-Czesia, wychodzę. zachrypniętym, obcym głosem powiedział Andrzej.
-Do garażu znowu? rzuciła odruchowo Czesława, nawet nie patrząc na męża.
-Nie. Czesiu, ja odchodzę. Od ciebie Do innej kobiety.
Nieobrana jeszcze ziemniak wypadła jej z ręki, odbił się i potoczył wesoło pod stół. Czesława przez chwilę patrzyła, jak ucieka, próbując zrozumieć to, co przed chwilą usłyszała. Potem nagle obróciła się i spojrzała Andrzejowi prosto w oczy. W końcu dotarł do niej sens jego słów. Z zewnątrz wyglądała jak nieruchomy klif wobec wzburzonego morza. A w niej wszystko się zawaliło. Lawina emocji przysypała całą miłość, szczęście i niespełnione marzenia
-Kto to? zapytała lodowato, zaciskając pięści, by nie rzucić się na niego z krzykiem.
-Nie znasz jej, Czesiu. Ale jest po prostu jest mi z nią naprawdę dobrze. Rozumiemy się bez słowa, mamy ze sobą dużo wspólnego. Naprawdę dużo! mówił z podziwem, a Czesława wyobrażała sobie, jak wbija mu w żebra obieraczkę, obserwując z satysfakcją jego ból.
-To chyba w końcu znalazłeś szczęście. Gratuluję powiedziała tylko, opłukała ręce razem z obieraczką z ziemniakiem już skończyła. Nie musisz się tłumaczyć, Andrzej. Jesteś wolny. Wynoś się. Na kolację nie zapraszam, chyba ktoś inny już się doczekał
Andrzej coś chrapliwie pociągnął nosem i poszedł do sypialni pakować rzeczy. A Czesława, żeby nie upaść, złapała się kurczowo brzegu zlewu, patrząc na pobielałe knykcie. Marzyła teraz o dwóch rzeczach: żeby się nie przewrócić i żeby on jak najszybciej wyszedł
-No to idę już, dobrze? szepnął ostrożnie Andrzej cofając się do drzwi. Odwróciła się powoli. Jej twarz była spokojna, niemal łagodna. Było wyraźnie widać, że się tego nie spodziewał nie było płaczu, pretensji, tylko zimna obojętność. Parsknął coś pod nosem i wyszedł z kuchni.
Czesława zaczekała, aż zamkną się drzwi i opadła bez sił na podłogę. Zawisła nad nią noc wgryzła zęby w rękę, by nie wyć z rozpaczy. Jak cierpiące, ranne zwierzę Bez szans. Nadzieja się skończyła. Dopiero po trzech godzinach, cała zapuchnięta od łez, doczołgała się do łóżka. Świat zgasł
W środku nocy Czesława obudziła się i zalała ją fala smutnej nostalgii. Pamiętała dzień, kiedy się poznali. Ona, młoda, prosta dziewczyna, przyjechała do małego miasta gdzieś pod Białymstokiem na nakaz pracy i w pierwszy weekend poszła z koleżankami na zabawę. Tam właśnie zobaczyła Andrzeja był w grupie chłopaków, którzy pilnowali porządku w miejskim parku.
Wysoki, postawny, z szerokim uśmiechem, wyróżniał się od innych. Wystarczył jeden jego rzut oka i poczuła, że przepadła. A on patrzył na nią z lekką pobłażliwością i zainteresowaniem. Też mu się spodobała drobna, bystra dziewczyna. Odprowadził ją tamtego wieczoru. Od tamtej pory byli nierozłączni.
Spotykali się prawie codziennie. Po trzech miesiącach złożyli podanie do urzędu stanu cywilnego. Wesele zorganizowali latem, była to huczna, rozśpiewana uroczystość. Najpierw mieszkali w dwupokojowym mieszkaniu w bloku, potem dostali własne M-4, gdy Czesława urodziła pierwszego syna. Byli szczęśliwi i naprawdę się kochali. Tak naprawdę kiedy jedno rozumie drugie bez słowa, po spojrzeniu, dotyku, po oddechu na plecach. I co ciekawe przez te wszystkie lata nigdy się poważnie nie pokłócili. Byli po prostu jak puzzel do puzzla, jak yin do yang, jak plus do minusa
W zeszłym tygodniu minęło im trzydzieści sześć lat małżeństwa. Najgorsza była cicha świadomość, że trzydziestej siódmej rocznicy już najpewniej nie będzie Gdy to uświadomiła sobie w środku nocy, płakała znowu cicho, łkając ze straty swojego wielkiego szczęścia.
Poranek był szary, tak jak jej dusza. Ale trzeba było wstać, wielki dom nie pozwalał na bezczynność. Zaparzyła herbatę z cukrem, więcej nie była w stanie przełknąć. Poszła ogarnąć obejście. Wyszorowała podłogi, nakarmiła kury, wypuściła kozę na wybieg, zmyła gary zostawione po wczoraj. Robiła wszystko z zapamiętaniem, jakby bała się pomyśleć o tej największej stracie. Ale była jeszcze jedna rzecz musiała powiedzieć dzieciom: synowi Jankowi i córce Halince. Zdecydowała się dopiero w południe.
-Mamo, czy on zwariował? Jak to znalazł sobie inną?! Jaką inną? To musi być żart, mamo Chcesz, to przyjedziemy z Wojtkiem? martwiła się Halina.
-Nie, Halinko, nie przyjeżdżajcie. Ty jesteś przy nadziei, takie nerwy tylko zaszkodzą. Poradzę sobie. Przecież nikt nie umarł.
Janek zareagował ostro. Wyzywał ojca, klął prawie przez całą rozmowę, aż Czesława go zganiła. Przestań. Różnie w życiu bywa. Ustalili, że przyjedzie w najbliższy weekend.
Kiedy przekazała dzieciom wiadomość, nieco jej ulżyło. Przechodząc obok lustra, napotkała swoje zagubione odbicie. Patrzyła na nią pulchna kobieta w szlafroku, bez makijażu, z podpuchniętymi oczami i popękanymi ustami.
-Teraz to się nie dziwię, że znalazł sobie młódkę. Co ze mnie zostało? Gruba, zaniedbana, bez fryzury, bez zadbanych rąk, bez niczego Tamta pewnie piękność, a ja zapomniałam o sobie. Dzieci, wnuki, mąż na pierwszym miejscu, na drugim kozy i warzywnik zamyśliła się Czesława, przygryzając wargi, wyobrażając sobie tamtą i Andrzeja razem.
Przypomniała sobie ostatni rok ich małżeństwa i zrozumiała wiele. Rok był trudny komplikacje przy ciąży Haliny, wnuk urodził się Jankowi, ciągły rozgardiasz, sprawy gospodarskie. Czasu dla męża już nie starczało wracał z pracy, jadł sam, weekendy spędzał w samotności, gdy ona zajmowała się wnukami. Wtedy pewnie znalazł się czas i miejsce na nową fascynację. Oddalili się, a ona tego nawet nie zauważyła albo nie chciała zauważyć.
Dni zaczęły się wlec. Bez niego. Na początku było ciężko, potem trochę lżej. Prosiła dzieci, by ojca nie omijały szerokim łukiem nie porzucił przecież dzieci i wnuków, ojcem był dobrym. Dzieci narzekały, ale obiecały się zastanowić. W końcu pogodziła się z tym losem. Po pół roku nabrała dystansu. Roboty nie brakowało, wzięła pracę na pół etatu, choć emerytka. Schudła, zmieniła fryzurę, zaczęła ładniej wyglądać. Z czasem powrócił jej dawny uśmiech jej najlepsza ozdoba. Cóż, życie płynie dalej.
Aż po pół roku dzwoni nieznany numer. W słuchawce usłyszała głos, który mimo wszystko rozpoznała.
-Czesiu kochana moja Przepraszam cię! Wybacz! Nie umiem bez ciebie żyć. Dwa pierwsze miesiące mi się śniłaś, co noc widzę cię przed oczami. Przyjmiesz mnie? Andrzej mówił z płaczem.
-Nie przyjmę. Masz swoją młodą macie tyle wspólnego. A ja sobie radzę i bez ciebie. odpowiedziała twardo i rzuciła słuchawką.
Od tej pory wieczorami Andrzej dzwonił, prosił, przepraszał.
-Czesiu, no już starsi jesteśmy. Co się rozdrabniać na starość? Zły duch mnie podkusił, żałuję bardzo. Kocham cię i całą rodzinę naszą, Janka, Halinkę, wnuki. Chcę z wami być.
-A kto ci broni być ojcem i dziadkiem? Lub ich, odwiedzaj, pomagaj. Ze mną już jednak nie będziesz. Kubka rozbitej nie skleisz, Andrzej, choćbyś się starał ucinała zdecydowanie.
Na początku dzieci były zagniewane na ojca, ale z czasem i Janek, i Halina zaczęli go wstawiać się za nim.
-Mamo, z Andrzejem nie ma życia bardzo żałuje, może przebacz, co? prosiła często Halina.
-No weź, mamo, przecież go kochasz nadal wtórował brat.
-Nie, nie i nie. Nie da rady. Nie mogę z nim żyć po tym wszystkim, rozumiecie? Zawsze będę pamiętać, jak mnie zdradził.
Tak żyła Czesława pracowała, prowadziła dom, zajmowała się wnukami. Bez Andrzeja.
A on, z młodą już się rozstał. Zamieszkał u schorowanej matki w Kielcach i tęsknił strasznie za Czesławą. Często wspominał dawne wspólne życie, żałował szczerze, co zrobił. Wiedział jednak, że nie da się cofnąć czasu. Musi z tym żyć
Pewnego dnia podjął decyzję. Podejdzie pod dom Czesławy, padnie jej do nóg i będzie prosił o wybaczenie. Może, może się zlituje i przyjmie go z powrotem. A jak nie chociaż ją zobaczy.
Ubrawszy się odświętnie, ruszył w drogę. Przyjechał, puka do drzwi nikt nie otwiera. Czesława pracowała w nocy na dyżurze w szpitalu. Usiadł więc na ławce na ganku, żeby poczekać. Po chwili zmorzył go sen pierwszy taki głęboki od miesięcy. Pewnie dlatego, że wrócił do swojego domu i zmęczenie go w końcu pokonało.
Czesława wróciła skoro świt z nocnego dyżuru. Zdziwiła się, widząc Andrzeja leżącego na ławce. Przez chwilę sądziła, że już nie żyje. Jego twarz w świetle księżyca była blada, nieruchoma. Szturchnęła go cisza, żadnej reakcji. Postukała w ramię nic. Potrząsnęła mocno zero odzewu.
-Jezu najsłodszy, Andrzejek zostawiłeś mnie samą Jak ja sobie teraz dam radę rozpaczała, rzuciwszy się na jego pierś
A wtedy on nagle chwycił ją za ramiona i zaczął całować.
-A to kochasz jeszcze, bo żeś ukochany powiedziała! I ja cię kocham, Czesiu moja! Wybacz mi! padł jej do nóg, chowając twarz w dłoniach
-Ty łobuzie przeklęty! Ty oszuście! biła go po plecach Czesława. Myślałam, że nie żyjesz, myślałam, że wróciłeś, żeby umrzeć Wyśmiałeś się już na boku? To teraz masz po nosie
Od tamtej chwili pogodzili się i żyli ze sobą jeszcze lepiej i szczęśliwiej. Miłość między nimi tylko się umocniła. Zrozumieli, co znaczy naprawdę stracić swojego, jedynego człowieka. I jak ważne jest potrafić przebaczać, nawet jeśli duma na to nie pozwala. Bo bywa, że nawet jeśli ktoś zawini bardzo, w sercu i tak da się znaleźć dla niego miejsce. A najważniejsze żeby cenić teraźniejsze szczęście, nie rozpamiętywać tylko tych straconych dni.
Taka to historia z dobrym zakończeniem.




