Sześć lat temu razem z mężem kupiliśmy sobie skromną, ale przytulną działkę pod Warszawą. Cały remont ogarnęliśmy własnymi rękami: od malowania ścian przez kopanie rabatek po walkę z trawą przypominającą amazońską dżunglę. Staraliśmy się bywać tam w każdy weekend, a już minimum raz na dwa tygodnie wiadomo, trzeba podlewać te pomidory!
Nie zaszaleliśmy z warzywnikiem ot, trochę ogórków, pomidorków, ziół, cebuli i cukinii. Taki zestaw, żeby zawsze dorzucić coś świeżego do kanapki, ale żeby przy tym nie zjeść całego urlopu na pielenie.
Przy kupnie trafiliśmy na prawdziwy skarb: dzikie maliny, porzeczki, agrest i całe połacie poziomek. Często zwoziliśmy owoce do pracy i częstowaliśmy kolegów. Bo jak się czymś dzielić, to do końca!
W tym sezonie do naszego zespołu dostała się z innego działu taka jedna Mariola. Miła, ułożona, pełna uroku. Traf padł, że akurat miałam koszyk świeżych poziomek, więc dostała porcję na przywitanie. No i zaczęło się nie mogła się nachwalić, pytała skąd takie smaki, a ja, duma przepełniona, opowiadałam jej o naszej bazie wypadowej.
Nie minęło kilka dni, a Mariola przychodzi i prosi o klucze do naszego domku. Bo wie pani, córka jest właśnie na urlopie macierzyńskim, dzieciom przyda się świeże powietrze, a my i tak nie będziemy przez tydzień. „Przecież co wam szkodzi?” argumentowała z najpiękniejszym uśmiechem świata.
No, szkodzi, Mariolu i to bardzo! Ugrzeczniona, ale jednak stanowczo odmówiłam. Mariola strzeliła klasycznego focha, ale na szczęście nie drążyła tematu.
Za dwa tygodnie inna koleżanka, Ada, też z naszego działu, pyta mnie na korytarzu jak dojechać do naszego domku. Mówię: Ada, a po co ci ten adres? a ona na to, że dostała od Marioli zaproszenie na imprezę urodzinową… w naszym domku! Że niby Mariola zebrała całą ekipę, ale każdy ma dotrzeć na własną rękę
Moja szczęka wylądowała na podłodze.
Podchodzę więc do Marioli, pytam co tu się odstawia.
A ona robi wielkie oczy, wzrusza ramionami i z anielską miną: No przecież nic się nie stanie, jak raz zabawimy się w waszym domku, to tylko jedno popołudnie, nie będziemy tam spać! Nie żałujesz, prawda?”
Oj, żałuję. I domku, i ślęczonych nad grządkami godzin, i tych malin co pewnie przeżyłyby zderzenie z dziecięcą armią. Żałuję też kwiatów, trawnika, a najbardziej kultury osobistej niektórych ludzi.
Bo ani nie zaprosiła mnie oficjalnie, ani nie zapytała nawet o pozwolenie.
Odmówiłam. Mariola znów się obraziła i niech się obraża! Przez tyle lat kawałek po kawałku częstowałam wszystkich owocami, nikt nie miał tupetu, by przysposobić sobie przy tym nasz letniskowy raj. No ale jak widać musiał się w końcu znaleźć jeden odważny…



