kartce, przykleiłam magnesem do lodówki. Serce waliło mi jak po szybkim marszu.
Wieczorem zadzwoniła Ania, synowa.
Pani Aniu, na pewno w sobotę zostaniecie z dziećmi? Musimy do galerii, promocja na sprzęt.
Będę, zapewniłam.
Dziękujemy bardzo. Coś przywieziemy: herbatę albo ręcznik?
Nie trzeba, powiedziałam. Nic mi nie potrzeba.
Po rozmowie spojrzałam na kartkę na lodówce. Kasa do szóstej, wyjść trzeba wcześnie.
W nocy śniła mi się sala koncertowa: miękkie fotele, światła, ludzie w eleganckich ubraniach. Siedziałam wśród nich, program w ręku, bałam się ruszyć, by nie przeszkadzać.
Obudziłam się z ciężarem w piersi. Po co mi to, tyle kłopotu
Ale kartka na lodówce nie zniknęła. Po śniadaniu wyciągnęłam z szafy najlepszy płaszcz, oczepałam, sprawdziłam guziki. Wybrałam ciepły szalik, wygodne buty. Do torebki schowałam dowód, portfel, okulary, tabletki, wodę.
Przed wyjściem usiadłam na stołku w przedpokoju, posłuchałam ciała głowa się nie kręci, nogi nie miękkie. No to idę, zamknęłam drzwi.
Na przystanek miałam blisko, szłam powoli, licząc kroki. Autobus pojawił się szybko. Było tłoczno, ale młody chłopak ustąpił mi miejsca. Podziękowałam, usiadłam przy oknie, trzymając torebkę na kolanach.
Dom Kultury był dwie stacje od centrum. Wysoki budynek z kolumnami, afisze na ścianie. Przy wejściu dwie kobiety, rozmawiające, gestykulujące. W środku pachniało kurzem, starym drewnem i ciastkami z bufetu.
Kasa po prawej, za szybą miła pani. Podałam dowód, powiedziałam, który cykl chcę.
Seniorom przysługuje zniżka. Trafiła pani na dobre miejsca, środek sali.
Pokazała na planie rzędy jak kwadraciki. Prawie nic nie zrozumiałam, kiwnęłam tylko głową.
Kwota zabrzmiała znowu poważnie. Dłoń mi drgnęła, kiedy liczyłam pieniądze. Przez ułamek sekundy miałam ochotę się wycofać, powiedzieć, że wrócę innym razem. Ale za mną poruszyła się kolejka, ktoś chrząknął, położyłam banknoty na ladzie.
Oto karnet wręczyła mi sztywną kartonikową kartę z datami. Pierwszy koncert za dwa tygodnie. Proszę przyjść wcześniej, by spokojnie znaleźć miejsce.
Był śliczny: zdjęcie sceny, estetyczne nazwy programów. Schowałam go do torebki między dowodem a zeszytem z przepisami.
Wychodząc poczułam osłabienie nóg, usiadłam na ławce przy wejściu, napiłam się wody. Obok para młodzieży komentowała muzykę, o jakiej nie słyszałam. Złapałam się na tym, że słucham z ciekawością, jak obcego języka.
No i kupiłam pomyślałam. Nie ma odwrotu.
Dwa tygodnie minęły zwyczajnie. Wnuki się rozchorowały, byłam z nimi, gotowałam kompoty, mierzyłam gorączki. Tomek przynosił zakupy, zabierał słoiki. Kilka razy prawie powiedziałam mu o karnecie, ale zawsze w ostatniej chwili zmieniałam temat.
W dniu pierwszego koncertu obudziłam się z uczuciem jak przed maturą. Przygotowałam wcześniej kolację, by nie kręcić się po kuchni do wieczora. Zadzwoniłam do Tomka.
Dziś wieczorem nie będzie mnie w domu powiedziałam. Dzwoń wcześniej, gdyby coś.
A gdzie idziesz? zdziwił się.
Zawahałam się, nie chciałam kłamać, ale powiedzieć też nie było łatwo.
Do Domu Kultury. Na koncert.
W słuchawce zapadła cisza.
Jaki koncert? Mamo, trzeba ci to? Przecież tam młodzież, hałas
To nie dyskoteka odpowiedziałam spokojnie. Wieczory z romansami.
Kto cię zaprosił?
Sama kupiłam karnet.
Znowu długo milczał.
Naprawdę? Przecież teraz ciężko finansowo. Mogłabyś te pieniądze wiesz.
Wiem. Ale to moje pieniądze.
Nawet dla mnie samej zabrzmiało to stanowczo. Ścisnęłam telefon, czekając na nerwy.
No dobrze, twoje. Tylko nie narzekaj, jak potem zabraknie. I pilnuj się, nie zmarznij. W twoim wieku
W moim wieku można jeszcze posiedzieć na koncercie. Nie wybieram się w góry.
Westchnął łagodniej.
Dobrze, tylko zadzwoń jak wrócisz. Będę się martwił.
Zadzwonię, obiecałam.
Jeszcze chwila spokojnego siedzenia. Karnet położyłam przed sobą na stole, ręce mi się trzęsły. Jakbym zrobiła coś zuchwałego. Ale odwrotu już nie chciałam.
Wieczorem ubrałam najlepszą sukienkę, granatową z kołnierzykiem, rajstopy bez oczek, wygodne czarne buciki. Do włosów przyłożyłam więcej szczotki, wygładziłam kosmyki.
Było już ciemno, gdy wyszłam. W witrynach odbijały się światła, ludzie czekali na przystanku. Przytuliłam torebkę, sprawdzałam w myśli karnet, dowód, chusteczka, leki
W autobusie tłum, ktoś nadepnął mi na stopę, przeprosił. Trzymałam się poręczy, liczyłam przystanki. Gdy usłyszałam nazwę swojej, przecisnęłam się do wyjścia.
Przed Domem Kultury ludzie w różnym wieku: starsze pary, młodsze kobiety, kilku studentów. Uspokoiłam się nie byłam najstarsza.
Zostawiłam płaszcz w szatni, wzięłam numerek. Przez chwilę nie wiedziałam, gdzie iść, potem zauważyłam strzałkę: Sala.
Ciemne wnętrze, nad rzędami migały małe światełka. Przy wejściu pani sprawdzała karnety.
Szósty rząd, miejsce dziewiąte powiedziała.
Szłam, przepraszając, gdy ktoś musiał wstać. W końcu siadłam, położyłam torebkę na kolanach. Serce waliło, ale teraz już z ekscytacji.
Ludzie rozmawiali, ktoś przewracał program. Też otworzyłam swój i śledziłam palcem tytuły. Nazwiska kompozytorów jeden z nich, ten, którego piosenek słuchałam kiedyś w radiu.
Zgasło światło. Na scenę wyszła prowadząca, powiedziała kilka słów. Słuchałam, lecz z każdą chwilą czułam bardziej, że najważniejsze, że tu jestem, nie przy kuchence.
Zabrzmiały pierwsze akordy, przeszedł mnie dreszcz. Głos śpiewaczki, głęboki i lekko chropowaty. Słowa o miłości, rozstaniu, dalekiej drodze o dziwo, rozumiałam je inaczej niż kiedyś. Przed oczami stanęła mi ta sama sala sprzed lat, inne miasto, inne życie, siedział obok ktoś, kogo już nie ma.
Zalśniły mi oczy, lecz nie płakałam. Po prostu słuchałam, ściskając brzeg torebki. Z czasem poczułam, że się rozluźniam, oddycham spokojnie. Muzyka wypełniała wszystko i przez te dźwięki życie przestawało być wyłącznie pasmem trosk i oszczędzania.
Na przerwie zesztywniałe nogi, bolące plecy. Wyszłam do foyer, by się rozruszać. Ludzie rozmawiali o programie, pili herbatę ze styropianowych kubków, ktoś jadł ciastko. Kupiłam sobie czekoladkę, choć zwykle to zbędny wydatek.
Pyszna mruknęłam, odłamując kawałek.
Obok stała elegancka pani, chyba w moim wieku.
Fajny koncert, nieprawdaż? zwróciła się do mnie.
Bardzo, uśmiechnęłam się. Dawno nie byłam.
Ja też stwierdziła. Zawsze coś: wnuki, działka. Ale teraz myślę, jeśli nie dziś, to kiedy?
Wymieniłyśmy kilka zdań o występie, o śpiewaczce. Zabrzmiał dzwonek, wróciłyśmy na salę.
Druga część minęła bardzo szybko. Już nie zastanawiałam się nad ceną. Po prostu słuchałam. Na koniec brawa długo nie milkły klaskałam, aż rozbolały mnie dłonie.
Na zewnątrz pachniało chłodnym powietrzem. Szłam na przystanek ze zmęczonymi nogami, a w środku czułam dziwne ciepło. Nie euforia, nie zachwyt, ale świadomość, że zrobiłam coś dla siebie, choćby drobiazg.
W domu zadzwoniłam do Tomka:
Już jestem, wszystko dobrze.
No i jak? Nie zmarzłaś?
Nie. Było dobrze.
Westchnął:
Ważne, że ci się podobało. Tylko nie przesadź, musimy na remont odkładać.
Pamiętam. Ale karnet już kupiłam. Zostały trzy koncerty.
Trzy? Zdziwił się. No, trudno, skoro już kupiłaś, to chodź. Ale ostrożnie.
Po rozmowie zdjęłam płaszcz, torbę odłożyłam na miejsce. W kuchni zaparzyłam herbatę, usiadłam. Karnet leżał przede mną, lekko zgięty na brzegach. Pogładziłam go palcem, potem wpisałam daty koncertów w kalendarzyk na ścianie, otoczyłam kółkiem.
Gdy za tydzień Tomek znów prosił o pieniądze na kolejną składkę, otworzyłam zeszyt i patrzyłam długo na sumy. Potem powiedziałam spokojnie:
Dam tylko połowę. Reszta mi potrzebna.
Na co? zapytał bezwiednie.
Spojrzałam na niego, na podkrążone oczy.
Na siebie, odpowiedziałam. Też czegoś potrzebuję.
Zamilkł, po chwili tylko machnął ręką:
No dobrze, mamusiu. Jak chcesz.
Wieczorem, gdy zostałam sama, wyjęłam stary album ze zdjęciami. Była tam moja fotografia młoda, w jasnej sukni, na tle starej filharmonii, z programem w ręku i nieśmiałym uśmiechem.
Długo patrzyłam na tamtą dziewczynę, próbując połączyć ją ze swoim odbiciem. Zamknęłam album. Obok magnesu przyczepiłam małą karteczkę: Następny koncert 15-go. Niżej: Wyjść wcześniej.
Życie się nie przewróciło na drugą stronę. Rano znowu gotowałam rosół, prałam, chodziłam do przychodni, pilnowałam wnuków. Tomek znów prosił o pomoc, pomagałam, jak mogłam. Ale miałam gdzieś głęboko poczucie, że zostało mi trochę własnego czasu i własnych planów, których nie muszę tłumaczyć.
Przechodząc obok lodówki, często dotykałam kartki z datą. I za każdym razem budziło się we mnie ciche, uparte: jeszcze żyję, mam prawo coś chcieć.
Pewnego wieczoru przeglądając gazetę znalazłam ogłoszenie o darmowych kursach angielskiego dla seniorów w bibliotece. Zajęcia bezpłatne, trzeba się tylko zgłosić.
Wyrwałam stronę, położyłam obok karnetu. Nalałam sobie herbaty i zastanawiałam się, czy to już nie przesada.
Najpierw dokończę swoje koncerty, postanowiłam. Potem zobaczę.
Gazetę schowałam do zeszytu, ale myśl, że mogę się nauczyć czegoś nowego, nie wydawała się już taka odległa. Wieczorem, przed snem, spojrzałam przez okno na podwórze: lampy świeciły, szedł chłopak ze słuchawkami, inny odbijał piłkę.
Wsparłam się o parapet i poczułam dziwną, cichą ulgę. Świat wokół szedł swoim trybem, wciąż tu było mnóstwo obowiązków i ograniczeń. Ale pomiędzy nimi znalazło się miejsce na cztery wieczory w sali koncertowej i być może na kilka nowych słów w obcym języku.
Zgasiłam światło na kuchni, przeszłam do pokoju, położyłam się, uważnie naciągając koc. Jutro znowu wszystko będzie zwyczajne: zakupy, telefony, gotowanie. Ale w kalendarzu już miałam zakreślone małe kółko i to zmieniało coś naprawdę ważnego, choć nikt poza mną tego nie widział.



