Moja tajemnica
Leżenie na zimnym, sprężystym śniegu, który wczoraj się rozpuścił, a dziś ledwie zaczyna twardnieć, wydawało mi się prawie przyjemne. Wewnątrz wszystko się gotowało, krew pulsowała mi w skroniach, w piersi bolało, twarz płonęła, a w ustach strasznie mi zaschło.
Nabrałem do dłoni garść śniegu, powoli, z trudem odparłem szczęki i wsunąłem biały kluch do ust. Na języku było nawet miło, lecz całość psuł posmak metalu. Krew sączyła się z pękniętych dziąseł, zmuszała do kaszlu i połykania jej. Nie miałem siły się przekręcić i wypluć.
Śnieg stępiał ból, byłem mu za to niezmiernie wdzięczny. Darmowe znieczulenie, dzięki ci, niebo! Ale zimno nie gasiło bólu do końca on tylko przenosił się tam, za linię horyzontu, gdzie czerwone słońce toczyło się w dół. Patrzenie na zachód bolało tak samo, oczy piekły od nie do zniesienia blasku.
Zacisnąłem powieki równa, ogromna tarcza jawiła mi się teraz jako szaro-żółta, rozmyta plama.
Chciałoby się odpłynąć, schować gdziekolwiek: w rowie, zagłębieniu, pod osłoną krzaków skulić się w kłębek, cicho zawyć i drżeć jak pobity pies, lecz nie miałem sił. Nogi leżały na śniegu jak dwa bale, czasem przeszywały je dreszcze.
Spróbowałem przewrócić się na bok, podeprzeć się prawą ręką, lecz była wiotka, w ramię jakby wbiła się ostra igła.
Nic to… No, to inaczej! wycharczałem przez zaciśnięte zęby. Dźwięk własnego, urwanego, zachrypniętego głosu mnie przeraził.
Z lewej strony chyba było wszystko całe po chwili udało mi się nawet podciągnąć i jakoś usiąść, lecz dłoń zniknęła w zaspie, ciało znów zlepiło się ze śniegiem.
Umrzeć… Teraz i tu trzeba po prostu umrzeć. I wtedy wszystko się skończy. Na nic już nie zależy, co potem będzie ze mną. Jak się okazało, próbowałem połknąć kęs, który zupełnie nie był dla mnie. Sam sobie zaszkodziłem, pogubiłem sens, już nie da się uratować.
Rano będą szukać mojego ciała. Obiecywali. Ale… Może wilki zdążą szybciej? Muszą coś jeść… I wtedy zaśmieję się moim wrogom w twarz. Dostaną jedynie kości…
Szybko zrobiło się ciemno. Tak bardzo chciało mi się spać. Zapadałem się w ciemność, płynąłem w niej jak zahaczona o szczypce ryba, to było nawet przyjemne. Zaraz wracałem do bólu; rozświetlał mi oczy czerwonymi błyskami, rozlewał się po żyłach, wykręcał mięśnie skurczami, zmuszał do zgrzytania zębami. I z tej bezsilności rodziła się we mnie złość, bezradna, wykastrowana z nadziei, pusta, lecz tym bardziej dzika. Jakby rzucić się na wroga z rozpostartymi rękami choć słaby i bezbronny, on się przestraszy twojego obłędu. Chciałem zemsty. Ale nie potrafię uderzyć kobiety, fizycznie to dla mnie niemożliwe. Zemsta nierealizowalna…
Gniew zmuszał mój mózg do pracy, zgrzytał w zardzewiałych trybach, skrzypiał, zaciągał, ale działał.
A z trzewi podnosił się strach. Pierwotny, zwierzęcy lęk przed śmiercią. On też nie pozwalał mi się „odłączyć”.
Z zarośli po lewej zawyły wilki. Skrzywiłem się: Nie tak łatwo się wam dam, bracia! Wszyscy tu wilki na dwóch czy na czterech łapach ale moich kości nie dostanie żaden!
Muszę się ruszyć. Dokąd? Wszystko jedno. Jak? Obojętne. Choćby pełzając, byle dalej od tej pustki własnego upodlenia.
Mama Żal mi jej. Czeka na mnie, martwi się, jak ona tam, czy lepiej jej się robi? Nie powiedziałem, gdzie jestem, nie dowie się, jak to się skończy… Może ktoś jej powie. Będzie płakać, a ja będę winien jej łzom. Ojciec mnie przeklnie. Słusznie…
Zrobiło mi się niedobrze, łzy popłynęły po twarzy, lecz zdążyły zamarznąć na policzkach, nie skapnęły na podartą kurtkę…
Pełzałem. Obijając się zdrową ręką, machałem nogami po śniegu, zostawiałem czerwone ślady, ale posuwałem się naprzód, oddalając od wycia wilków.
Potem zapadłem w nicość. Było mi tak niewyobrażalnie lekko, przyjemnie. Nie czułem nic i o niczym nie myślałem. Pełne wyzerowanie. Nawet jeśli to piekło, to mi odpowiada. Chcę tu zostać dłużej. Hej, diabły, jestem wasz! Zgrzeszyłem, zabierzcie mnie, bo moje ciało już do niczego się nie nada.
A jednak nawet w piekle nie byłem potrzebny. Prosto w twarz uderzył mnie ostry, żółty blask, do ust wpłynęła lodowata woda.
No co jest? Czemu nie kaszlesz? Trzeba kaszleć, gardło przepłukać i na zewnątrz! ktoś bił mnie po policzkach, szorstko, twardo, aż pulsowało mi w dziąsłach.
Uuuu jęknąłem z oburzeniem, odwróciłem się, plułem na śnieg czerwonym płynem.
Żyjesz, znaczy? To dawaj, wlokę cię do domu. Blisko mam. Kładź się na kożuch, pociągnę cię. No! Nie możesz? Sam cię położę O tak mocne ręce podniosły mnie i położyły na ciepłym, kwaśno pachnącym baranim kożuchu. Ale cię ktoś urządził! A ja słyszę, że coś huczy. Samochód huczy. Zajrzałem przez okno światła. Zawsze tu przyjeżdżają. To pole dla nich jak cmentarz. Głupi ludzie Głupi mruczał nieznajomy, układając mnie wygodniej. Nic to, zaraz opatrzymy, potem pomyślimy co dalej.
Mruknąłem coś o wilkach, o tym, że wrogowie wrócą, potem nagle zrobiło mi się ciepło, błogo straciłem przytomność
… Jakiś ty słodki, jakiś delikatny! śmiała się Brygida, pozwalając całować swoje okrągłe ramiona. Cielaczek, tak? Jesteś cielaczkiem? chwyciła mnie za policzki, przytuliła swoje usta do moich, zastygła, wychwytując mój gorący oddech. Wtem odepchnęła mnie, wyskoczyła z łóżka, narzuciła szlafrok, szybko przewiązała się paskiem. Idź już. Czas ci.
Brysiu… przeciągałem się rozkosznie na szeleszczącej od krochmalu pościeli. Spać chcę… Jeszcze wcześnie, spójrz na zegar! Znowu mnie wyrzucasz…
Często już zostawałem u Brygidy na noc, dawała mi kolację, potem wysyłała do łazienki, a sama szykowała łóżko. Wszystko było czyste, wyprasowane, wyłączała światło i czekała. Noc uciekała szybko. Świeżo po wojsku, spragniony kobiecego dotyku, spod prysznica trafiałem prosto do nieba. Była piękna, delikatna, lepsza niż wszystkie dziewczyny, które stroiły do mnie oczka…
Patrzyłem, jak Brygida podciąga na białe, aksamitne nogi pończochy, jak za parawanem wkłada bieliznę i sukienkę.
Widziadałem ją w lustrze. W lustrze była słoneczna, jaskrawa, jakby spoza tego świata i skrajnie pożądana.
Powiedziałam, wyjdź! powiedziała cicho. Zasuń mi suwak i idź. Maks, nie rób sobie krzywdy! Nie dziś, jutro przyjdź, dobrze? Jutro
Jeszcze minutę się całowaliśmy, potem Brysia rzuciła mi ubrania i wyszła.
Usłyszałem, że w kuchni włączyła gaz, mieli kawę. W powietrzu rozszedł się jej lekko przypalony, ostry zapach. Eugeniusz, jej mąż, zawsze pijał mocną kawę z pieprzem, twierdził, że to boskie. Ona siedziała naprzeciw niego, gdzieś na taborecie, uśmiechała się i kiwnęła głową. Uginała nogi jak kwoka, ostrożna i czujna, by przypadkiem nie nazwać Eugeniusza innym, moim imieniem…
Stałem chwilę, potem przewinąłem się do łazienki, chlustnąłem wodą, śmiałem się, bez pośpiechu założyłem koszulę i spodnie, podszedłem pod drzwi kuchni, oparłem się o futrynę. Brygida stała do mnie tyłem. Przez szlafrok aż lśnił oślepiająco jasny, zimowy blask, rysując prowokujące, gitarowe linie jej ciała.
Była o piętnaście lat starsza, ale nie przeszkadzało mi to wcale wręcz byłem dumny, że właśnie na mnie zwróciła uwagę tak wspaniała kobieta, wyjątkowa pośród tłumu.
Brygida była doświadczona, wyrozumiała dla moich niezdarnych gestów, śmiała się melodyjnie, całowała jak huragan. Mogłem spać w jej bogatym, wysokim mieszkaniu z kryształowym żyrandolem, wypastowanym parkietem i porcelaną. Karmiła mnie, wiecznie głodnego, patrzyła, jak łapczywie jem placki ziemniaczane prosto z patelni, jak rozgniatam widelcem kotleta, jak nieporadnie piję kieliszek… Lubiła pić ze mną bruderszaft, śmiała się, odchylając głowę i odsłaniając mi na pocałunki białą, jedwabną szyję.
Nie chciała, żebym się angażował, ale ja się upierałem.
Zauważyłem ją kiedyś w tramwaju. Przedzierałem się przez tłum, pijany i rozbestwiony tego dnia zgubiłem Grześka, swojego kumpla. Sam pchałem się do Brygidy, chciałem ją odprowadzić, ona speszona odmawiała i odwracała się.
Ale odprowadziłem ją do domu. Przy wejściu kazała mi odejść. Skłoniłem się, udając, że idę, lecz ukryłem się w bramie kamienicy i patrzyłem, w którym oknie zapali się światło.
Parter. Jej okna wychodziły prosto na moje stanowisko. Ujrzałem nawet jej sylwetkę przebierała się, ledwo nie zawyłem z podziwu, ale potem przegonił mnie dozorca, wymachując miotłą…
Przychodziłem pod okno codziennie. Było to jak obsesja. Mamie mówiłem, że idę na spacer, a sam czuwałem pod oknami Brysi.
Widziałem też jej męża. Kuchenne okno też wychodziło na podwórko. Eugeniusz chodził po mieszkaniu w podkoszulce i wytartych portkach powyciąganych na kolanach. Był chudy, kościsty, przygarbiony i miał tiki głowy. Jak ona mogła za takiego wyjść?! myślałem. Może się zakochała?!
Eugeniusz powoli, z namysłem jadł kolację, kartkując gazetę, potem Brygida podawała mu herbatę z ciasteczkami. Stawałem na straży, aż raz nagle rzucił okiem przez okno i zasunął zasłony. Dwa cienie zlały się w jeden, zrobiło mi się niedobrze. Moja Brygida całuje się z takim chudzielem?!
W końcu przestałem się bawić w podglądanie i wspiąłem się do niej przez okno, do sypialni. Męża nie było własnymi oczami widziałem, jak wyjechał z walizkami.
Siedziałem przy jej stole, Brygida zamarła, chciała krzyczeć błyskawicznie przyłożyłem jej dłoń do ust i pocałowałem. Miała boski zapach! Włosy, usta, sukienka wszystko pachniało czymś wykwintnym.
Moja mama nie miała nigdy perfum. Miała zapach fabryki albo papierosów. Paliła takie cuchnące, straszliwe papierosy, mogła w wieczór wypalić pół paczki. Miała po nich żółte zęby, więc rzadko się szeroko uśmiechała. Brygida miała ząbki równe, białe jak w reklamie. Mama rzadko ubierała się ładnie. Dawniej tego nie zauważałem, ale z czasem zaczęło mi być wstyd porównując je. Może powinienem kupić mamie coś ładnego? Ale szkoda mi było pieniędzy. Wolałem wydawać je na kwiaty dla Brysi. Jej mąż nigdy jej kwiatów nie dawał, był, jak mi się zdawało, nieudacznikiem. Mieszkanie mieli z Brygida piękne drewno, obrazy, wszystko prawdziwe, a nie wycinki z gazet jak u nas. Ich porcelaną mogliby się raczyć królowie, a biżuteria jak dla królowej. Lecz wyznała mi, że to wszystko po rodzinie. Więc mąż tylko korzystał z jej majątku. Spryciarz!..
Ja taki nie jestem. Mnie potrzebna była sama Brygida, zupełnie bez niczego! Kolacja i miękka pościel były tylko dodatkiem, równie dobrze mógłbym z nią spać na sianie.
Na jej włosach, skórze, w zagłębieniu szyi czułem nutki zapachu, które nie potrafię nazwać.
Podziwiałem Brygidę. Tak, moja kobieta! Zdobyłem ją, wtargnąłem do jej królestwa, padła mi do stóp.
Wszystko, co robiła jadła, przebierała się, paliła papierosa miała w tym jakiś rytm i harmonię, jak dźwięk gitary, co odbijała jej sylwetka. Bogini! Moja bogini!
Pierwszej nocy nigdy nie zapomnę. Była nieskończenie czuła i prawdziwa, nie zwodziła, była tylko moja. Topniała w moich ramionach, a moje serce płonęło od jej ognia. Rano wiedziałem, że mnie kocha. Tam, z mężem, odstawiała tylko swoją rolę, obowiązek, a przy mnie oddychała, żyła, cieszyła się. Krew w niej pulsowała, gorąca, słodka, zuchwała.
Niestety czasem musiałem znikać przed świtem.
Wstawaj, kochanie! Już czas całowała mnie po kolejnej nocy. On wraca jutro. Z delegacji wraca. No dalej, Maks Mój najlepszy szeptała, gładząc moją twarz, silne młode ciało, które tak kochała. Nie przychodź kilka dni, będzie w domu. Potem znów pojedzie.
A może z nim pogadam? śmiałem się. Po męsku. Chcę, byś była tylko moja, Brygida! Chcę cię za żonę!
Zaśmiała się cicho, rzuciła głową w tył, kasztanowe loki osunęły się na ramiona jak potok miodowej lawy. Wskoczyłem, objąłem ją, całowałem.
Moja! Moja, słyszysz?! Tylko moja! szeptałem. Naprawdę myślisz, że nie dam rady twojemu Eugeniuszowi? Przecież byle patykiem go przegonić!
Nic nie myślę, skarbie. Wyślizgnęła się z objęć. Chcę, by wszystko zostało jak jest. Żebyśmy byli dla siebie tajemnicą. Pewnych rzeczy, Maks, nie rozumiesz. Idź. Muszę jeszcze posprzątać.
Byłem obrażony. Ona nie chce być moją żoną! Jak tak można?
Lecz zamykając drzwi, znów mnie pocałowała. Zostałem pokonany. Choćby tylko na noc, ale była MOJA. O mnie będzie myśleć, gdy zasypia, o mnie wspomni, robiąc śniadanie mężowi, mnie zechce porównać i ja wygram. Jest moja, a ten Eugeniusz jest tylko rogatym.
…Po moim wyjściu Brygida zaczęła gorączkowo sprzątać. Mąż zadzwonił w nocy, że wraca wcześniej. Człowiek z klasą! Nie chce stawiać żony w trudnej sytuacji. Brygida była podenerwowana, czerwona, szeroko otworzyła okno, by Eugeniusz nie wywęszył zapachu obcego mężczyzny. Ale już coś przeczuł. Stary lis poczuł samca.
Cuchnie tu, Brygida! rzucił walizką.
Czym niby? wzruszyła ramionami i otuliła się szczelniej.
Czymś parszywym, Brysiu. Nie zgrzeszyłaś tu z kimś beze mnie? zmrużył oczy, zdejmując buty.
Z trudem oddychała ze strachu, ale się uśmiechała.
Ależ skąd! Pieczyste z kury w piekarniku puściło smród, wyobrażasz sobie? Eugeniuszu, idź się myj, ja postawię na stół. Kawa czeka, kotlety są, podgrzać? Daj spokój, głuptasie! Kocham cię… Tęskniłam… trajkotała zbyt radośnie.
Złapał ją za włosy, przyciągnął do siebie, długo patrzył w oczy, w końcu puścił i uśmiechnął się.
Kupiłem ci prezent. Przymierz! wyjął coś zawiniętego w chustkę z kieszeni. Kolczyki. Drogie, z czerwonymi jak krew kamieniami, ciężkie, z angielskim zapięciem, trochę przyciemnione. Przymierz! wrzasnął, widząc jej wahanie. Oglądała je niespokojnie.
Co to za plamy na nich, Eugeniuszu? To… To… odłożyła prezent na półkę, odruchowo wytarła ręce o sukienkę.
Głupstwo! Wydaje ci się. Zakładaj i chodź na śniadanie! Brygida, dawaj!
Zdjęła posłusznie stare, po matce pierścienie, założyła nowe, zwróciła się do niego. Kiwnął z zadowoleniem. Lubił ją urządzać, jak lalkę. Drogie sukienki, pantofle, torebki, biżuteria. Kazał jej sypiać w ciężkich złotych łańcuchach i bransoletach. Te kaleczyły skórę, ale Eugeniusz uznał to za zabawne…
Zostanę pięć dni, potem ruszam. Na długo rzucił, wycierając chlebem talerz. Interesy idą mi dobrze, bardzo dobrze. Gdzie ta kura, Brygida? zasyczał nagle.
Jaka? Ręka Brygidy zadrżała, kawa rozlała się na obrus. Eugeniusz nienawidził brudnych obrusów, odrażały go. Dorastał z matką alkoholiczką w starej, gnijącej ruderze, skąd nikt nie dbał, co je. Kradł jedzenie w barach, marzył, że kiedyś będzie mieć wszystko, co najlepsze najsmaczniejsze, najpiękniejsze, najczystsze. I zdobył Brygidę, bo była najlepsza. Szła za mąż za młodego fizyka, już była wyznaczona data ślubu. Ale tego zabili w bramie. Przypadek Napad…
Brygida wtedy szalała z rozpaczy, chciała się zabić. Akurat przy niej znalazł się Eugeniusz. Umiał snuć słodkie słowa, układał swoją duszną pajęczynę. Oczarował jej matkę, dawał im pieniądze, a potem znienacka uderzył. Jej ojca mieli zamknąć za kradzież, rodzina była na dnie Eugeniusz pomógł, ktoś inny poszedł siedzieć, a Brygida już siedziała u boku Eugeniusza przy stole weselnym, uśmiechała się. Kazał jej się uśmiechać, tak wypada.
I teraz się uśmiechnęła, przykrywając plamę na obrusie serwetką.
Tej kury co piekłaś. W śmieciach jej nie ma sprecyzował Eugeniusz.
Ależ, wyniosłam na śmietnik machnęła ręką. Nie trzyma się tutaj takich rzeczy!
Uśmiechnął się. Słusznie takich rzeczy nie trzyma się w domu. Stary lis już wszystko wiedział
Gdy tylko wyjechał, Brygida zadzwoniła po mnie. Pracowałem w fabryce lodów, naprawiałem chłodnie. Brygida uwielbiała śmietankowe lody w wafelku. Zawsze przynosiłem jej takie, karmiłem i całowałem słodkie od wafli usta.
Wyprosiłem się z pracy, powołując na złe samopoczucie, pojechałem do niej wprost po obiedzie. Tęskniłem do szaleństwa nie mogłem nasycić się jej miłością, żarem jej ramion. Była ogień, i znów, tego dnia, należała do mnie
Już trzy dni nie nocowałem w domu, nie dzwoniłem do matki i ojca. Przepadałem No i dobrze! Młody byłem, potrzebowałem tego.
O tym, że mama leży w szpitalu, dowiedziałem się przypadkiem, mijając rano ojca pod bramą fabryki. Stał chudy, szary, jak cień człowieka.
Tato, co ty tu robisz? burknąłem.
Mamę zabrali w nocy. Znowu żołądek. Może byś odwiedził… szepnął, miętoląc starą kaszkietówkę.
Jaki szpital? wściekle spytałem, że mi przeszkadza w myśleniach o Brygidzie.
Podał adres. Obiecałem, że wpadnę. Przytaknął. Widziałem, że płakał, ale miałem to wtedy gdzieś. Matka przecież co roku trafia do szpitala! Nie robi się z igły widły!..
Brygida z niechęcią pozwoliła mi pojechać, nawet zapakowała trochę jedzenia. Moja kochana Brysia, ciepła, serdeczna. Anioł!..
Mama leżała na korytarzu, na sztywnej leżance, bo nie było miejsca w sali. Wciąż ją mdliło, salowa klęła i wrzeszczała, żebym zabrał mamę stąd.
Dokąd mam ją zabrać?! Potrzebuje leczenia! warczałem. I zamknijcie się, proszę, nie ważcie się krzyczeć na moją matkę!
Mama chwytała mnie za rękę, prosiła, żebym się nie denerwował, lecz nie umiałem. Co to za szpital, w którym nie potrafią się zaopiekować chorymi?! Dlaczego mam tracić czas na te bzdurne rzeczy?! Mam swoje życie, a mama ciągle trafia do szpitala, to jej codzienność.
Powoli jadła zupę od Brygidy, mówiła, że pyszna. Siedziałem przy niej, potrącali mnie mijający lekarze, przejeżdżające łóżka, jeszcze bardziej się złościłem, patrzyłem na zegarek. Czas Za dwa tygodnie wróci Eugeniusz i znów będę musiał od Brygidy odejść…
Mamo, możesz sama dokończyć? nie wytrzymałem, podsunąłem jej siatkę z jedzeniem do stóp.
Spieszysz się, synku? Tak, jasne! Dam sobie radę. Maksymilian, jutro nie przychodź. Ojciec mnie odwiedzi, uśmiechnęła się, pogładziła mnie po ręce.
Kiwałem głową i poszedłem. Nie wiedziałem, że wszystko wyrzucą, bo mama nie może już jeść, nie wiedziałem, że nadal będzie leżeć na korytarzu, gdzie wieje i przeklina salowa Miałem wtedy wszystko gdzieś myślałem o Brygidzie…
Wróciłem do naszego gniazdka i zobaczyłem, że Brygida siedzi na podłodze i płacze.
Co się stało? stanąłem w progu. Dlaczego płaczesz?
Dygotała, wskazywała na jakieś błyszczące błyskotki na dywanie.
Eugeniusz dał mi kolczyki. Przyniósł przy ostatnim powrocie. Chciałam je wyczyścić, zczerniały, stare. A na nich One… znów dostała drgawek. Brudne, obrzydliwe. Maks, wynieś je z domu, słyszysz! Wynieś stąd! Bać się ich zaczęłam!
Zawinęła je w szmatkę, wepchnęła mi do rąk.
Idź! Idź i wyrzuć je na dwór, Maks! Tak się boję! Co teraz będzie?! szeptała, rozmazując tusz po twarzy.
No co ty? Umyję, przecież Eugeniusz je zauważy! Co tam jest? A niech to…
Wszystko zrozumiałem. Mąż nie wahał się przynieść do domu biżuterii zdobytej nieuczciwie. Zapewne robił tak nie pierwszy raz, ale tym razem przesadził Czarna, osypująca się substancja wyglądała jak po ranach, bardzo dużych. Śmiertelnych…
Zemdliło mnie na myśl, że się w czymś takim nurzałem.
Brygida! Może zgłoś to na policję? To przecież bąkałem, chociaż wiedziałem, że ona nigdy nie wyda męża.
Posłusznie wyszedłem i wrzuciłem pakunek za mur drukarni obok domu. Nie zauważyłem wtedy chudego, garbatego mężczyzny w krzakach. A powinienem był… Obserwował nas z Brygidą już długo
Eugeniusz i dwóch zbirów przyszli nocą. Dopiero co zasnęliśmy, pijani, nie słyszeliśmy zamka ani kroków.
Obudził mnie cios. W całkowitej ciemności ktoś tłukł mnie pięściami, Brygida krzyczała, potem ucichła.
Próbowałem się bronić, głowa mi pękała, usta zalewał metaliczny smak, biłem na oślep, ale chybiałem. Wypiłem za dużo.
Wtem zapaliło się światło. Eugeniusz siedział w fotelu i patrzył. Brygida stała obok niego z zamkniętymi oczami.
Przepraszam za kłopot, cicho powiedział jej mąż. Ale muszę coś odebrać. Brysiu, kochanie, pocałuj mnie, twój mąż wrócił!
Szarpnął ją, Brygida się zgięła, usta Eugeniusza wpiły się jej w policzek.
Eugeniuszu Zrozum, on Brygida pokazała na mnie.
Nie chcę pokręcił głową Eugeniusz, skinął i znów mnie uderzono. Próbowałem się uchylić, odpowiedzieć, ale całe siły straciłem jeszcze wieczorem.
Brysiu, podaj mi swoje błyskotki. To bardzo potrzebne, kochanie.
Wstał, podszedł do mnie. Ledwo widziałem oczy miałem spuchnięte, ciężko mówić, chyba miałem połamane żebra.
A ty, gnido, na kolana i pełznij, pełznij! rzucił.
Eugeniuszu… Brygida grzebała w komodzie. Nie bij go. Pozwoliłeś Sam się zgodziłeś szeptała, zasłaniając nagość szlafrokiem, który i tak się rozchylał. Przecież się umawialiśmy Po co tego chłopca?..
Bo sięgnął po zakazany owoc. Nie podoba mi się, Brygida. Rozumiesz, nie podoba Matka mu w szpitalu, umiera, a on się grzeje na naszej pościeli. Naszej! kopnął mnie z całej siły. A matkę swoją trzeba szanować. Mojej nienawidzę, ale i tak pochowałem jak cesarzową. A ten smarkacz uciekł od swojej mamusi.
Skąd zachłysnąłem się.
Stąd. Tu wszyscy przede mną chodzą, Maksymilianku. Całe miasto. Co, zaskoczony? Brygida ci nie powiedziała, z kim zadarłeś? Ciebie złamała pokręcił głową. Już tylu przetrzymałem, a ten mi nie podchodzi!
Oczami majaczyło mi mama, szpitalny korytarz, postać w końcu korytarza, smród rosołu, który mama jadła, krzyki sprzątaczki, noc z Brygidą, jej czułości Potem zimne, lazurowe oczy Eugeniusza wszystko zasłoniły. Schylił się i uśmiechnął mi prosto w twarz.
Niepotrzebnie zostawiłeś matkę. Już się nie zobaczycie! szepnął. Zawyłem cicho przeraziłem się. Jestem nikim, obrzydliwym człowiekiem, ja naprawdę umrę…
Brygida, po co ci to wszystko gadać? Brygida wzięła się w garść, spokojnie pakując do torby błyskotki. Sam przyszedł, nie wołałam. Jest dorosły, sam myślał, ja nic do tego. Masz, kochany, wszystko tu, podała mu torbę.
Zajrzał do środka, kiwnął głową.
Teraz załóż kolczyki, co ci ostatnio dałem, rozkazał.
Nie pasują do szlafroka, naprawdę! Potem, Eugeniuszu! przylgnęła do niego Brygida. Zastygłem.
Mówiłem: załóż! wrzasnął, strzelił w moją stronę. Kula wbiła się w parkiet, prawie urywając mi palec.
Brygida udawała, że szuka kolczyków, grzebała w szufladzie.
Na pewno coś wymyśli! Musi nas uratować, moja ukochana Brygidka!
Nie ma… Eugeniuszu, nie ma ich! Tu je schowałam, a już nie ma rozłożyła ręce, przeniosła spojrzenie na mnie. Patrzyłem przez wąską szparę moich oczu. Ty je ukradłeś! nagle kopnęła mnie, upadłem na bok. Ukradłeś! Jak mogłeś?! dławiła się złością. Dla tej biedaczki matki warzyłam rosół, a ty mnie okradłeś?! Eugeniuszu, wyrzuć tego paskudnego chłopca z domu! Jezu, i zegarka nie ma! Tego złotego po prababci! Nie ma! Maksymilian… pokręciła głową, Jesteś zgnilizną, a ja myślałam, że taki czysty…
Ten zegarek Brygida dała lekarzowi, który robił jej aborcję. Z Maksem mogli mieć dziecko, ale nie chciała. Eugeniusz by nie pozwolił, nawet gdyby nie było jego, nie mógł mieć dzieci… Zegarek był zapłatą za tajemnicę. Teraz wszystko zwaliła na mnie…
Eugeniusz kazał mnie podnieść. Resztę pamiętam słabo. W głowie została tylko Brygida za plecami męża, on łamał mnie na kawałki…
Nie lubię złodziei, Maks, powiedział już tam, na śniegu. Wszystko zrozumiem miłość, szaleństwo, nawet cudzą żonę. Myślisz, że ja nie zdradzam? zaśmiał się. Takich Brygid mam w każdej bramie tuzin. Ale kradzieży nie przebaczam. Moje to moje!..
Położyłem się na zimny śnieg swoim gorącym, durnym sercem, słyszałem odjazd samochodu, wycie wiatru i uderzenia śniegu. Potem pozostało tylko bicie serca. I myśl, że najczęściej przez ukochaną kobietę zostałem zdradzony… Serce mi oziębło. Wyleczyło się.
Co było dalej, już wiecie…
Przeleżałem u myśliwego kilka dni. Sprowadził jakiegoś znachora, kombinowali z moimi połamanymi żebrami, nogami te na szczęście były tylko obięte. Dwóch zupełnie mi obcych ludzi zszyło mnie, załatało. Przez zęby dziękowałem, oni się śmiali.
Wyliżesz się, pobiegniesz, bracie, mówił mi myśliwy.
Po trzech tygodniach wyszedłem na własnych nogach na śnieg. Oszołomił mnie blask świat jakby zalany żółtym światłem, jak gdyby jajko na patelni rozlewało się na całość lub stal wypływała na pręt jasność do bólu. Śnieg odbijał promienie, wypalał oczy. Myśliwy dał mi ciemne okulary.
Teraz idź i nie sięgaj po cudze, chłopcze. Następnym razem możesz nie mieć szczęścia…
Pakując się usłyszałem, jak rozmawiali o tym, ile kto dostał od Eugeniusza za moje ocalenie. Zamarłem, wypuściłem but z rąk, oparłem się o ścianę.
Co wy mówicie? szepnąłem.
Nic, wzruszyli ramionami. Eugeniusz bardzo dobry, tylko strasznie chciwy. A żona jego żmijka. Sprzedaje złoto męża na boku, sądzi, że kiedyś odejdzie. A jak ją złapie, to podkłada takich chłopców jak ty. Jesteś tu nie pierwszy i nie ostatni. Bogaci mają swoje dziwactwa, nie przejmuj się. Tylko od dziś bierz kęsy na miarę. Idź, Maksymilian. Czas na ciebie… poklepali mnie po ramieniu, uśmiechnięci.
Dotarłem do miasta wieczorem. Od razu pobiegłem do szpitala. Może jeszcze zdążę do mamy
Takiego tu nie było, przykro mi, zamknęła mi okienko rejestratorka. Może ją przestraszył mój wygląd.
Proszę pani, niech pani sprawdzi dokładnie, proszę stukałem, potem poszedłem do domu.
Znów zachód był czerwony jak tam, na polu. Przeraziłem się.
W naszych oknach paliło się światło. Wypuściłem z płuc powietrze i pobiegłem, kulejąc, do klatki schodowej. Dzwoniłem długo, aż w końcu otworzyła mama, maleńka, chuda. Patrzyła przerażona. Rzuciłem się jej na szyję, zobaczyłem ojca, rozpłakałem…
Bardzo się martwiliśmy o ciebie, synku, mówiła mama, nakładając i nakładając mi smażone ziemniaki. Ale potem zadzwonił Eugeniusz, powiedział, że miałeś wypadek, wyzdrowiejesz, tylko nie możesz wracać do miasta, bo mogą cię zamknąć
Eugeniusz? upuściłem widelec.
Tak. Jakiś pan z ministerstwa zdrowia. Przyszedł do mnie do szpitala, załatwił osobną salę. Maksymilianie, dziękuję, że poprosiłeś go o pomoc! zaszlochała. Bez niego bym nie przeżyła…
Coś jeszcze mówiła, płakała, gładziła mnie po ogolonej głowie, a ojciec patrzył przeszywająco. Nie mogłem wytrzymać jego spojrzenia, odwróciłem się
Minęło wiele lat. Z żoną Małgosią chodziliśmy szukać żywej choinki na targowisko, zbliżał się Nowy Rok. Małgosia uwielbia świeży żywiczny zapach, ostre igły na podłodze, żywicę na pniu.
Choinkowych bazarów było wiele, objechaliśmy niemal wszystkie, ale nie mogliśmy znaleźć swojej.
Chodźmy tam, zaproponowała Małgosia, kiwając na zapleczony jutą zaułek. W mdłym blasku lamp błyszczały szkielety drzewek, niektóre gałęzie rzucone w kącie.
Skinąłem głową. Weszliśmy, Małgosia macała gałązki, gdy ktoś z ciemności odezwał się chrapliwym, przesiąkniętym dymem głosem:
Najpierw kup, potem macaj. Ręce precz!
Na światło wyszła kobieta w ocieplanej kurtce, walonkach, z wełnianą chustką na głowie. Twarz, bez grama makijażu, była ponuro-zacięta, w oczach tliła się złość.
Poznałem ją. To była Brygida. Moja pierwsza, ognista miłość. Kobieta, która zostawiła ślady na moim ciele. Małgosia czasem pytała skąd ten lub inny szram, zawsze wymyślałem bajki. Kłamałem, bo kochałem ją i nie chciałem jej martwić. Małgosia była prawdziwa, żywa, dobra, mój opoką i schronem. Stworzona z mojego żebra i zesłana mi przez Boga. Nie chciałem, by cierpiała.
Brygida spojrzała, splunęła. Poznała mnie
Eugeniusz kazał jej teraz tu stać i sprzedawać choinki na mrozie, a sam siedzi w restauracji i pije szampana. Już jej nie bije, nie krzyczy. Po prostu był sprytniejszy. A ona straciła wszystko. Żaden chłopiec już jej nie uratował. Z wiekiem uroda przepadła, nie było czym ciągnąć już nowych chłopców…
Chodźmy, Małgosiu, złapałem ją delikatnie za rękę. Tutaj drzewka są byle jakie. Zawieziemy cię na zrąb, wykroisz sobie sama.
Małgosia uśmiechnęła się. Ufała mi. Kochała mnie naprawdę, a ja ciągle nie mogłem uwierzyć, że na to zasługuję…
Czy za swoje szczęśliwe życie powinienem dziękować Eugeniuszowi? Za to, że nie kazał wtedy swoim oprychom mnie dobić? Chudy, zgarbiony Eugeniusz zwyciężył mnie i stałem się jego dłużnikiem na zawsze. Słusznie mi tak…




