Kinga już od dwóch godzin grzała ławkę w poczekalni przed gabinetem babci Honoraty. Ta słynna szeptucha była dla niej ostatnią deską ratunku. Od kilku lat Kinga bezskutecznie próbowała zostać mamą. Wszystkie wyniki badań wzorcowe, żadnych usterek ani podejrzanych bakterii.
Ja to nie wiem, co pani powiedzieć Wyniki perfekcyjne, żadnych patologii westchnęła pani doktor, robiąc bezradne gesty.
Ale jak to? Przecież musi być jakaś przyczyna. Skoro zdrowa jestem jak rydz, to czemu nie zachodzę w ciążę? dopytywała się Kinga.
Nie wiem. Tutaj medycyna rozkłada ręce. No może proszę pójść do kościoła pomodlić się czy coś wymamrotała lekarz.
***
Kinga i jej mąż, Piotrek, byli małżeństwem od pięciu lat. Wszystko mieli i pieniądze, i własne mieszkanie, i miłość, i zrozumienie. Brakowało tylko jednego dziecięcego śmiechu w ich przestronnym domu na obrzeżach Warszawy.
Od dłuższego czasu Kinga miała przeczucie, że ciąży nad nimi jakieś fatum. Po słowach lekarki tylko się w tym utwierdziła.
Kościół, kościołem, ale wiesz co? powiedziała jej przyjaciółka Jola, wręczając kartkę z adresem W twoim przypadku tylko szeptucha może pomóc! Jedź, nie gadaj! Im szybciej, tym lepiej.
W końcu przyszła jej kolej. Kinga nieśmiało przekroczyła próg niskiej, drewnianej chatki w jakiejś wsi pod Piasecznem. Spodziewała się tam zastać co najmniej wiedźmę z brodą, czarną chartką na ramieniu i urokiem w oczach. Tymczasem za stołem siedziała drobniutka babuleńka w białej chustce i kwiecistej sukience. Kinga odetchnęła z ulgą.
Siadaj, kochanieńka, tu przy ikonie zagaiła łagodnym głosem Honorata.
Bo wie pani, mam taki problem nie wytrzymała, i się rozszlochała.
Wszystko wiem, złotko. Pomogę, jeśli dam radę powiedziała cicho babcia Honorata.
Kinga siadła na miękki stołeczek przy wielkiej ikonie Matki Boskiej. Stara szeptucha szeptała modlitwę, obchodząc ją świecą, jakby przy wywoływaniu duchów. Cały rytuał trwał z 20 minut. Na koniec Honorata usiadła naprzeciw Kingi i ujęła jej dłoń.
Nie będziesz mogła urodzić, dopóki nie odmówisz przekleństwa, które ciągnie się za tobą od dzieciństwa oznajmiła.
Przekleństwo? Kto miałby mnie przekląć? Ja nic nikomu złego nie zrobiłam!
Ty nie, ale twoja matka ciężki grzech na sumieniu nosi. Teraz ty za to płacisz wyjaśniła szeptucha.
No ale to niesprawiedliwe! Moja mama już dawno nie żyje, dlaczego ja mam płacić za jej winy?!
Sprawiedliwość to nie zawsze to samo, co logika Taki jest porządek świata.
A pani mi pomoże? spytała cicho Kinga z nadzieją.
Nic z tego. Gdyby to był urok, klątwa, złe oko dałoby się coś zrobić. Ale tu… nie. Musisz się dowiedzieć, kogo skrzywdziła twoja mama, spróbować naprawić, i modlić się gorliwie nie tylko za siebie, ale i za tych, przez których cierpisz poradziła babcia Honorata.
Dziękuję… wyszeptała Kinga.
Wsiadła w samochód i zadzwoniła do Piotrka.
Piotrek? Nie wrócę dzisiaj, muszę pilnie jechać do ciotki. Wszystko ci potem opowiem.
Zakasała rękawy i ruszyła do Pcimia, gdzie mieszkała jej ciotka Bronisława.
Kingusia! No czemu nie zadzwoniłaś, ja bym ci saunę nagrzała! powitała ją ciotka, jak zawsze wylewna.
Nie o gościnę mi dziś chodzi przerwała jej Kinga. Musisz mi powiedzieć prawdę. Co zrobiła mama? Za jakie grzechy ja to wszystko odpokutowuję?
Skąd ci to w ogóle przyszło do głowy? zdziwiła się ciotka.
Kinga opowiedziała o spotkaniu z szeptuchą.
No dobra, niech ci będzie, posłuchaj…
Okazało się, że matka Kingi, Stanisława, była za czasów swojej młodości najpiękniejszą dziewczyną w okolicy. Wielu kawalerów zabiegało o jej względy, ale serce oddała starszemu, żonatemu Zbyszkowi. I co zrobiła? Bez skrupułów rozbiła Zbyszkowi małżeństwo. Jego żona, Maria, została na lodzie z malutkim synkiem.
Maria bardzo przeżyła stratę męża. Doszło nawet do tego, że klęcząc przed Stasią, błagała ją o litość. Ale Stanisława tylko wzruszyła ramionami i wyśmiała kobietę.
Maria, w rozpaczy, rzuciła okropną klątwę na Stanisławę i jej nienarodzone jeszcze dzieci
I co było dalej? wydukała przerażona Kinga.
Twoja matka wyszła za Zbyszka, potem się urodziłaś ty. Ale nie pożyli długo jednego po drugim wyniosło z tego świata. Normalnie jak w jakimś czarnym serialu. Maria chyba rzeczywiście miała mocne słowo. A ty… cóż, sama widzisz nie możesz urodzić westchnęła ciotka.
A Maria, ona jeszcze mieszka w Pcimiu? Chcę ją przeprosić za grzechy mamy.
Z Marią to nie było kolorowo Wkrótce po tym wszystkim zaczęło jej się kiełbasić w głowie. Z początku była tylko smutna, potem zaczęła rzucać się ludziom do gardeł. W końcu oddali ją do psychiatryka, a jej syna, Marka, do domu dziecka.
Marek już pewnie dorosły? Chyba z pięć lat starszy ode mnie To mój brat przyrodni? domyśliła się Kinga.
Ano. Ale też mu los nie dał forów Po domu dziecka wrócił, ale zaczął pić i psocić. Pewnej zimy zgubił się w lesie. Znaleźli go rano, uratowali, ale nogi… przepadły. Teraz na wózku jeździ westchnęła ciotka.
No to pięknie. Moja matka nie tylko rozbiła rodzinę, ale jeszcze ludziom życie zmarnowała.
Wygląda na to, że tak przyznała ciotka Bronisława.
Ciociu, zaprowadź mnie do Marka. Muszę go zobaczyć powiedziała stanowczo Kinga.
Oszalałaś? On pije na okrągło! Nie wiadomo, co mu po głowie chodzi. Wracaj do domu! zaprotestowała ciotka.
Jeśli mi nie pomożesz, to ktoś inny mi powie, gdzie mieszka Marek odpowiedziała Kinga, biorąc płaszcz.
No dobrze! Jak chcesz. Ale pamiętaj: ostrzegałam! ciotka zarzuciła na siebie ciepły kożuch.
Poszły zimową polną dróżką do domu Marka. Dom to dużo powiedziane waląca się rudera z ledwie trzymającym się płotem. W okienku majaczyło światło starej lampy naftowej. Kinga niepewnie zapukała.
Otwierane! dobiegł zachrypnięty głos.
Kinga, jak coś, jestem za drzwiami, krzycz głośno! ostrzegła ciotka.
Kinga weszła. Od razu uderzył ją smród taniego wina i papierosów. Wszędzie kiścili się pety i flaszki. Przy stole, w wózku inwalidzkim, siedział mężczyzna, wiek trudny do określenia. Na stole, jak śnieżny obłok, drzemała biała kotka, o dziwo, jedyny jasny punkt tej rudery.
Pańska kotka na stole śpi zająknęła się Kinga, nie bardzo wiedząc, jak zacząć.
A co ci to, kobieto, przeszkadza? Śnieżynka rządzi, jest prawdziwym szefem w tym domu odpowiedział Marek bełkotliwie, patrząc nieprzytomnym wzrokiem. Czego tu chcesz? Jeśli z opieki społecznej, to się nie fatyguj! Do domu starców nie jadę!
To nie o to chodzi. Jestem Kinga, twoja siostra po ojcu wypaliła.
Siostra się znalazła prychnął Marek. Pewnie po spadek przyjechałaś? Przykro mi, dom jest mamy!
Przyjechałam, by przeprosić. Czy mogę ci jakoś pomóc? dopytywała się Kinga.
Marek zaczął rechotać, patrząc na nią z pogardą, choć w oczach miał smutek i rezygnację. Im dłużej na niego patrzyła, tym bardziej przypominał jej ojca.
Masz stówkę? zapytał nagle Marek.
Kinga bez słowa wyjąła portfel i wyłożyła pięć stówek na stół.
Dzięki! Możesz już iść, wybaczyłem ci! Jak będziesz chciała znowu przeprosić, wpadaj śmiało! zachichotał Marek.
Może lekarz by pomógł? Potrzebujesz lekarstw? próbowała jakoś wybrnąć Kinga.
Na razie wystarczy. Do widzenia, spać idę!
Kinga wyszła, łzy leciały jej ciurkiem. Mogła się spodziewać wszystkiego ale to, co zastała, przeszło jej wyobrażenia.
No i? Pogadałaś? dopytywała ciotka.
Pogadałam
Wybaczył ci? nie dawała spokoju ciotka.
Tak! Dziękuję, pomogłaś. Jadę do domu.
Zostań do rana, już ciemno!
Muszę jechać do Warszawy skłamała Kinga.
Najbardziej ze wszystkiego chciała zostać sama. W jeden dzień spadło na nią więcej, niż wytrzymałby przeciętny człowiek.
Przez kolejny tydzień chodziła zupełnie rozbita. Myśli o Marku nie dawały jej spokoju. Ostatecznie, poszła do kościoła. Po mszy została, modliła się szczerze za wszystkich nawet za tych, przez których cierpiała.
Ciężko ci na duszy, córko? spytał proboszcz.
Kinga rozejrzała się poza nią nie było już nikogo.
Przepraszam, chyba już zamykacie Już idę odpowiedziała cicho.
Może chcesz się wyspowiadać? Lżej ci będzie.
Kinga nie wytrzymała i wszystko wyśpiewała księdzu jak na spowiedzi nawet te rzeczy, za które nikt normalnie by się nie przyznał.
Co mogę ci powiedzieć? Wróżyć nie powinnaś, bo dzieci za grzechy rodziców nie odpowiadają. Jedną tylko rzecz ta babka miała rację o modlitwie. Zawsze i za każdego powinna być modlitwa, nawet za tych, którzy cię skrzywdzili.
Proszę księdza, co z Markiem? Chciałabym mu pomóc, zabrać z Pcimia, ale boję się reakcji męża.
Rób według sumienia i serca!
Następnego dnia Kinga znów pojechała do brata. Tym razem weszła zdecydowana.
Po co tu przyszłaś? Chcesz się opić na mój koszt? burknął Marek ponuro.
Był przytomny i rozdrażniony, widać, że ma dość takiego życia.
Nic nie przyniosłam. Pakuj się, jedziesz ze mną. Koniec, gadania nie przyjmuję. Jesteś moim bratem! Może ja nie jestem ci potrzebna, ale ty mi tak. Innych bliskich nie mam!
Dokąd? zrobił wielkie oczy Marek.
Najpierw do szpitala, potem do mnie. Mam dom z ogrodem, miejsca nie zabraknie!
Marek był w szoku, chyba nikt od dawna go tak nie zaskoczył. Ale w końcu westchnął.
Dobra, dogadajmy się. Jak mi się nie spodoba, po pierwszym gwizdku mnie odstawiasz z powrotem. I jeden warunek Śnieżynka jedzie ze mną! wskazał na kotkę.
Żaden problem! Zawsze marzyłam o kocie! zaśmiała się Kinga.
***
Minęły trzy miesiące. Marek świetnie się zaaklimatyzował w nowym domu. Okazało się, że to całkiem fajny, dowcipny facet. Zafascynował się komputerami i postanowił zostać programistą.
Marek, jutro przywiozą ci protezy z Niemiec! Za kilka miesięcy będziesz śmigał jak młody bóg! poklepał go po ramieniu Piotrek.
Dziękuję! Nawet nie wierzyłem, że kiedyś znowu będę chodził rozczulił się Marek.
To zasługa tylko Kingi. Bardzo się cieszy, że ma teraz brata dodał Piotrek.
Pół roku później Piotrek z Markiem stali pod oknami szpitala położniczego. Szczęśliwa Kinga pokazywała im przez szybę nowo narodzone bliźniaki.
Teraz to dopiero będzie wesoło! roześmiał się Piotrek.
No i, wujek, gotów jesteś na podwójne wyzwanie?
Zawsze gotowy! zaśmiał się Marek. Damy radę!




