Moje zasady

Moje zasady

Nie, Krzysiu, naprawdę dobrze, że przyjechałeś! Pani Irena usiadła naprzeciwko syna, podparła twarz drobnymi pięściami, uśmiechnęła się ciepło. Tak za tobą tęskniłam. Jedz, jedz, kochanie. Dołożyć ci jeszcze kotlecika?

Krzysztof pokręcił głową.

Niesmaczne? zaniepokoiła się mama, wyprostowała się. Twarz, do tej pory rozluźniona, momentalnie się napięła, brwi powędrowały w górę. Przecież tak, jak zawsze robiłam I mówiłam tacie, że wieprzowiny nie jadasz Mówiłam przecież! Co, czuć coś?

Pani Irena wyraźnie się zdenerwowała. Tak bardzo czekała na przyjazd Krzysztofa, naszykowała jedzenia jak na kompanię wojska, jakby była szefową kuchni polowej, musiała ich wszystkich nakarmić i ogrzać. I teraz taka wpadka synkowi nie zasmakowały kotlety

Mamo, czemu znowu zaczynasz? Przecież wszystko pyszne! Po prostu już nie mogę.

Krzysztof odłożył delikatny, zdecydowanie zbyt mały dla jego niedźwiedzich dłoni widelec na talerz, poprawił maleńką, jak dla dziecka, serwetkę. Zdumiewające, że z tak drobnej Ireny wyrósł taki olbrzym. Ale to po ojcu, Michale. On też wysoki, potężny facet. Przy nim Irena zawsze wyglądała jak dziewczynka.

Wszystko było wyśmienite, jak zawsze! syn wstał, podszedł do Ireny, pogładził ją po ramionach, jakby narzucił na nią ciepłe palto. Od razu zrobiło jej się spokojniej, pewniej No, to o czym chciałaś porozmawiać? Mów szybko, bo za niedługo muszę jechać. Z Dobrochną mieliśmy iść do sklepu, Romkowi trzeba kupić ubranie.

Dobrochna, jak nazywał swoją żonę Krzysztof (w stylu starych polskich sag), była poukładana, porządna i bardzo urodziwa.

Gdy ją zobaczył po raz pierwszy na ulicy, wleciał prosto w latarnię. Rozciął brew, poleciała krew Dobrochna zatrzymała się, spojrzała wielkimi oczami, a Krzysiek stał zmieszany i macał ten słup, jakby się bał, że go złamał.

Potem poszli razem na ostry dyżur. Dobrochna, śmieszna, naiwna, młodziutka dziewczyna, ciągle pytała, czy nie kręci mu się w głowie, trzymała go pod ramię. Co miał powiedzieć? Oczywiście kręci się aż miło! Bo obok była Dobrochna uroda nieziemska!

Wzięli ślub. Mają syna, Romka, Dobrochna pracuje jako logopeda i często prowadzi lekcje w domu, co było bardzo wygodne. Nie musiała biegać po cudzych mieszkaniach, a zawsze miała czas na ogarnięcie własnego domu. Krzysztof każdego ranka jechał do pracy i zawoził Romka do szkoły nie byle jakiej, bo Dobrochna wyprosiła mu miejsce w gimnazjum dla przyszłych biologów. Słowem życie mieli spokojne, dostatnie i pełne troski oraz miłości.

A czemu Dobrochna nie przyjechała? zapytała Irena, zbierając naczynia ze stołu. Doskonale wiedziała, że jej synowa ma dziś prywatne lekcje, nawet w weekendy nie stoi w miejscu, ale przeciągała rozmowę, trochę skrępowana prośbą, którą za chwilę miała wygłosić synowi.

Przecież mówiłem, ma dziś dwóch uczniów. A Roman Krzysztofowicz dodawał patosu, zawsze uwielbiał mówić tak o synu odrabia lekcje. No, co jest?

Syn, pomagając mamie, postawił kubki do zlewu, odwrócił Irenę do siebie.

Mama, już mnie trochę straszysz. Coś z ojcem? Dlaczego siedzi w drugim pokoju i nie wychodzi? Wzięliście kredyt i was oszukali? Zastawiliście mieszkanie, nerkę i wszystkie inne organy? Ktoś was szantażuje? Albo znalazł się mój brat bliźniak z porodówki?

Krzysztof szeroko się śmiał, ciesząc się z własnych żartów. Świat wokół był radosny i wesoły, prawdziwie wiosenny.

Usiadł znów przy stole, pogładził się po zabawnie zaokrąglonym brzuchu, przeciągnął szeroko ramiona i uderzył dłonią w kuchenny segment. Maleńkie to mieszkanie, co tu dużo mówić Nie to, co u nich trzy przestronne pokoje, duża kuchnia, miejsce dla każdego. Mieszkanie Dobrochna dostała po rodzinie. Jedni z jej krewnych dostali je za zasługi naukowe, potem przeprowadzili się gdzieś na wieś, bliżej ziemi, ludzi i świeżego powietrza. Zostawili jej je w prezencie i co roku słały się jesienne paczki ziemniaki, buraki, tajemniczy biały topinambur i cudowne astry. Ach, te astry! Takie kolorowe, puchate i niesamowite! Przywożono je z okazji, furgonetką wujka Stefana, dawnego właściciela mieszkania. Do dziś Krzysztof nie wiedział, za co Dobrochna tak bardzo przypadła mu do gustu, ale Stefana zawsze szanował i pomagał, gdy trzeba było przy aucie. Wakacje w krótkich szortach z palmami i beztroska to był jego smak życia.

Chciałam cię, Krzysiu, zapytać o coś Irena nabrała tchu, zawahała się, podsunęła pod nos synowi talerzyk z pierniczkami. Pamiętasz Marię Leszczyńską?

Krzysztof lekko się spiął, poruszył brwiami.

No jasne, mama! pokiwał w końcu głową. Pierniki pachniały obłędnie miodem, ciastem i lukrem nie wytrzymał, nalał sobie jeszcze herbaty i sięgnął po największy, piękny, z herbem Warszawy.

No więc Marii Znaczy, pani Marii Leszczyńskiej dali skierowanie do waszego szpitala wojewódzkiego, musi leczyć oczy, czeka ją operacja Nie znam dokładnie diagnozy, ale podobno jest poważnie

Krzysztof żuł i słuchał. Oj, pamiętał ciocię Marię mieszkała na ich piętrze, bardzo pomagała mamie, opiekowała się małym Krzysiem, gdy rodzice pracowali. Zawsze nosiła ogromne, okrągłe okulary, oczy miała przez nie wielkie i mrugała rzęsami jak motylem skrzydłami.

No i? zapytał, gdy mama zamilkła i zaczęła ścierać drobny pyłek ze stołu, co było oznaką, że się denerwuje.

No bo Może mogłaby zamieszkać z wami na czas leczenia? Wynajem mieszkania nie wchodzi w grę, nawet hotel byłby drogi, a poza tym, kto by jeździł tyle godzin w tę i we w tę I nie ta energia co kiedyś Wiem, że niełatwo mieć w domu obcą osobę, ale to tylko na jakiś czas Poza tym czuję się wobec niej zobowiązana, właściwie to ona cię wychowywała.

Krzysztof przestał żuć, upił łyk herbaty, otarł usta i wzruszył ramionami.

No No mruknął. Wizja tymczasowej współlokatorki cioci Marii nie była mu na rękę, trzeba będzie schować szorty w palmy I Dobrochnie nie będzie wypadać chodzić nocą w nocnej koszuli do kuchni. A ona w niej taka piękna Ale, trudno. No jasne, mama! Kiedyś ona pomagała mnie, teraz ja jej! uśmiechnął się. Poczuł się szlachetny, empatyczny, silny, dobry aż odetchnął z dumy. Dobrochna na pewno będzie z niego dumna. I mama też. Pani Maria Leszczyńska zasłużyła, by na stare lata ktoś się nią zajął! dodał zadowolony.

Za oknem, niczym aureola nad jego głową, rozbłysło słońce i odbiło się w szczęśliwych oczach mamy. Z pobliskiego kościółka zadźwięczały dzwony, tak, że aż dusza śpiewała.

Naprawdę? Boże, Krzysiu, to dopiero CZYN! Prawdziwy czyn, mój chłopczyku. Tak się cieszę, że wyrósł z ciebie taki delikatny, dobry chłopak.

Pogładziła go po głowie, jak za lat dziecięcych.

Gdyby tu była Dobrochna, pewnie skrzywiłaby się i przywaliła teściowej celną ironią. Zawsze lekko sobie z tego podśmiewała.

Ale nie było jej można więc było być znowu małym chłopcem, którego chwali najważniejsza kobieta świata.

Krzysztof rozmarzony oparł ręce na stole.

Ale chyba wypada spytać Dobrochnę wyszeptała mama niezbyt pewnie. Krzysztof coś mruknął, że Dobrochna nie będzie miała nic przeciwko, przytulił się lekko do matczynej ręki i aż przysnął tak mu było przytulnie i miło, że czuł się bohaterem. To ja pójdę po panią Marię i sami już ustalicie

Irena wyszła z kuchni, w salonie zaszeleściła gazeta to ojciec, a Krzysztof, przeżuwając wargi, wyciągnął telefon i zadzwonił do żony.

Dobrochna słuchała uważnie, malując oko i szykując się do wyjścia.

A na ile miałaby u nas być? spytała.

Dwa tygodnie, chyba No, trzeba pomóc wyczuwało się usprawiedliwienie w głosie. Operacja, nie ma gdzie mieszkać.

Krzyś, ale przecież są sale, przecież zaczęła Dobrochna, ale mąż jej przerwał.

Jasne, ale potem kontrole itd. Masz serce, gościna to twoja specjalność, a pani Maria bardzo porządna, miła kobieta. Znajdziecie wspólny język

Wiesz westchnęła Dobrochna. Coś mi się to nie widzi. Pamiętam ją z naszego wesela. Patrzyła na mnie z góry, wyzywająco. Ona mnie nie lubi, twoja ciocia Maria.

Nie Maria, tylko Maria! Lubi, jasne, że lubi. I Romkowi też pomoże, ona

Krzysiek, twój syn ma szesnaście lat, czym mu pomoże pani Maria? parsknęła Dobrochna i umalowała usta, choć widząc, że się stresuje, zaraz to wytarła.

Wszystkim, Dobrochno, wszystkim! Doświadczona kobieta, przeszła przez życie! przekonywał Krzysztof. No co, nie masz nic przeciwko?

Dobrochna była przeciw nawet bardzo ale nie potrafiła tego powiedzieć. Bała się urazić męża.

Dobrze. Kiedy przyjedzie? rzuciła sucho.

Po krótkiej naradzie Krzysztof powiedział, że w niedzielę.

W tą? Czyli jutro? Dobrochna nerwowo rozejrzała się po mieszkaniu. Normalny rozgardiasz normalnej rodziny ale przecież nie można tego pokazać obcym!

Nikomu, oprócz niej i rodziny, nigdy nie było dane tego zobaczyć. Uczniów przyjmowała w kuchni-jadalni. Duży stół, jasno i wygodnie ale dalej nikomu nie pozwalała wchodzić. Przed każdą wizytą gości generalne sprzątanie od podłogi do sufitu. Wstydziła się swojego życia, zostawionego swetra na sofie czy krzywo powieszonych ręczników w łazience. Ukrywała niedociągnięcia.

A pani Maria będzie chodziła wszędzie! I pomyśli, że Dobrochna jest złą gospodynią!…

Czyste podłogi, porządek w domu to porządek w głowie! powtarzała mama Dobrochny. Pierwsze, co ludzie widzą, to porządek. Ty, Dobrochno, jesteś nieporządna! Jak możesz! Czy naprawdę tak trudno zawiesić bluzkę i spódniczkę? Jesteś dziewczyną!

Dobrochna przymknęła oczy, potrząsnęła głową jakby mama wciąż stała obok, a ona znowu czuje się winna, bo jest bałaganiarą

W następną uspokoił Krzysztof.

No to jeszcze ujdzie mruknęła. Pójdę obwieścić Romkowi

Będzie miała jeszcze czas, żeby do przyszłej niedzieli wybłyszczyć wszystko, posegregować, wyprać, wyprasować, umyć, aż wszystko się będzie błyszczeć

Romek przyjął wieść o przyjeździe staruszki, która niańczyła ojca od maleńkości, z obojętnością. Przyjedzie, to przyjedzie. I co z tego?

Daj spokój, mamo! Żyj, jak żyjesz i tyle rzucił z filozoficznym spokojem przyszły biolog Romek. To nasza ekosfera, my tu wyrośliśmy. Ona to obcy organizm, przysłana na adaptację. Wytrzyma, to wytrzyma. Nie to nie. Niech się dostosuje.

My nie wyrośliśmy, Romku, tylko zarastamy! A w tygodniu nie będę miała czasu No rusz się, weź drugi odkurzacz i pomóż! Nie będę się przed nią wstydzić! Ona zaraz wszystko opowie babci Irenie!

Babcia i tak wszystko wie o tobie. I jakoś się tym nie zamartwia! wzruszył ramionami Romek i poszedł do siebie.

Dobrochna rozdygotała się, ale za chwilę zadzwonił dzwonek pierwszy uczeń, pucołowaty Andrzejek z seplenieniem. Ćwiczył, pocąc się, rozczulał Dobrochnę swym trudem i łapczywą radością na pochwały. A ona i tak ciągle rozglądała się po kuchni co jeszcze trzeba poprawić

Okna! uderzyła ją nagle myśl. Nie umyłam okien!

Okna mają być tak czyste, żeby wyglądało, jakby ich nie było! dobiegał w głowie głos mamy. Czyste okna dobra gospodyni

Wrócił Krzysztof, odciągnął żonę od wielkiego sprzątania, całą drogę do sklepu rozpływał się nad ciocią Marią, a Dobrochna tylko przytakiwała, wzruszając ramionami.

Tata, już wiemy, przyjedzie twoja druga mama. Zamknijmy, na razie, temat nie wytrzymał Romek.

Była mu za to wdzięczna

Następny tydzień minął błyskawicznie, jakby ktoś wcisnął gaz do dechy.

W sobotę Krzysztof pojechał po Marię Leszczyńską, a Dobrochna, zwalniając lekcje, szykowała się na przyjazd.

Romek został wysłany do fryzjera, pies Gucio wykąpany i wytarmoszony do pisku, okna lśniły, jak przystało na porządną gospodynię.

Dobrochnko, będziemy ok. trzeciej, nie wcześniej meldował Krzysztof. Nie stresujcie się, wszystko dobrze. Pani Maria przeprasza, że wprowadza zamieszanie.

Dobrze, zrozumiałam. Czekamy na obiad.

Na obiad Dobrochna planowała pieczonego kurczaka, ziemniaczki, sałatkę Przyzwoite przyjęcie gościa.

Wstała o siódmej, Romka wysłała na spacer z Guciem, sama wzięła gorący prysznic, zanuciła cicho: Jeszcze będzie przepięknie, wyciągnęła ostatnie dźwięki i, już w szlafroku, zabrała się za mycie zębów, kiedy zamkiem w drzwiach trzasnęło. Zabrzmiał męski głos, w odpowiedzi kobiecy, cichy i nieśmiały, pies Gucio szczekał radośnie, Romek wzdychał zrezygnowany w tle.

Zaparowane lustro pokazało jej własny, niestaranie ogarnięty wygląd.

No i jesteśmy rozciągnął słowo Krzysztof, kiwając na żonę, która z pastą do zębów w ustach i szlafroku na gołe ciało patrzyła, jak taszczy wielką, czerwoną walizkę, a za nim idzie, rumiana i podekscytowana, pani Maria we własnej osobie. Zachwycona, komplementowała dom, wystrój, wszystko jej się podobało. A Dobrochna przecież była niezrobiona, kurczak surowy, Gucio znowu ubłocił podłogę i już czuła się kiepską gospodynią. I jeszcze ciocia Maria krzywi usta, przechodząc przez cieknące ślady, patrzy na Dobrochnę z ukosa, a ta ucieka do łazienki, by się ogarnąć.

Tu twój pokój pokazał Krzysztof. Rozgość się. Zrobię jakieś śniadanie. Tylko się przebiorę.

Maria Leszczyńska podziękowała, zamknęła drzwi.

Czemu tak wcześnie?! syknęła Dobrochna przez uchylone drzwi. Nie byłam gotowa! Ośmieszyłeś mnie Krzysiek!

Krzysztof, siedząc na łóżku, patrzył na jej odbicie w szafie, podziwiał kształt bioder, ramiona jak gałązki brzozy

Co? oderwał się od myśli.

Mówię, czemu wcześniej? Dobrochna już w sukience układała włosy. Zapnij mi suwak, proszę.

Aaaa Miała wizytę u lekarza, wypadło szybciej. machnął ręką i chciał pocałować żonę, ale nie pozwoliła.

Czemu tyle rzeczy? spytała.

Nie wiem. Wy, kobiety Korzeniarki, tak bym powiedział.

Znów był z siebie dumny.

Zjedli śniadanie. Dobrochna usmażyła jajecznicę, Romek podkurzył się i ukroił kanapki.

Maria weszła ostatnia do kuchni, rozglądnęła się, usiadła obok Romka.

Smacznego. Bardzo tu u was przytulnie. Dobrochno, czy przypadkiem nie dałam wam na ślubie serwisu z makami? Nie? Może komu innemu

Dobrochna wzruszyła ramionami. Serwis potłukł się dzień po ślubie Krzysiek zrzucił cały karton ze schodów. Całość w kawałkach.

Krzysztof milczał, nie pamiętał o serwisie.

Chyba komuś innemu Dobrochna nalewała wszystkim kawę.

Dobrochno, tu wieje, mogę przesiąść się na twoje miejsce?

Romek spojrzał na mamę, ta rozłożyła ręce.

Krzysztof wyprostował się. Jest obrońcą, wszystko zaraz załatwi!

Dobrochna, przesiądź się. Pani Marii nie może przeciągnąć przed operacją! podniósł ją i przesunął bliżej siebie, ciocię Marię usadził na jej miejscu.

A ja Krzysia od maleńkości wychowywałam opowiadała Maria Leszczyńska. Z pieluszek wyrósł na porządnego chłopaka. Kiepsko jadł. Ale potem się wyrobił. Skomplikowany był dzieciak.

Dobrochna się zakrztusiła, Romek uśmiechnął złośliwie.

A ty, młody człowieku, idź odrabiać lekcje. Krzyś zawsze robił lekcje rano, by wszystko zapamiętać dodała Maria, sprzątając Romkowe talerze. Gospodyni nie mogła wykrztusić słowa.

Romek, dokończywszy herbatę, poszedł do siebie.

Podziękowała za śniadanie, wróciła do pokoju, poprosiła Krzysztofa o przestawienie telewizora.

Macie mało książek powiedziała, wyprawiając Romka na mecz. Powinien poczytać klasykę: Prusa, Orzeszkową. Przywiozłam kilka książek. Wieczorem przestudiujemy, co zna i czego mu brak.

Jasne, ciociu Mario. Bo tylko ten futbol i futbol przytaknął Krzysztof, mrugnął do syna i wręczył torbę ze strojem.

Wiedział, że klasyków pani Maria nosi zawsze ze sobą, trzyma na stole, zabiera do teatrów, do kawiarni, nawet śpi z książką pod poduszką. Ale czyta chyba tylko okładki wygląda wtedy poważnie. I na oddział też zabierze, by personel wiedział, że leży u nich wykształcona dama.

Romek wyszedł, Krzysztof też.

A kiedy wychodzicie? spytała Dobrochna.

Ja? O trzynastej. Trzeba się już szykować. A Romek ma dziewczynę? Krzysztof miał w szóstej klasie już Różyczkę. Taka była plastyczna, jak plastelina, co się jej powie, zrobi. Fajnie, nie? A pieska bym poprosiła do pokoju, bo mnie alergia łapie A tą szafkę z butami by przestawić, bo się potykam No i już strąciłam! nogą potrąciła galanterię Dobrochny kapcie, buty, szpilki. Takie buty szkodzą na kręgosłup No nic, idę już. Dziękuję za przyjęcie!

Maria pogłaskała Dobrochnę i weszła do windy.

Dobrochna zamyśliła się chwilę, po czym zatrzasnęła drzwi

Mamo, co ona się tak rozkazuje? I Gucia pogoniła z kanapy, a przecież wolno mu tu leżeć! burczał Romek, głaszcząc psa po głowie. Ten westchnął ciężko i położył łeb na kolanach pani.

Bo ona taka jest, lubi wychowywać. To na chwilę, Romaszku, wytrzymasz

Dobrochnie było głupio przed synem, i przed Guciem, że nagle przestała być gospodarzem u siebie. Ale nie umiała się postawić przecież nie można burknąć kobiecie, która przewijała ci męża w pieluchach!?

Wieczorem Maria Leszczyńska wdrożyła masową produkcję gołąbków, każdy miał swoją robotę, a Krzysztof służył jej niemal na zawołanie.

Następnego dnia rano pani Maria nastawiła budzik, pobudziła wszystkich na poranną gimnastykę.

Kiedy operacja? spytała stękając Dobrochna, sapiąc po ćwiczeniach. Maria odpalała stoper na komórce: 40 sekund wysiłku, 10 przerwy. Romek uciekł do szkoły. Krzysztof sumiennie ćwiczył.

Dawaj, Dobrochnko, trzymaj się! dopingował ją mąż.

To kiedy? Dobrochna powtórzyła pytanie.

Jutro. Jutro mnie kładą. Krysiek, będziesz mnie odwiedzał? spytała Maria melancholijnie.

Przecież tylko na dwa dni! Operacja błaha! zdziwił się Krzysztof, ale zgodził się

Poniedziałek był trudny. Dobrochna miała odwołane lekcje, dzieci chorowały, wyjeżdżały, rodzice odwoływali spotkania.

Telefon brzęczał, za oknem hałasowały wrony, Maria Leszczyńska w swoim pokoju puszczała Marka Grechutę Będziesz moją panią. Cicho wtórowała mu do refrenu.

Dobrochna przystanęła w przedpokoju, posłuchała, westchnęła.

Ona się bardzo denerwuje tłumaczył Krzysztof. Grechuta zawsze ją uspokaja.

Wieczorem, zmęczona Dobrochna usłyszała, jak Maria zaprasza Romka do wspólnego czytania Żeromskiego, ale ten odmówił. Maria zaniemówiła, wysłuchała, co miał do powiedzenia o klasykach i pobycie gościa w domu, aż zatrzęsła się, gdy Romek trzasknął drzwiami. Zawołała Dobrochnę. Ta właśnie w biegu coś wyjaśniała przez telefon, że dziś nie da rady, zaraz wyjeżdża do Bielan, bo Andrzejek zmęczony, nie dojedzie.

Nie! pani Maria wyrwała jej telefon i ryknęła do słuchawki: Nie i jeszcze raz nie! Jeśli chcecie, żeby syn był porządnym chłopcem i doszedł do czegoś, to macie go tu przywieźć, natychmiast! Jak nie, to nie mam czasu na takie lekcje! Kim jestem? Sekretarką Dobrochny. Do widzenia.

Oddała telefon Dobrochnie, patrzyła przez okno. Dobrochna stężała, już miała wybuchnąć tak, że aż Romek przyszedł zobaczyć.

Wie pani co, pani Mario? Proszę nie wtrącać się do naszego życia! I do mojej pracy też nie! Niech pani gotuje gołąbki w swoim domu! I nie ważne, ile pieluch zmieniła pani mojemu mężowi dość tego. Koniec rządzenia. Czyta pani Orzeszkową, ćwiczy, co chce ale nie tu! Gucio będzie spać tam, gdzie mu pozwolę, i konserwy zamierzam podawać rodzinie mimo, że pani twierdzi, że niezdrowe. Moje życie, mój dom, moi uczniowie, sama decyduję. Mam nadzieję, że operacja się uda i szybko wróci pani do siebie. Bardzo na to liczę!

Romek klasnął w dłonie, Gucio zaszczekał radośnie przy kolanach Dobrochny, a Maria spojrzała na nią i się uśmiechnęła.

Dobrochna osłupiała spodziewała się burzy, a tu

I dobrze, Dobrochno. Nigdy, słyszysz, nigdy nie pozwól sobą rządzić, jak ci nie pasuje. Powiedz po prostu: nie. I już! Nic trudnego. Nie dbaj za bardzo o opinie innych, żyj po swojemu. Przepraszam cię, przesadziłam. Zawsze byłam prowokatorką. Krzysiek wie Nie patrzcie tak! Tak się denerwuję przed operacją Gucio, fajny z ciebie pies! pogłaskała go po głowie. A może ktoś chce marmolady? Przywiozłam cudowną jabłkową. Romek?

Chłopak przewrócił oczami. Znał kobiecą logikę, ale żeby aż tak

Zadzwonił dzwonek. Przyszedł pucołowaty Andrzejek na lekcję. Dostał po zajęciach marmoladę. Mama poprosiła Dobrochnę na bok czy z sekretariatem się kontaktować? Nie, nie trzeba. Mały jest dzielny!

Dobrochna mrugnęła do sekretarki

Wieczorem, gdy Krzysztof i Romek grali na konsoli, Maria Leszczyńska siedziała w fotelu i opowiadała historie z dzieciństwa Krzyśka, jak to ukrywał się, obgryzał tapety, wchodził na cienki lód i prawie wpadł do wody, a ona uratowała go i poiła herbatą z miodem.

A ta Różyczka to mi się nie podobała. Bez charakteru, za miękka Nie lubię takich. Serwisu z makami nie żałuję stłukli na szczęście i żyjecie szczęśliwie. Krzysiek mnie bardzo kocha, wybacza wszystko I ty mi wybacz, Dobrochno. Dziękuję, że mnie przygarnęłaś. Dobra z ciebie kobieta

Marmolada topniała na talerzyku, za oknem topił się zmierzch, a na wschodzie rozżarzała się pomarańczowa łuna.

Pora szepnęła Maria. O ósmej mam być tam

Krzysztof odprowadził ją do auta, wsadził do środka. Dobrochna jechała obok, czuła, jak starsza pani lekko się trzęsie.

Zadzwonię wieczorem. I proszę nie dyskutować! A potem do nas z powrotem powiedziała twardo Dobrochna.

Maria kiwnęła głową. Dobrze było pomieszkać z młodymi, wesoło. Romek ciekawy, zupełnie inny niż ojciec. Trochę zadziorny. Ale jak sam mówi taka już moja fauna i flora, a badać można ile wlezie

Tego dnia zrozumiałem jedną rzecz: warto czasami powiedzieć nie, być u siebie, mieć swoje zasady. Serca nie traci się od asertywności a życie staje się prostsze i spokojniejsze.

Oceń artykuł
TwojaCena
Moje zasady