Ostatnie wezwanie

Ostatni wyjazd

Już od samego rana Ewelina nie mogła pozbyć się dziwnego przeczucia, że coś się dziś wydarzy.

Coś złego

Od razu zadzwoniła do swojej mamy, lecz Jadwiga Stanisławowna zapewniła ją, że wszystko u niej w porządku:

Ciśnienie jak u astronauty, głowa nie boli. Czemu pytasz?

Tak tylko, na wszelki wypadek odpowiedziała Ewelina. Dobra, muszę się zbierać do pracy. W razie czego to dzwoń.

Dobrze.

Po tej rozmowie powinna była się uspokoić, ale nie zrobiło jej się lżej na sercu. Przeczucie nie chciało odejść.

Ewelina nie mogła zrozumieć, z czym jest to związane, bo przecież nie miała żadnych wyraźnych powodów do niepokoju. Chociaż przy jej pracy wszystko mogło się zdarzyć Zwłaszcza w poniedziałek, który od zawsze był uznawany za najcięższy dzień tygodnia.

Dopiła kawę, zerknęła na zegar była szósta trzydzieści szybko się ubrała i zabierając ze sobą kanapkę, wyszła do pracy.

*****

Na terenie pogotowia Ewelina spotkała Mariusza kierowcę, z którym miała dziś jeździć przez cały dyżur. Gdy ją zobaczył, pomachał życzliwie ręką, na co ona odpowiedziała tylko zmęczonym skinieniem głowy.

Ewela, dlaczego taka posępna jesteś? uśmiechnął się Mariusz, odpalając papierosa. Coś się stało?

Nie, Mariusz. Jeszcze nic się nie stało. Ale czuję, że coś się wydarzy zamyśliła się.

Nie daj Boże Skąd ci takie myśli od rana? Nie wyspałaś się?

Ewelina nie odpowiedziała. Zamiast tego spojrzała w niebo, które pokrywały ciężkie chmury: za chwilę miało lunąć jak z cebra.

A deszczu nie znosiła od dziecka

Może to tylko pogoda tak na mnie działa? Może to nie przeczucie, tylko zły nastrój? nawet się uśmiechnęła na tę myśl, zadowolona, że chyba znalazła przyczynę swego niepokoju.

Jednak już po chwili znowu ogarnęło ją złe przeczucie.

Udanej wam zmiany, koledzy! krzyknęła młoda ratowniczka, przebiegająca obok.

Mariusz usłyszawszy to, zakrztusił się dymem, a gdy już się odkaszlnął, pokazał jej pięść. Dziewczyna natychmiast spłoszona zatrzepotała powiekami.

Ojejku Przepraszam Wyleciało z głowy powiedziała skruszona.

Ta dziewczyna zatrudniła się na pogotowiu dopiero w zeszłym tygodniu i jeszcze nie zdążyła zapamiętać, że nie wolno życzyć udanej zmiany ekipie wyruszającej na dyżur.

Taki przesąd przynosi pecha.

No teraz to już na pewno coś się stanie wyszeptała Ewelina, a zimny dreszcz przebiegł jej po plecach.

Symptomatyczna jesteś mruknął Mariusz, rzucając niedopałek do metalowego kosza.

*****

Ewelina nerwowo przygryzała wargę za każdym razem, gdy dyspozytorka wysyłała na ich tablet kolejne adresy i przez radio podawała powód wezwania karetki:

Mężczyzna, 35 lat, skarży się na silny ból głowy. Według zgłoszenia, język mu się plącze podejrzenie udaru.

Tego mi tylko brakowało pomyślała. Oczywiście, ratownik musi być gotowy na wszystko, ale

Każdy dyżur przeżywała Ewelina bardzo osobiście; martwiła się o wszystkich, a przypadki z tragicznym zakończeniem szczególnie ją przytłaczały. A przy udarze niestety tak się często dzieje. Szczególnie dzisiaj

Na szczęście, mężczyzna nie miał udaru.

Język mu się plątał, bo bawił się aż do rana na urodzinach przyjaciela, a ból głowy to wynik kaca. Ewelina dała mu tabletkę i zaleciła długi sen.

A jak wypiję piwo, pomoże? zapytał z nadzieją w głosie, trzymając się za głowę.

Absolutnie nie! Będzie tylko gorzej. Jeśli chce pan żyć długo i w zdrowiu najlepiej całkowicie odstawić alkohol.

Kiedy wyszła z mieszkania, odetchnęła z ulgą dobrze, że tym razem nic poważnego się nie stało.

A może Mariusz ma rację i to całe złe przeczucie jest efektem przemęczenia i nerwów? uspokajała się Ewelina. Ledwo zaczęła czuć się lepiej, zadzwoniła dyspozytorka i skierowała ich na cmentarz miejską karetką

Gdzie?! zdziwił się Mariusz.

Na cmentarz odpowiedziała smutno Ewelina, kurczowo trzymając się tabletu.

Dziś chowano tam znanego aktora, urodzonego w ich mieście, o którym Ewelina do tej pory jednak nie słyszała.

Było pełno ludzi.

Starszych i młodych. Mężczyzn i kobiet. Jedni milczeli z goździkami w rękach, inni płakali, jeszcze inni ciepło wspominali zmarłego. Ewelina co chwilę czekała, aż coś się wydarzy. Mariusz często wychodził na papierosa.

Ale nic się nie wydarzyło na szczęście ich pomoc nie była nikomu potrzebna.

Potem były inne wyjazdy rutynowe, powtarzające się niemal codziennie.

Tak zleciało blisko dwanaście godzin. Zmiana dobiegała końca.

Jeszcze kilka minut, by wrócić na własną stację pogotowia.

Ewelina marzyła już, jak wróci do domu, weźmie prysznic i od razu położy się spać. Jutro nowy dzień może nastrój będzie lepszy.

Na wszelki wypadek już dziesiąty raz zadzwoniła do mamy, zapytać, co u niej.

Wszystko dobrze, Ewelinko odpowiedziała Jadwiga. Zjem kolację i będę oglądać telewizję.

No i jak mama? zapytał Mariusz, gdy chowała telefon.

Wszystko dobrze.

Widzisz! uśmiechnął się szeroko Mariusz. Mówiłem ci, że nic złego się nie wydarzy. Przestań o tym myśleć te twoje złe przeczucia

Mariusz, ono nadal jest Nie rozumiem, co tak bardzo mnie niepokoi.

Może powinnaś sobie jakieś zwierzątko kupić? To pomaga na stres.

Ty poważnie?

Pewnie! U mnie w domu kot Feluś. Jak wracam, od razu przychodzi się przytulić, mruczy A mi od tego lekko na sercu. Wszystkie złe myśli jak ręką odjął, a śpię potem jak dziecko.

Mariusz, kto by się tym zwierzakiem opiekował, jak mam taki grafik? Ty masz żonę, dzieci, a ja mieszkam sama.

Chciała jeszcze coś powiedzieć, ale nagle tablet się obudził i usłyszała głos dyspozytorki:

Ewelina, przykro mi, ale twoja zmiana się jeszcze nie skończyła. Dostajesz ostatni wyjazd. Ulica Słowackiego 23. Mieszkanie chwileczkę

Czy to nie czasem czterdzieści osiem?

Tak, Ewelina, zgadza się mieszkanie 48. Skąd wiesz? zdziwiła się dyspozytorka.

Tam przecież mieszka pan Kazimierz Pawłowski. Byłam u niego już tyle razy, prawie jak do siebie Znów się skarży na serce?

Ewelina usłyszała ciężkie westchnienie dyspozytorki. Od razu poczuła niepokój.

On nie żyje, Ewelina Pewnie już od rana. Policja jest na miejscu, musicie przyjechać. Sama wiesz, dlaczego

Wiem odpowiedziała dziwnie pusto.

Drżącą ręką położyła tablet na kolanach i spojrzała na Mariusza. Ten tylko skinął głową wszystko słyszał.

Po chwili odezwał się cicho:

Szkoda pana Kazimierza. Z tego, co mi opowiadałaś, był naprawdę dobrym człowiekiem. Ale pamiętaj, Ewela, nie twoja w tym wina. Sam nie chciał jechać do szpitala, nawet do przychodni nie zaglądał Nie obwiniaj się.

Hmmm

Ewelina oparła się na siedzeniu, zamknęła oczy, przenosząc się myślami gdzieś daleko od tej chwili

*****

Kazimierza Pawłowskiego poznała półtora miesiąca temu sam zadzwonił po pogotowie, bo bolała go mocno klatka piersiowa.

Drzwi nie zamknięte, proszę wejść do mieszkania powiedziała wtedy dyspozytorka.

Dobrze.

Przekraczając próg, w przedpokoju przywitał ją malutki szczeniak. Taki, co by się w dłoni zmieścił.

Najpierw szczekał na nieproszonego gościa, potem zaczął wyć, a dopiero gdy gospodarz go zawołał, uciekł do pokoju, merdając ogonkiem.

Znalazłem go na ulicy i przygarnąłem. Od tego czasu broni mnie jak własnego uśmiechnął się starszy pan, próbując siadać na łóżku.

Proszę leżeć, niech pan nie wstaje zatrzymała go Ewelina. Ma pan cudownego pieska. Sama bym takiego chciała, gdybym mogła.

A dlaczego nie możesz?

Są powody. No dobrze, panie Kazimierzu, porozmawiajmy o panu. Od kiedy się źle pan czuje? Był pan u lekarza?

Opowiedział szczerze o chorobie. Okazało się, że problemy z sercem zaczęły się rok temu, gdy zmarła żona. Chodził do przychodni, ale leczenie nie pomagało, więc

Wie pani, jeszcze gorzej mi się robi, kiedy siedzę tam w kolejce. Te bóle takie Nieregularne.

Może pan opisać je dokładniej?

Co tu dużo gadać Pobiegnie trochę i przejdzie. Czasem corvalol wezmę, czasem validol pod język.

To nie jest żadne leczenie uśmiechnęła się Ewelina. Zróbmy EKG.

Na EKG naprawdę coś wykryła poważne problemy z sercem. Chciała go skierować do szpitala, lecz pan Kazimierz stanowczo odmówił.

A psa komu zostawię? Dajcie mi lepiej coś na uspokojenie

Panie Kazimierzu, to tylko tymczasowo pomoże. Proszę o szpital.

Wasi koledzy tak robili i jakoś żyję. Do szpitala nie jadę. Jak trzeba, to podpiszę odmowę.

Ewelina nie mogła go przekonać. Ani za pierwszym razem, ani kolejnymi.

Od tej pory na jego wezwania jeździła tylko ona. A pan Kazimierz dzwonił po karetkę prawie co tydzień.

Nigdy wcześniej tak nie było. Poboli puszcza, a teraz chwyci i nie puści.

Tak jest, bo z każdym dniem jest coraz gorzej i nic pan nie robi, żeby poprawić stan zdrowia. Chce pan jeszcze raz odmówić szpitala?

Przepraszam, Ewelina, nie mogę. Starszy pan brał szczeniaka na ręce i głaskał go długo po głowie. Nie mam komu go zostawić, taki maleńki.

A jeśli coś się panu stanie? Wtedy komu go pan zostawi? spytała Ewelina.

Nic się nie stanie! A jak Jeśli już, to na pewno znajdą się dobrzy ludzie. Umówiłem się już z sąsiadką jakby co, nakarmi i opiekę da. Pokazałem nawet, gdzie mam odłożone pieniądze.

Pieniądze? Po co?

No jak to po co? zdziwił się staruszek. Żeby miała za co kupić jedzenie dla psa. Przecież wiem, że wielu nie zabiera psów z ulic, bo nie stać ich na karmę.

Doprawdy, porządny to był człowiek.

A teraz Ewelina znów jechała do niego choć tym razem nie będzie rozmowy, nie będzie rady ani uśmiechu Szkoda.

Ten ostatni wyjazd rzeczywiście okazał się ostatnim.

I choć Mariusz twierdził, że to nie jej wina, Ewelina myślała inaczej. Powinna go była przekonać do leczenia. Powinna

Ewela, jesteśmy.

Słucham? nie od razu poczuła dłoń Mariusza na ramieniu.

Już jesteśmy.

Ociężale wdrapała się na trzecie piętro, weszła do mieszkania, gdzie czekał już dzielnicowy i sąsiadka pani Halina, którą zdążyła poznać podczas jednego z wcześniejszych wyjazdów.

Wtedy pan Kazimierz źle się poczuł na ulicy i poprosił panią Halinę, żeby zadzwoniła po pogotowie. Kiedy Ewelina przyjechała, Halina była przy nim. Tak się właśnie poznały.

Dzień dobry, Ewelino.

Dzień dobry, pani Halino odpowiedziała cicho. To pani wezwała policję?

Tak, bo kto inny? Ten piesek od rana ciągle szczekał. Dziwiłam się, czemu pan Kazimierz nie wyszedł z nim jak zwykle. Pomyślałam może nie ma humoru. Potem wyjechałam na działkę, wróciłam wieczorem piesek nadal szczeka. No i zadzwoniłam do policji. Dzielnicowy razem z ślusarzem otworzył drzwi, a tam pokazała w kierunku sypialni.

Rozumiem, dziękuję.

Ewelina weszła do sypialni, długo patrzyła na pana Kazimierza, z trudem powstrzymując łzy. Wypełniła dokumentację. I nagle

coś sobie przypomniawszy, zaczęła szukać po mieszkaniu. Zajrzała do kuchni, łazienki, nawet na balkon.

Przepraszam, coś pani zgubiła? spytał dzielnicowy, przyglądając się jej uważnie.

Gdzie jest piesek? Nigdzie go tu nie ma. Widział go pan?

Tak, widziałem. Kręcił się tu pod nogami, szczekał zaśmiał się dzielnicowy. Potem sąsiadka go chyba zabrała.

Dzięki Bogu! odetchnęła z ulgą Ewelina.

Już się bała, że wyrzucono szczeniaka na dwór. Pan Kazimierz tak bardzo go kochał Strasznie by się zmartwił, gdyby się dowiedział

Pożegnała się z dzielnicowym, wyszła z mieszkania pana Kazimierza i postanowiła wejść jeszcze na chwilę do pani Haliny, która poszła wcześniej, tłumacząc się pilnymi sprawami.

Ewelina? zdziwiła się sąsiadka. Coś się dzieje?

Chciałam tylko podziękować za to, że przyjęła pani do siebie Bimbę. Bardzo to dla mnie ważne. Jak się czuje? Bardzo rozpacza?

Kto rozpacza?!

Piesek, Bimba Jest u pani, prawda?

A, ten piesek? zorientowała się pani Halina. Ja go nie przyjęłam na stałe. Po co mi pies?

Ale dzielnicowy mówił, że pani go zabrała.

No, zabrałam ale wypuściłam na spacer. Tak szczekał i warczał na dzielnicowego, że stwierdziłam, że lepiej niech wybiegnie na dwór niż siedzi w mieszkaniu. Sama pracuję, nie mam czasu. I hałasował, aż mnie głowa rozbolała.

Chwileczkę Pani wypuściła pieska na dwór?

Nie wygoniłam tylko wypuściłam. I tak tu nie było sensu, żeby siedział. Właściciel nie żyje

Ale pan Kazimierz mówił, że się z panią umówił, a nawet pokazał, gdzie są pieniądze na karmę.

Pani Halina pobladła, zmieniła się na twarzy najpierw zaskoczona, potem się zmarszczyła:

Nic o tym nie wiem. Nie byłam z panem Kazimierzem na żadne takie umowy, ani o żadnych pieniądzach nie słyszałam.

Ale mówił mi sam

Wybacz Ewelino, nie mam czasu rozmawiać. A pies Jak będzie chciał, to sobie poradzi. Jeszcze ktoś go przygarnie.

*****

Ewelina szybko zeszła na dół i wybiegła na zewnątrz. W tym czasie na dworze zaczęło lać na dobre.

Na początku drobniutki deszcz, zaraz jednak krople stawały się coraz cięższe.

Ewelina, co ty tam stoisz? zawołał Mariusz. Chodź do auta, przemokniesz!

Podbiegła, otworzyła drzwi, zostawiła w środku torbę z lekami i zamknęła drzwi.

Co się stało? nie rozumiał Mariusz.

Mariusz, ty wracaj na stację, ja muszę coś jeszcze załatwić.

Co takiego?

Znaleźć pieska.

Jakiego pieska, Ewelina? Wyjaśnij mi w końcu…

W dwóch słowach opowiedziała mu całą sytuację. Mariusz odpalił papierosa i słuchał.

Ten Bimba nie mógł daleko uciec. Musi być gdzieś niedaleko. Ty wracaj na dyżur, ja tu jakoś sama poszukam.

Mariusz rzucił przysmak na ulicę, zgasił butem i spojrzał na Ewelinę:

Nie. Nie zostawię cię samej. Zaraz będzie ciemno. Pójdziemy razem szukać twojego psa.

Chcesz zostawić ambulans?

O tym nikt się nie dowie. Spokojnie.

Ratownik medyczny i kierowca przez dziesięć minut obchodzili podwórko, szukając pieska, jakby pod ziemię zapadł się. Wkrótce dołączył do nich dzielnicowy, który, zauważywszy Ewelinę i Mariusza, zaproponował swoją pomoc co Ewelina przyjęła z wdzięcznością.

Znalazłem! usłyszała wołanie Mariusza i pobiegła w jego stronę.

Dzielnicowy też poszedł w ślad.

Zobaczcie mówił szczerze rozbawiony Mariusz, stojąc koło ławeczki naprzeciwko bloku Kazimierza Pawłowskiego ja go tu znalazłem, a on na mnie warczy!

Rzeczywiście, pod ławeczką siedział Bimba.

I rzeczywiście warczał na kierowcę karetki, nie dając się do siebie zbliżyć.

Bimba, kochany! prawie popłakała się ze szczęścia Ewelina. A może nawet łzy mieszały się z deszczem, spływającym po policzkach, dlatego nikt ich nie widział. Poznałeś mnie, Bimba?

Szczeniak od razu ją poznał. Wyszedł spod ławki, spojrzał na nią smutnymi oczami i zaczął żałośnie piszczeć.

Wiem, maleńki, wiem Odszedł nasz Kazimierz Pawłowski. Nie ma go już z nami.

Mariusz odwrócił wzrok, by nie pokazać łez. Nigdy nie płakał przy ludziach a teraz tak wyszło. Dzielnicowy też spojrzał w niebo, jak to mężczyzna musi zachować się z godnością.

Nie zastąpię ci twojego pana, ale mówiła Ewelina do szczeniaka ale spróbuję, dobrze? Pójdziesz ze mną?

I Bimba poszedł.

Bo czuł, że Ewelina jest dobrą osobą. Że nie zrobi mu krzywdy.

A poza tym Sam bardzo nie lubił deszczu

*****

Na początku Ewelina bardzo się martwiła, że sobie nie poradzi. Ale z pomocą przyszła jej mama.

Za każdym razem, gdy miała dyżur, Jadwiga przychodziła do niej, karmiła i wyprowadzała Bimbę.

A w wolne dni spędzali czas we troje w parku Ewelina, mama i jej ukochany pies.

Nigdy nie żałowała, że zabrała do siebie tego samotnego, zgubionego szczeniaka.

Bo dopiero teraz życie nabrało sensu. Nawet coraz lepiej rozumiała Kazimierza Pawłowskiego, choć jako lekarka nie pochwalała, że nie chciał się leczyć.

Po pewnym czasie do ich zgranej, silnej paczki dołączył jeszcze ktoś ten sam dzielnicowy, którego poznała w mieszkaniu Kazimierza i który aktywnie uczestniczył w poszukiwaniu Bimby. Od początku spodobała mu się Ewelina, ale okoliczności ich pierwszego spotkania, delikatnie mówiąc, nie sprzyjały bliższemu poznaniu.

Kiedy Wojtek zjawił się z bukietem róż, w progu witał go samotny Bimba.

Obwąchał go, spojrzał uważnie z dołu do góry i po paru sekundach zaszczekał radośnie, zapraszając Wojtka do domu. Test przeszedł pozytywnie.

Co znaczyło, że jego ukochanej pani już nic nie zagraża. Chyba że tylko szczęście, o którym tak długo marzyłaBimba szybko zaakceptował nowego domownika. A Ewelina, patrząc, jak jej pies z entuzjazmem kręci się przy Wojtku i jak jej mama z troską nalewa herbatę po raz pierwszy od dawna poczuła pełnię. Nie była już sama.

Deszczowe poniedziałki minęły. Nie chodziło o to, że życie stało się nagle łatwe i beztroskie na pogotowiu nie brakowało trudnych przypadków, a w sercu na zawsze pozostała pamięć o Kazimierzu Pawłowskim.

Ale teraz, gdy nachodził ją niepokój, siadała wieczorem na kanapie z kubkiem gorącej herbaty, Bimbą wtulonym w kolana i ramieniem Wojtka otulającym jej barki. Wiedziała, że to, co najważniejsze, zawsze znajdzie się bliżej, niż myśli. Może za ścianą, za rogiem, pod ławką w zacinającym deszczu Czasem wystarczy dobre serce, odrobina odwagi i druga para oczu wypatrująca szczęścia tam, gdzie inni widzą tylko codzienność.

I tego dnia, gdy Ewelina spojrzała w okno, dostrzegła na niebie cienki pas jasności przebijający się przez chmury. Uśmiechnęła się.

Bo wiedziała już, że po każdym burym poniedziałku prędzej czy później przychodzi własne, ciepłe słońce.

Oceń artykuł
TwojaCena
Ostatnie wezwanie