Dzisiaj, w pociągu do Wrocławia, miałem jedno z tych dziwnych przeżyć, które zostają z człowiekiem na długo. Środa była spokojna, a wagon niemal pusty tylko kilka osób, każdy wpatrzony w okno lub gazetę. Gdy skład zatrzymał się na którejś z mniejszych stacji, do pociągu weszła starsza pani, ubrana schludnie, z wiklinowym koszykiem pod ręką. Przysiadła obok mnie. Było oczywiste, że tak jak ja jedzie do ogródka działkowego pod miastem, żeby zająć się grządkami i odpocząć od miejskiego zgiełku.
Od kiedy odeszła Zofia, moja żona, rzadko odwiedzałem naszą działkę. Wcześniej zawsze jeździliśmy tam razem, zwłaszcza o tej porze roku, gdy wszystko budziło się do życia. Ale od tygodni unikałem tego miejsca za dużo tam wspomnień, za dużo pustki. Czułem się samotny.
Na jednej ze stacji starsza pani spojrzała mi prosto w oczy i powiedziała coś, co przeszyło mnie na wskroś: Dziś będzie piękny, słoneczny dzień. Będziemy mieć jeszcze mnóstwo czasu, żeby coś zrobić. Przez chwilę nie mogłem wydusić słowa. To były niemal identyczne słowa, które Zofia zwykła mi mówić na początku każdej wspólnej wycieczki do ogródka. Skinąłem głową i zaczęliśmy rozmowę o tegorocznych zbiorach, ciężkiej zimie oraz nadziejach, jakie oboje pokładaliśmy w nadchodzącym sezonie. Jej głos przypominał mi ciepło rodzinnych spotkań i rozmów, które tak lubiłem.
Wysiedliśmy razem na przystanku autobusowym, by przesiąść się w stronę ogrodów działkowych. Zdumiewające, że nigdy wcześniej jej nie widziałem, choć przez lata bywaliśmy tu z Zofią bardzo często. Szliśmy kawałek razem, po czym nasze drogi się rozeszły. Na swojej działce zastałem prawdziwą dżunglę przez miesiące nieobecności chwasty rozrosły się wszędzie. Ale rozmowa z nieznaną panią jakoś dodała mi energii. Pomyślałem, że nadszedł czas, by pogodzić się z tym miejscem.
Chwyciłem za motykę i zacząłem odchwaszczać grządki. Praca w ogrodzie okazała się terapeutyczna gdy pierwsze wiosenne słońce ogrzewało mi plecy, poczułem się jak dawniej. Przestałem rozważać sprzedaż działki. Zamiast tego zrobiłem sobie przerwę, usiadłem na ławce z kanapką i kubkiem herbaty. Słuchałem śpiewu ptaków, zapatrzony na żonkile i stary jabłoniowy sad, w którym majaczyły czerwone jabłka. Przyszły mi na myśl lepsze czasy wyjazdy, rozmowy, wspólny śmiech.
Kiedy później wybrałem się do pobliskiego lasku na grzyby, poczułem, jakby ktoś zdjął ze mnie wielki ciężar. Wiedziałem już, że będę wracał tu częściej praca w ziemi zaczęła znów dawać mi satysfakcję i poczucie celu.
W drodze powrotnej spotkałem jeszcze raz tę samą starszą panią. Siedziała nad strumieniem i dzieliła się jabłkiem z inną ogrodniczką. Usiadłem obok niej i długą chwilę rozmawialiśmy o radości z prostych zajęć, dzieliliśmy się historyjkami spod jabłoni. Powiedziała, że w życiu zawsze można znaleźć miejsce na nową pasję i spokój. Dodała mi wiary, że praca na działce pozwoli mi jeszcze poczuć szczęście.
Kiedy wysiadałem, słońce chowało się za horyzontem. Uśmiechnąłem się lekko, czując, że tego dnia coś się we mnie zmieniło. Przestałem uciekać przed wspomnieniami odnalazłem w nich spokój. I jest już pewne: wrócę na naszą działkę.



