Między Dwoma Ogniami

Słuchaj, była taka rodzina Kowalskich w bloku, no wiesz, typowa historia z klatki schodowej. Nagle z jednego mieszkania wrzask się rozniósł: Co z tobą znowu nie tak?! Ile można?! Mam już tego wszystkiego po uszy! Kobiecy głos tak głośno, że słychać było na całym piętrze.

Właśnie wtedy Zuzanna i Mateusz wchodzili po schodach. Zamarli jak wryci, spojrzeli na siebie i bez słowa wiedzieli lepiej nie wchodzić. Westchnęli razem i zawrócili, idąc cicho do babci Jadwigi. Po co spędzać wieczór przy takich awanturach rodziców? Na pewno nie oni. Zaczęli chodzić do sąsiedniego bloku, gdzie mieszkała babcia. Dawniej zaglądali tylko w weekendy, a teraz prawie co wieczór tam lądowali na noc.

W domu u rodziców atmosfera dawno zrobiła się nie do zniesienia. Oni tylko krzyczeli na siebie bez końca, jakby zapomnieli o reszcie świata. A najgorsze, że coraz częściej wciągali w to dzieci. To matka pytała córkę: No powiedz, mam rację? Zgadzasz się ze mną? To ojciec do syna: Nie, ja tu mam rację! Potwierdź to!

Zuzanna i Mateusz milczeli. Nie chcieli wybierać stron, nie chcieli być częścią tego całego zamieszania. Chcieli po prostu ciszy, spokoju i ciepła tego, co znajdowali u babci.

Takie sceny powtarzały się codziennie, jakby ktoś puszczał starą płytę i nikt nie umiał jej wyłączyć. Dzieci już po tonie głosu albo po tym jak rodzice się patrzyli wiedziały, że zaraz będzie. Po ruchach, po tym napięciu w powietrzu wszystko to były sygnały, żeby się zmywać. Bo któż by chciał żyć w ciągłym stresie, gdzie każda rozmowa może w sekundę przerodzić się w wielki krzyk?

Nie mogli pojąć, co dokładnie wywołało tę katastrofę. Ich rodzina nigdy nie była idealna jak z reklamy, ale wcześniej rodzice umieli się dogadać. Kłótnie się zdarzały, ale kończyły się spokojną rozmową. Mama się marszczyła, tata trochę podnosił głos, a po pół godzinie wszystko było załatwione. Wszyscy siadali przy stole, pili herbatę i planowali weekend.

Ale jakieś dwa lata temu wszystko się zmieniło… Jakby ktoś podmienił dawnych rodziców na innych tych, co znajdowali powód do awantury w byle czym. Brudna szklanka zostawiona na stole? Powód do długiego wykładu o braku szacunku. Koszula nie na swojej wieszaku? Powód do złośliwych uwag o porządku. Łyżeczka w zlewie? Prawie przestępstwo warte wielominutowego roztrząsania!

Pewnego wieczoru Zuzanna siedziała u babci, mechanicznie mieszając herbatę. Długo milczała, patrząc jak wirują bursztynowe smugi w filiżance, a potem nagle z goryczą zapytała: No jak tak, babciu? Wszystko się zmieniło po ich wspólnym wyjeździe. Co tam się stało?

Babcia Jadwiga na chwilę zamarła, postawiła filiżankę na spodku i delikatnie pogłaskała Zuzannę po ręce. Sama tylko się domyślała przyczyn tego rodzinnego rozłamu i te domysły jej nie cieszyły.

Dorośli sami sobie poradzą odpowiedziała miękko, starając się brzmieć pewnie. Czasem ludziom trzeba czasu, żeby zrozumieć, jak lepiej postąpić.

Zuzanna skinęła głową, ale w jej oczach było widać niedowierzanie. Wiedziała, że babcia coś ukrywa, ale nie naciskała. Po co, skoro traktują ją jak dziecko, to nic poważnego nie usłyszy.

Nie wytrzymamy już tych krzyków! z desperacją w głosie wybuchnął Mateusz. Nie da się normalnie lekcji odrobić, książki poczytać! Nie pamiętam, kiedy ostatnio cała rodzina przy jednym stole siedziała. Jeśli im tak ciężko razem, niech się rozwiodą wszystkim będzie lżej!

Słowa same wyszły, ale była w nich cała prawda ostatnich miesięcy. Mateusz mówił nie tylko za siebie wiedział, że siostra czuje dokładnie to samo. W domu dawno nie było ciszy: to mama coś ostro powie, to tata odpowie z irytacją, i już zaczyna się kolejna awantura, przed którą nie ma gdzie uciec…

Mateusz… zmieszała się babcia. Odłożyła robótkę, uważnie spojrzała na wnuka i powoli pokręciła głową. A pomyślałeś, co będzie jak się rozwiodą? Będziecie musieli być rozdzieleni. Jesteś gotowy żyć osobno od Zuzanny?

Będziemy mieszkać z tobą! zaraz powiedziała Zuzanna, patrząc na babcię błagalnie. I tak prawie zawsze tu jesteśmy! Nie będziesz miała nic przeciwko?

Babcia Jadwiga zamarła. Rozumiała uczucia wnuków widziała jak im ciężko, jak są zmęczeni ciągłymi awanturami rodziców. Z jednej strony dzieci będą tu bezpieczne w spokojnej, życzliwej atmosferze, gdzie można odrabiać lekcje bez krzyków, czytać książki w ciszy i po prostu czuć się chronionymi. Kochała ich ogromnie i była gotowa otoczyć opieką.

Z drugiej strony, co z ich rodzicami? Jak im wytłumaczyć, że dzieci nie chcą wracać do domu? Zgodzą się na taki wariant? A jak się zgodzą jak to wpłynie na ich relacje z dziećmi? Nie wyjdzie tak, że efektem tej decyzji będzie całkowite zerwanie z rodzicami?

Nie spieszmy się głęboko westchnąwszy, powiedziała kobieta. Zawsze tu jesteście mile widziani, wiecie to. Ale najpierw spróbujmy porozmawiać z mamą i tatą. Może razem znajdziemy sposób, żeby to naprawić.

Nie martw się, my sami z nimi pogadamy pewnie oświadczyła Zuzanna, szczęśliwie się uśmiechając. Babcia już prawie się zgodziła, a to najważniejsze! Tylko nie odmawiaj nam, proszę! Naprawdę nie możemy tam być! Im też będzie lepiej osobno inaczej kiedyś sobie zaszkodzą! Widziałam wczoraj jak tata zamachnął się na mamę… Nie uderzył, szczerze! Ale był na granicy.

Zuzanna umilkła, przypominając sobie ten straszny moment. Wtedy weszła do kuchni po szklankę wody i stanęła w drzwiach: ojciec stał w półobrocie do matki, ręka ostro uniosła się w górę, a mama odruchowo się schyliła. Po sekundzie ojciec opuścił rękę, ale ta sekunda dla Zuzanny rozciągnęła się w wieczność.

Babciu, zgódź się! poparł siostrę Mateusz. Podszedł bliżej, złapał babcię za rękę, jakby się bał że zaraz odmówi. Będziemy pomagać w domu we wszystkim. Tylko nie wracaj nas tam. Oni w ogóle na nas nie zwracają uwagi! Wczoraj podszedłem do taty, powiedziałem że będzie zebranie. Wiesz co odpowiedział? Idź do mamy! No to poszedłem. Zgadnij co mama powiedziała?

Idź do taty? cicho zapytała babcia Jadwiga, już znając odpowiedź.

Dokładnie! Mateusz gorzko się uśmiechnął. A potem jeszcze dwie godziny się kłócili, kto z nich pójdzie na zebranie. Siedzieli w różnych pokojach i krzyczeli na siebie przez korytarz. A ja po prostu stałem i słuchałem.

A ja prosiłam o podpisanie zgody na wycieczkę do muzeum dodała Zuzanna, spuszczając oczy. Jej palce nerwowo szarpały rąbek rękawa. I teraz jestem jedyną w klasie, która nie pojedzie. Nikt z nich nie podpisał papieru. Za to znowu zaczęli się kłócić mama krzyczała że to obowiązek taty, a tata dowodził że mama powinna zajmować się sprawami szkolnymi.

Babcia Jadwiga patrzyła na wnuki i widziała jak bardzo są zmęczeni. W ich oczach było nie dziecięce zmęczenie to co narasta miesiącami, kiedy każdy dzień wygląda jak poprzedni, kiedy zamiast rodzinnego ciepła ciągłe awantury, zamiast wsparcia obojętność.

I tak zawsze westchnął Mateusz, opuszczając ramiona. Jego głos brzmiał zmęczeniem, jakby powtarzał to już setki razy. Każde nasze zwrócenie się staje się powodem do nowej kłótni. Nie chcemy nawet wracać do domu. Parę dni temu przyszliśmy o jedenastej wieczorem i myślisz że nas zganił? Nie! Po prostu posłali spać, nawet nie pytając gdzie byliśmy. Za to potem jeszcze długo obwiniali się o złe wychowanie.

Młodzi znowu westchnęli razem. W ostatnich miesiącach poważnie rozważali że rozwód rodziców to jedyne wyjście z tej sytuacji. Ale przerażała ich perspektywa rozdzielenia, która nieuchronnie by po tym nastąpiła. Ktoś zostałby z mamą, ktoś z tatą, a zwykła bliskość zmieniłaby się w rzadkie spotkania w weekendy.

Przegadali różne warianty, szeptem wieczorami kiedy zostawali sami w swoim pokoju. Raz Mateusz żartem zaproponował uciec z domu po prostu wziąć plecaki i iść gdzie oczy poniosą. Powiedział to z uśmiechem, próbując rozładować atmosferę, ale Zuzanna niespodziewanie potraktowała pomysł poważnie. Jej oczy na sekundę się rozbłysły, a potem cicho powiedziała: A co jeśli naprawdę uciec? Choć na parę dni… W tamtym momencie oboje zrozumieli sytuacja w rodzinie stała się tak nie do zniesienia, że nawet myśl o ucieczce wydawała się nie taka szalona.

I wtedy ich olśniło: babcia! Dlaczego by nie przeprowadzić się do niej? Ta myśl przyszła jednocześnie do obojga, jakby myśleli unisono. Zuzanna pierwsza to powiedziała: A może poprośmy babcię żebyśmy u niej mieszkali? Ona na pewno nie będzie krzyczeć i awanturować się. I nie będziemy musieli słuchać tych ciągłych sporów… Mateusz zaraz podchwycił: Tak! Jest dobra, zawsze nas wspiera. I mieszkanie ma duże nam wystarczy miejsca.

Zaczęli w myślach malować obraz nowego życia: spokojne śniadania, możliwość odrabiania lekcji w ciszy, wieczory przy grach planszowych z babcią. Bez krzyków, bez oskarżeń, bez konieczności chowania się w swoim pokoju żeby nie wpaść pod gorącą rękę. Po raz pierwszy od dawna w ich sercach zapłonęła nadzieja. Niech rodzice sami się między sobą dogadają, a oni wreszcie odzyskają spokój o tym myśleli Zuzanna i Mateusz, wyobrażając sobie jak będą żyć u babci…

No i poszli do rodziców: Mamo, tato, musimy poważnie porozmawiać twardo powiedzieli bliźniacy, stojąc przed nimi. Specjalnie czekali na wieczór kiedy oboje w domu i zdecydowanie weszli do salonu. Zuzanna mocno trzymała Mateusza za rękę tak łatwiej jej było zachować pewność. Ale najpierw obiecajcie wysłuchać nas do końca zanim powiecie swoje zdanie.

Marek oderwał się od telefonu i zdziwiony uniósł oczy. Beata, która układała rzeczy na kanapie, gwałtownie się wyprostowała. Na jej twarzy pojawił się wyraz jakby dzieci powiedziały coś zupełnie nie do pomyślenia.

To wszystko twoje wychowanie! prychnęła, krzyżując ręce na piersi. Dzieci już stawiają nam warunki! Jakbyśmy musieli przed nimi się tłumaczyć!

A kto mówi! natychmiast zapalił się mężczyzna, odkładając telefon. Ja ciągle w pracy, staram się utrzymać rodzinę. Ty cały czas z nimi! I czego ich nauczyłaś? Dlaczego teraz nami rządzą?

Bliźniacy spojrzeli na siebie. Spodziewali się czegoś takiego że rozmowa od razu zejdzie na zwykłe tory wzajemnych oskarżeń. Ale nie mogli się cofnąć.

Dość! prawie ze łzami w głosie krzyknęła Zuzanna. Zrobiła krok do przodu, starając się mówić wyraźnie i spokojnie choć w środku wszystko drżało. My z Mateuszem pomyśleliśmy i zdecydowaliśmy że powinniście się rozwieść.

W pokoju od razu zrobiło się cicho. Beata zamarła z otwartymi ustami, a Marek powoli wstał z kanapy.

To są nowiny! głos matki zabrzmiał groźnie. Zuzanno, jesteś jeszcze za mała żeby wskazywać dorosłym jak mają żyć! I co jeszcze 'zdecydowaliście’? Może jeszcze mieszkanie podzielicie za nas?

Jeśli się nie rozwiedziecie to pójdziemy do opieki społecznej Mateusz mocno ścisnął rękę siostry jakby czerpiąc z tego siłę. Jego głos brzmiał twardo choć w środku sam nie do końca wierzył że mówi to na serio. I wtedy tato możesz stracić pracę. W twojej firmie nie lubią skandali, prawda? Sam mówiłeś że reputacja to wszystko.

A ciebie mamo kontynuowała Zuzanna patrząc prosto w oczy matki przestaną szanować sąsiedzi. Z tobą nawet rozmawiać nie będą! Wszyscy wiedzą jak się kłócicie a my dodamy szczegóły!

Grożą nam! Tylko popatrz na nich! wreszcie wydusiła z siebie Beata przerzucając wzrok z jednego dziecka na drugie. To nasze dzieci! Jak możecie tak z nami?

Nie grozimy cicho ale pewnie powiedział Mateusz. Po prostu chcemy żebyście zrozumieli: tak żyć się nie da. Jesteśmy zmęczeni! Zmęczeni krzykiem, tym że nas nie słyszycie, tym że nawet proste prośby zamieniają się w skandal.

Rozwiedziecie się, wyprowadzicie się a my będziemy mieszkać u babci chórem dokończyli dzieci jakby wcześniej próbowali. Tak będzie lepiej dla wszystkich: nam spokojnie, wam bez ciągłych konfliktów. Nie chcemy być między wami jak między dwoma ogniami.

Rodzice zamarli. Po raz pierwszy od dawna nie znaleźli co odpowiedzieć. Zazwyczaj w takich rozmowach od razu zaczynali się kłócić, przerywać sobie, szukać winnych ale teraz oboje jakby oniemieli.

Ich trzynastoletnie dzieci zachowywały się zupełnie nieoczekiwanie! Zuzanna i Mateusz stali obok siebie trzymając się za ręce i patrzyli na rodziców twardo bez zwykłej nieśmiałości. I mówili o tak poważnych rzeczach o których oni dorośli starali się nie myśleć.

Sami małżonkowie nie raz zastanawiali się nad rozwodem. Ale zawsze zatrzymywało ich to samo pytanie z kim zostaną dzieci? Rozdzielać bliźniaków wydawało się nie do pomyślenia byli niesamowicie blisko zawsze wszystko robili razem wspierali się nawzajem. Rodzice nie wyobrażali sobie jak można oderwać jednego od drugiego zmusić do życia w różnych domach widywać się tylko w weekendy.

Opcji z babcią wcześniej nie rozważali. Dlaczegoś ta myśl nigdy nie przyszła im do głowy może dlatego że oboje byli zbyt pochłonięci swoimi urazami i wzajemnymi pretensjami. Ale teraz usłyszawszy propozycję dzieci Marek i Beata mimowolnie się zastanowili: a co jeśli to właśnie wyjście? Babcia kocha wnuki ma przestronne mieszkanie zawsze cieszy się ich widzieć… Może to naprawdę rozwiąże przynajmniej część problemów?

Zadzwonię do mamy wreszcie powiedział Marek przez zęby. Jego głos brzmiał głucho jakby słowa przychodziły z trudem. Jeśli ona się zgodzi…

Nie zdążył skończyć zdania. Beata gwałtownie przerwała mu i w jej głosie zabrzmiało takie zmęczenie że zaskoczyło nawet ją samą:

To wreszcie przestaniemy się męczyć. Dzwon. Będę szczęśliwa nie widzieć twojej twarzy codziennie.

Jej słowa zawisły w powietrzu. Nie chciała być taka ostra ale przez lata nagromadzonych uraz i rozczarowań te słowa same wyszły.

A ja to jak będę rad! odpowiedział Marek starając się ukryć za ironią ten ból który sprawiły mu słowa żony.

W jego tonie nie było złości tylko gorzki uśmiech nad tym w co zamieniło się ich życie rodzinne. Wyjął telefon i powoli wybrał numer matki. Podczas dzwonków oboje patrzyli w różne strony unikając wzroku. Jeszcze nie wiedzieli do czego doprowadzi ta rozmowa ale rozumieli: punkt bez powrotu być może już został przekroczony…

Tego dnia rodzina Kowalskich podjęła przełomową decyzję. Wszystko zaczęło się od długiej rozmowy Marka z matką. Babcia Jadwiga słuchała uważnie nie przerywając tylko od czasu do czasu zadawała doprecyzowujące pytania.

Kiedy Marek wreszcie wyłożył wszystko do końca zapadła cisza. Babcia głęboko westchnęła i powiedziała:

Jeśli oboje rozumiecie że tak będzie lepiej dla dzieci zgadzam się. Będą tu bezpieczni zaopiekuję się nimi.

Wieczorem małżonkowie spotkali się w kuchni po raz pierwszy od dawna bez krzyków i wzajemnych wyrzutów. Usiedli naprzeciwko siebie i zaczęli omawiać szczegóły. Stopniowo krok po kroku doszli do jednego: rozwód to jedyne rozsądne wyjście z sytuacji. Dzieci przeprowadzą się do babci a rodzice będą co miesiąc przelewać jej środki na ich utrzymanie.

Przy tym nikt nie zamierzał zostawiać dzieci na pastwę losu. I ojciec i matka przysięgli przyjeżdżać w weekendy prawda w różne dni żeby zminimalizować kontakty między sobą.

Będę przyjeżdżał w sobotę rano zabierać ich na spacer a ty w niedzielę zmęczony powiedział mężczyzna na co jego jeszcze żona zgodnie skinęła głową. Tak będzie prościej. Najważniejsze żeby dzieci nie czuły się porzucone.

Ich główny cel sprowadzić komunikację do minimum i tym samym uniknąć nowych konfliktów. Uzgodnili nie rozmawiać o sobie przy dzieciach nie próbować przeciągać ich na swoją stronę nie wyjaśniać relacji w ich obecności.

Wciąż jesteśmy ich rodzicami powiedział Marek. I musimy nimi być nawet jeśli nie będziemy już małżonkami.

I jak pokazał czas decyzja okazała się idealna. Dzieci wreszcie mogły się odprężyć i zacząć żyć jak zwykli nastolatkowie. Zuzanna zapisała się na kółko rysunku dawno o tym marzyła ale wcześniej brakowało czasu przez ciągłe zmartwienia. Mateusz zaczął chodzić na piłkę nożną znalazł nowych przyjaciół w drużynie. Znowu zaczęli spędzać czas razem: spacerowali po mieście chodzili do kina rozmawiali o sprawach szkolnych bez strachu że w każdej chwili zacznie się kolejna awantura.

Stabilność wróciła też do nauki. Teraz mieli ciche miejsce do zajęć nikt nie rozpraszał krzykiem i sporami. Zadania domowe wykonywali spokojnie bez nerwów i to od razu odbiło się na ocenach. Nauczyciele zauważyli zmiany: Staliście się tacy uważni dzieciaki! Tak trzymać!

Stopniowo życie weszło w nowe tory nie idealne ale spokojne i przewidywalne. Dzieci nie chowały się już w swoim pokoju nie drżały od głośnych głosów nie przeżywały każdej sytuacji. Po prostu żyli jak powinni żyć nastolatkowie którym udało się znaleźć oparcie w najtrudniejszych okolicznościach…

Pięć lat później życie rodziny Kowalskich płynęło miarowo i spokojnie. Zuzanna i Mateusz dawno przyzwyczaili się do nowego układu: nauka kółka spotkania z przyjaciółmi ciepłe wieczory u babci. Rodzice wciąż przyjeżdżali na zmianę każdy w swój dzień z prezentami i uwagą ale bez wzajemnych pretensji. Przez te lata nauczyli się komunikować powściągliwie grzecznie bez dawnych wybuchów złości.

Pierwszy osobisty kontakt byłych małżonków nastąpił na studniówce dzieci. Szkoła organizowała uroczysty wieczór i oboje rodzice oczywiście przyszli. Trzymali się początkowo na dystans zajmując miejsca w różnych częściach sali ale stopniowo lód stopniał.

Kiedy zaczęły się tańce Marek niespodziewanie podszedł do Beaty:

Może potańczymy? Wspomnijmy przeszłość.

Ona chwilę się zastanowiła potem skinęła głową.

Po wieczorze długo siedzieli w szkolnym podwórku obserwując jak absolwenci bawią się przy fontannie. Rozmowa nawiązała się sama najpierw o dzieciach potem o przeszłości.

Dużo rozmawiali tego wieczoru wspominali szczęśliwe chwile ich małżeństwa i zachowywali się całkiem przyzwoicie. Mówili nie o starych urazach ale o tym dobrym co kiedyś ich łączyło. Bliźniacy obserwując rodziców z daleka nie mogli się nacieszyć. Mimo wszystko bolało ich widzieć jak dwoje najbliższych osób traktuje się prawie jak wrogów.

Ale nagle grom z jasnego nieba. Następnego dnia Marek i Beata zaprosili dzieci do kawiarni. Przy herbacie spojrzawszy na siebie wzięli się za ręce i Marek z szerokim uśmiechem oznajmił:

Dzieci z mamą pomyśleliśmy i zdecydowaliśmy znowu się pobrać. Przez te lata zrozumieliśmy że nasze uczucia nie zgasły! Wciąż się kochamy i chcemy znowu zostać rodziną.

Jego głos brzmiał radośnie jakby dzielił się najszczęśliwszą nowiną w życiu. Beata promieniała wyraźnie oczekując entuzjastycznej reakcji.

Bliźniacy spojrzeli na siebie ich twarze natychmiast pociemniały. W oczach Zuzanny błysnęło niedowierzanie Mateusz zacisnął pięści pod stołem. Znowu te same błędy! Co się dzieje w głowach rodziców? Czy będą mogli żyć razem bez konfliktów?

Mówicie poważnie? tylko tyle zdołała wydusić Zuzanna.

Absolutnie pewnie odpowiedział Marek. Oboje się zmieniliśmy. Nauczyliśmy się słuchać siebie. I chcemy dać naszej rodzinie drugą szansę.

Dzieci milczały. W środku szalały sprzeczne uczucia: z jednej strony chcieli wierzyć że rodzice naprawdę potrafili się zmienić; z drugiej bali się powtórki tego bólu który przeżyli kiedyś.

Jednak nie odradzali im. Nawet nie skomentowali tego oświadczenia czym mocno urazili rodziców. Beata zmieszana spojrzała na dzieci:

Co nie cieszycie się? Myśleliśmy że będziecie szczęśliwi za nas.

Ale bliźniacy tylko spojrzeli na siebie i wzruszyli ramionami. A co mogli powiedzieć? Nie róbcie tego! Nie psujcie sobie życia!? Słowa utknęły w gardle. Nie chcieli wydawać się bezduszni ale nie mogli udawać że wszystko jest super.

Do końca spotkania rozmowa nie kleiła się. Rodzice próbowali opowiadać o swoich planach dzieci grzecznie kiwali ale myśli były daleko. Po drodze do domu Zuzanna cicho powiedziała bratu:

Mam nadzieję że wiedzą co robią.

Mateusz tylko westchnął w odpowiedzi…

No więc jedziemy do Warszawy? Zuzanna otworzyła laptopa zamierzając przeszukać strony uniwersytetów. Daleko od tego szaleństwa. Już wyobrażam sobie czym ten cyrk się skończy!

Oczywiście jedziemy pewnie powiedział Mateusz i w jego głosie zabrzmiało nie dziecięce zmęczenie. Przeprowadził ręką po włosach jakby próbując zrzucić z siebie ciężar ostatnich miesięcy. Oni spokojnie przeżyją miesiąc no maksymalnie dwa. Potem wszystko od nowa: krzyki trzaskanie drzwiami oskarżenia… Nie chcę już być zakładnikiem ich relacji. Nie chcę każdego ranka zgadywać w jakim są humorze i na kogo z nas spadnie kolejny potok pretensji.

Wstał i przechadzał się po pokoju mechanicznie zbierając rozrzucone podręczniki. W głowie krążyła jedna i ta sama myśl: dlaczego dorośli którzy powinni być przykładem mądrości i stabilności zachowują się jak niezrównoważeni nastolatkowie? Dlaczego zamiast rozwiązywać problemy znowu i znowu stają na te same grabie?

Trzeba wyjechać powtórzył zatrzymując się przy oknie. Za szybą powoli zapadał zmierzch malując miasto w miękkich pomarańczowych tonach. Mateusz patrzył w dal jakby próbując dostrzec tam swoją przyszłość. Daleko. Tak daleko żeby ich awantury nie mogły nas dosięgnąć. Niech sami się dogadają. Nie jesteśmy już ich psychologami nie mediatorami nie piorunochronami. Mamy swoje życie swoje marzenia i nie pozwolę im zniszczyć kolejnym cyklem rodzicielskiego szaleństwa.

Kiedy składamy dokumenty? spokojnie zapytała Zuzanna.

Jutro odpowiedział Mateusz bez wahania. Żeby na pewno nie zmienić zdania.

Dziewczyna kiwnęła głową w milczeniu nie odrywając wzroku od monitora. Na ekranie migały strony stron warszawskich uczelni już tydzień studiowała programy warunki w akademikach perspektywy zatrudnienia po studiach. W jej notesie obok laptopa rosły listy: plusy i minusy każdej opcji potrzebne dokumenty terminy kontakty komisji rekrutacyjnych.

Najważniejsze spokojnie się uczyć nie rozpraszając się ich rozbiórkami cicho powiedziała jakby podsumowując swoje rozważania. Dobrze że będziemy tak daleko.

Właśnie zgodził się Mateusz siadając obok. Lekko pochylił głowę wczytując się w linijki na ekranie. I kiedy oni znowu zaczną wyjaśniać kto winny my nawet nie usłyszymy. Niech dzwonią narzekają próbują wzywać na 'rodzinną naradę’ my więcej nie uczestniczymy w tym. A ich chęć 'dać relacjom drugą szansę’ on gorzko się uśmiechnął to ich wybór nie nasz.

Beata i Marek jednak zagrali drugi ślub. Tym razem świadomie zrezygnowali z hucznego wesela: nie chcieli dodatkowych wydatków nie chcieli przyciągać uwagi i szczerze mówiąc nie czuli że potrzebują czegoś wielkiego. Ograniczyli się do skromnej ceremonii w urzędzie stanu cywilnego i kolacji w gronie najbliższych rodziców kilku przyjaciół dzieci.

Na zdjęciach z tego dnia wyglądali naprawdę szczęśliwi. Uśmiechali się trzymali za ręce patrzyli na siebie z czułością i ciepłem. W kadrze widać było splecione palce miękkie spojrzenia lekkie dotknięcia. Wydawało się że wszystkie urazy zapomniane że lata rozstania poszły na dobre że teraz dokładnie wiedzą czego chcą i czeka ich tylko jasna przyszłość. Dzieci patrząc na te zdjęcia mimowolnie się zastanawiali: może tym razem wszystko naprawdę ułoży się inaczej?

Ale… niestety nie. Pierwsze tygodnie po ślubie minęły zaskakująco spokojnie: małżonkowie starali się być bardziej uważni wobec siebie częściej mówili dziękuję nie czepiali się drobiazgów. Jednak stopniowo stare nawyki zaczęły wracać. Już po miesiącu w ich mieszkaniu znowu zabrzmiały podniesione tony. Na początku to były powstrzymywane wyrzuty ciche ale złośliwe: Znowu nie posprzątałeś po sobie?, Dlaczego nie uprzedziłeś że się spóźnisz?, Mógłbyś pomóc skoro siedzisz w domu.

Potem zaczęły się otwarte konflikty. Kłótnie powstawały z byle powodu: ktoś zostawił mokre ręczniki w łazience ktoś zapomniał kupić chleb ktoś za głośno włączył telewizor… Słowa stawały się ostrzejsze głosy głośniejsze przerwy między awanturami krótsze.

A po dwóch miesiącach jak przewidział Mateusz sytuacja zaogniła się do granic. Pewnego wieczoru kłótnia o to kto ma kupić zakupy przerodziła się w prawdziwą burzę. Marek nie wytrzymując w furii rzucił kubkiem w ścianę rozbił się z głośnym brzękiem odłamki rozleciały po kuchni. Beata nie mniej wściekła złapała ze stołu talerz i z siłą rzuciła go na podłogę. Brzęk tłukącej się porcelany rozniósł się echem po mieszkaniu.

Po takich scenach rodzice niezmiennie próbowali dodzwonić się do dzieci. Za każdym razem rozmowa zaczynała się tak samo: jedno z nich wybierało numer ledwo złapało oddech po awanturze i od razu wylewało nagromadzone urazy.

Wyobrażasz sobie co on dzisiaj powiedział? łamała się na płacz Beata kiedy Zuzanna brała słuchawkę. Nawet nie próbuje mnie zrozumieć!

Synu musisz mnie zrozumieć ona w ogóle się nie kontroluje wzburzony mówił Marek do Mateusza. Staram się naprawdę staram ale ona jakby szukała pretekstu!

Ale Zuzanna i Mateusz nauczyli się miękko ale nieugięcie przerywać te monologi. Nie angażowali się już w długie dyskusje nie próbowali rozstrzygać kto ma rację. Ich odpowiedzi były krótkie ale twarde.

Mamo jestem teraz na zajęciach oddzwonię później spokojnie mówiła Zuzanna patrząc na zegarek: do początku zajęć zostało jeszcze dwadzieścia minut ale nie chciała słuchać kolejnego monologu.

Tato mam pilną pracę omówimy to w weekend odpowiadał Mateusz nie odrywając się od ekranu laptopa. Wiedział jeśli pozwoli rodzicowi się wygadać rozmowa przeciągnie się na godzinę a potem będzie musiał jeszcze uspokajać.

Później i w weekend niezmiennie odkładano. Dzieci znajdowały wymówki nauka dorabianie spotkania z przyjaciółmi i stopniowo telefony od rodziców stawały się rzadsze. Zuzanna i Mateusz nie czuli winy za to: po prostu chronili swoje nerwy i czas wiedząc że nie są w stanie zmienić tego co dzieje się między mamą a tatą.

Bliźniacy naprawdę mieli swoje życie pełne sensowne dalekie od rodzicielskich dramatów. Każdy ich dzień teraz składał się z własnych trosk zainteresowań i planów a nie z oczekiwania na kolejną awanturę za ścianą.

Zuzanna z głową zanurzyła się w studiowanie psychologii. Lubiła rozkładać jak działa ludzka dusza dlaczego ludzie postępują tak a nie inaczej jak można pomóc tym co znaleźli się w trudnej sytuacji. Na trzecim roku zaczęła wolontariować w centrum pomocy dla nastolatków z trudnych rodzin. Tam prowadziła grupowe zajęcia pomagała dzieciakom wyrażać uczucia znajdować wyjścia z skomplikowanych sytuacji. Widziała w tych nastolatkach echa własnego przeszłości i starała się dać im to czego kiedyś zabrakło jej: uwagę wsparcie poczucie że są słyszani.

Mateusz znalazł siebie w IT. Od pierwszych lat studiów zafascynował się programowaniem fascynowała go logika kodu możliwość tworzenia działających systemów rozwiązywania skomplikowanych zadań technicznych. Dużo czasu spędzał przy komputerze uczył się nowych języków programowania brał udział w studenckich hackathonach. Na czwartym roku jego zespół zajął trzecie miejsce w regionalnym konkursie na aplikacje mobilne to dodało mu pewności i pokazało że idzie w dobrym kierunku. Mateusz zatrudnił się na dorobek w małej firmie IT gdzie szybko dał się poznać jako odpowiedzialny i zdolny pracownik. Pracując nad realnymi projektami uczył się współpracować z kolegami mądrze zarządzać czasem znajdować rozwiązania w nietypowych sytuacjach.

Bliźniacy zaczęli planować przyszłość bez oglądania się na rodzicielskie skandale. Zuzanna marzyła o otwarciu własnej praktyki pomaganiu rodzinom znaleźć wspólny język. Mateusz rozważał własny biznes. Omawiali plany przy herbacie w kawiarni budowali schematy zapisywali pomysły w notesach. I w tych momentach czuli: mają oparcie. Mają drogę. Mają życie które należy tylko do nich.

Kiedy Beata i Marek kolejny raz próbowali wciągnąć ich w swoje problemy zadzwonili we łzach zaczęli opowiadać jak źle jak się nie rozumieją bliźniacy odpowiedzieli spokojnie i twardo. Wcześniej omówili jak będą prowadzić rozmowę żeby nie urwać się nie wciągnąć w zwykłą rolę mediatorów.

Dość drodzy rodzice radźcie sobie sami twardo stwierdziła Zuzanna. Macie swoje życie my swoje.

Ale wy jesteście naszymi dziećmi! łkając powiedziała Beata. Musicie nas wspierać!

Gdybyście zachowywali się normalnie a nie jak małe dzieci wsparlibyśmy was zaraz oświadczył Mateusz. Popełniliście błąd pobierając się ponownie i dalej się męczycie. Nie możecie normalnie współistnieć w jednej przestrzeni to po co się męczycie? Rozwiedźcie się już i wyprowadźcie.

Niech te słowa wydają się okrutne… Ale brat z siostrą po prostu chcieli żyć spokojnie.

Oceń artykuł
TwojaCena
Między Dwoma Ogniami