Moje zasady
Nie, Pawełku, jak dobrze, że przyjechałeś! pani Irena siadła naprzeciwko syna, podparła podbródek drobnymi pięściami i uśmiechnęła się szeroko. Tak tęskniłam. Jedz, kochanie, jedz. Położyć ci jeszcze kotleta?
Paweł pokręcił przecząco głową.
Niedobre? zaniepokoiła się matka, wyprostowała się. Jej drobna, pomarszczona twarz napięła się, brwi uniosły się wysoko. Przecież robiłam jak zawsze… Mówiłam ojcu, że wieprzowiny nie lubisz… No mówiłam! Coś nie tak ze smakiem?
Irena rozemocjonowała się strasznie; tak czekała na Pawła i nagotowała potraw jakby miał przyjechać cały pułk żołnierzy, a ona kucharka polowa, co ma wszystkich nakarmić, ogrzać, obdarować czułością. A tu taki wstyd synowi nie smakują jej kotlety…
Mamo, znowu zaczynasz? Przecież pyszne, naprawdę! Tylko już nie dam rady więcej.
Paweł odłożył na talerz maleńki widelec, zbyt delikatny i kruchy dla jego wielkiej, niedźwiedziej łapy, poprawił serwetkę, równie drobną, jak chusteczka dziecka. Aż dziwne, że takiego dryblasa urodziła maleńka Irenka. Ale to po ojcu, Mikołaju, był taki zwalisty, szeroki, grzbiet przy grzbiecie. Obok niego Irenka zawsze wyglądała jak dziewczynka.
Było rewelacyjnie, jak zawsze! syn podniósł się, podszedł do matki, pogładził ją po ramionach, jakby narzucił na nią ciepły płaszcz. Od razu zrobiło się jej spokojnie i bezpiecznie. No, co chciałaś omówić? Mów, bo zaraz muszę jechać. Umawialiśmy się z Lubomiłą na zakupy, Romkowi trzeba kupić ubranie.
Lubomiła, jak lubił ją nazywać Paweł trochę po staropolsku, była jego żoną, kobietą bardzo poukładaną, porządną i niezwykle piękną.
Paweł, kiedy zobaczył ją pierwszy raz na ulicy, tak się zapatrzył, że wpadł na słup. Rozciął brew, poleciała krew. Lubka wystraszona obejrzała się w stronę stukotu, spojrzała wielkimi oczami i aż otworzyła usta ze zdziwienia. A Paweł tylko niezręcznie pocierał słup, jakby się bał, że go uszkodził…
Potem razem poszli na pogotowie. Lubka trochę śmieszna, młodziutka, naiwna pytała, czy mu się nie kręci w głowie, podtrzymywała Pawła pod łokieć. A co miał odpowiedzieć? Oczywiście, że kręci się w głowie, szaleje! Bo taka piękna Lubomiła obok…
Pobrali się. I teraz wychowywali synka Romka, Lubomiła pracowała jako logopeda często miała uczniów w domu, co było bardzo wygodne, bo nie musiała biegać po cudzych mieszkaniach i znajdowała czas na swoje sprawy. Paweł codziennie rano jechał do pracy, odwoził Romka do szkoły i to do jakiej! Lubka załatwiła mu miejsce w prestiżowym liceum biologicznym. Żyli dobrze, spokojnie, pełni troski i miłości.
A czemu Lubka nie przyjechała? zapytała pani Irena, sprzątając ze stołu. Dobrze wiedziała, że Lubka ma lekcje prywatne, nawet w weekendy, ale przedłużała rozmowę, wstydząc się poprosić o przysługę.
Przecież mówiłem, że dziś ma dwójkę uczniów. A Roman Pawłowicz Paweł bardzo lubił nazywać syna oficjalnie, to brzmiało poważnie odrabia lekcje. No, co jest?
Mężczyzna odebrał od matki filiżanki, jakby trzymał kryształki, odłożył do zlewu, obrócił Irenę w swoją stronę i spojrzał jej w oczy.
Mamo, zaczynasz mnie martwić. Z ojcem coś nie tak? Czemu się zaszył w pokoju? Wzięliście kredyt? Oszukali was? Zastawiliście mieszkanie, nerkę albo pół wątroby? Szantażują was? Znaleziono mojego bliźniaka, którego porwano z porodówki?
Paweł uśmiechnął się, zadowolony z własnego żartu. A świat wokół aż kipiał radością, aż brzęczał wiosennym nastrojem.
Usiadł, na gest matki, pogłaskał się po małym, wystającym brzuchu, rozciągnął się i stuknął dłonią o szafkę kuchenną. No tak… Mieszkanie małe, co tu mówić… Nie to, co u nich z Lubką przestrzeń, trzy pokoje, duży balkon, wygodna kuchnia. Dla wszystkich miejsce, jeszcze zostaje. To mieszkanie przypadło im po rodzinie Lubki. Jej krewni kiedyś dostali je zasłużenie za pracę naukową, potem wyjechali gdzieś na prowincję, bliżej ziemi. Przekazali mieszkanie Lubce, wysyłali jej co jesień ziemniaki, buraki, tajemniczy bulwiasty topinambur i słynne astry. Boże, jakie to były astry! Cud, nie kwiaty! Kosmiczne, puszyste, niesamowite. Wszystko to przyjeżdżało z okazji w bagażniku żuka wujka Stefana, byłego właściciela mieszkania. Czemu tak cenił Lubkę, za co obdarzał takimi honorami Paweł nie wiedział, ale Stefana szanował, zawsze pomagał mu przy aucie. I chodził po tym mieszkaniu w szortach z palmami i cieszył się życiem.
Ja w zasadzie do ciebie, synku, z pytaniem… wzięła głęboki oddech Irena, po czym nieśmiało przesunęła mu talerzyk z piernikami. Pamiętasz Marysię z naszego piętra?
Paweł drgnął lekko, zmarszczył brwi.
Oczywiście, mamo! kiwnął w końcu. Pierniki pachniały cudownie miodem, ciastem i lukrem, więc wrzucił jeszcze jednego do ust, popił herbatą.
No więc… Pani Marii skierowali do waszego, wojewódzkiego szpitala, musi zrobić operację na oczy, coś tam poważnego…
Paweł żuł słuchając. Pamiętał, jasne, ciocia Marysia była sąsiadką bardzo pomagała mamie, opiekowała się nim, gdy był mały. Zawsze chodziła w tych swoich wielkich, okrągłych okularach, przez które jej oczy wyglądały jak żabie, a rzęsy trzepotały jak skrzydła motyla.
I…? zapytał w końcu, bo mama nagle zamilkła i zaczęła ścierać okruszki z obrusa znak, że się denerwuje.
No… Czy mogłaby się zatrzymać u was na czas leczenia? Wynajem mieszkania drogi, hotel tym bardziej, a jeździć w tę i z powrotem nie ma siły… Wiem, że ciężko z cudzą osobą w domu, ale tylko na chwilę… I sama czuję się jej dłużna za wszystko, bo w zasadzie wychowała cię…
Paweł przestał żuć, zrobił duży łyk herbaty, otarł usta serwetką, wzruszył ramionami.
No… No… zamruczał. Mieszkać z ciocią Marysią w planach nie miał, trzeba będzie schować palmowe szorty… I Lubka nie będzie mogła w nocy chodzić do kuchni w koszulce… A tak jej wtedy ładnie… Ale skoro trzeba to trzeba, sprawa honoru. Jasne, mamo! Można, oczywiście! Kiedyś mi pomogła, teraz ja jej! powiedział pogodnie. Poczuł się szlachetny, dobry, opiekuńczy, a aż mu się zrobiło ciepło w środku. Lubka na pewno będzie z niego dumna. I mama też. Pani Maria zasłużyła na troskę na starość! dodał i uśmiechnął się do siebie.
Za oknem, jak aureola nad jego głową, rozbłysło słońce i zatańczyło w oczach szczęśliwej mamy, pobiegło słonecznymi refleksami po ścianach. Z kościoła za oknem zabrzmiały dzwony, dusza śpiewała z radości.
Naprawdę? Ojej, jak się cieszę, Pawle! To jest właśnie POSTĘPEK! Prawdziwy czyn, synku! Tak się cieszę, że wyrosłeś na dobrego, czułego chłopca.
Podeszła, pogładziła syna po głowie jak w dzieciństwie.
Gdyby była tu Lubka, na pewno by się skrzywiła i skomentowała zachowanie teściowej. Często śmiała się z tej pełnej czci miłości Irenki do syna.
Ale jej nie było więc można było znów na chwilę być tym małym, chwalonym chłopcem, którego głaszcze najważniejsza kobieta w życiu.
Paweł rozpromieniony, oparł bezwładnie ręce na stole.
Ale… to chyba trzeba zapytać Lubomilę… szepnęła nagle Irena przelękniona. Paweł mruknął coś, że nie ma sprawy, Lubka się zgodzi, a potem przytuliwszy się do matczynej ręki, niemal przysnął z błogości. To ja zaraz zadzwonię do pani Marii, ustalimy co i jak…
Irena zniknęła w kuchni, z pokoju szurała gazeta to ojciec. Paweł wyciągnął telefon, zadzwonił do żony.
Lubka słuchała uważnie, starannie malując jedno oko.
A na ile to będzie? zapytała w końcu.
No… Dwa tygodnie chyba. Lubciu, trzeba pomóc… Człowiek operację będzie mieć, nie ma gdzie mieszkać…
Pawle, przecież są oddziały, może przecież… zaczęła Lubka, ale mąż przerwał jej.
Są, ale potem musi przychodzić na kontrole, nie będzie gonić godzinami po mieście. Lubomilko, przecież jesteś gościnna, a pani Maria bardzo porządna, miła. Znajdziecie wspólny język…
Wiesz westchnęła Lubka nie podoba mi się ten pomysł. Na waszym weselu patrzyła na mnie z góry. Nie lubi mnie twoja ciocia Marysia…
Lubi, bardzo cię lubi! Pomoże z Romkiem, przecież…
Pawle, twój syn ma szesnaście lat. Czym mu może pomóc pani Maria? Lubka krzyknęła do telefonu i już nie malowała ust.
Wszystkim, Lubciu! To doświadczony człowiek. Przeżyła swoje. No co, nie jesteś przeciwna?
Lubka całkiem była przeciw, ale nie umiała tego powiedzieć wprost, żeby nie urazić męża.
No dobrze. Kiedy przyjedzie? zapytała sucho.
Od strony Pawła rozległy się szepty, potem powiedział, że w niedzielę.
W tę? Czyli jutro? Lubka rzuciła okiem na domowy rozgardiasz. Normalny nieład normalnej rodziny ale dla obcych tak nie można! Nigdy nie pokazała tak mieszkania żadnemu gościowi. Uczniowie Lubki przychodzili do kuchnijadalni tam duży stół, dużo światła, wygodnie. Nikt nie wchodził dalej. Jeśli spodziewali się gości, robili generalne porządki. Lubka, w przeciwieństwie do przyjaciółek, zawsze wstydziła się prostoty swojego życia, porzuconego rano w pośpiechu swetra czy krzywo powieszonych ręczników w łazience. Zawsze ukrywała niedoskonałości.
A ciocia Marysia będzie kręcić się wszędzie! I pomyśli, że Lubka jest złą gospodynią…
Czyste podłogi, porządek w domu, to porządek w głowie! powtarzała Lubce jej mama. Jak ludzie wchodzą, patrzą najpierw na porządek. A ty, Lubko, jesteś niestaranna! No przecież to niemożliwe! Ubierz tę bluzkę, powieś spódnicę. Jesteś przecież dziewczyną!
Lubka zamknęła oczy, pokręciła głową jak za dawnych czasów, gdy mama stała obok, a ona wstydziła się, że taka z niej nieudana dziewczyna.
W następną wyjaśnił Paweł.
No to jeszcze trochę czasu… przeciągnęła kobieta. Idę uprzedzić Romana…
Miała jeszcze czas, aby dobiec do granicy domowego chaosu, wyszorować, wyprać, powiesić, wyprasować i doprowadzić wszystko na błysk…
Romek nowinę o goszczeniu starszej pani, która kiedyś niańczyła jego ojca od niemowlaka, przyjął obojętnie. Przyjedzie i wszystko jedno.
Daj spokój, mamo! Żyj, jak żyjesz, i koniec! patrząc jak matka nerwowo krząta się z odkurzaczem, filozoficznie wyjaśnił przyszły biolog Romek. To nasz ekosystem, tutaj rośniemy. Ona to element obcy, przysłana na czas próbny. Przetrwa super, nie trudno. Niech się zaadaptuje.
My nie rośniemy, Romku, my zarastamy! W tygodniu w ogóle nie będę miała czasu… No rusz się! Weź drugi odkurzacz, pomóż! Nie chcę wstydu przed znajomymi twojej babci. Co sobie o mnie pomyśli! I przekaże babci Irenie.
Babcia Irena wszystko wie. I jakoś się nie martwi! wzruszył ramionami Romek i zniknął.
Lubka była cała roztrzęsiona. Po pół godziny jednak zadzwonił dzwonek przyszedł pierwszy uczeń, jąkający się, bułkowaty jak drożdżowy placek, chłopczyk Andrzejek. Andrzejek starał się odpalić motorek języczkiem, czerwienił się ze złości, cieszył się każdą pochwałą, a Lubka rozglądała się tylko, co jeszcze powinna sprzątnąć.
Okna! nagle pomyślała. Jeszcze nie umyłam okien!
Okna muszą być tak czyste, żeby wyglądały, jakby w ogóle nie miały szyb! ponownie mówiła mama w głowie. Czyste okna to porządna gospodyni, Lubka! A ty, tylko byle jak…
Przyjechał Paweł, odciągnął żonę od sprzątania, przez całą drogę do sklepu opowiadał, jaka dobra jest pani Maria, jak go wychowywała, a Lubka tylko kiwała głową i wzruszała ramionami.
Ojciec, koniec już, załatwione przyjedzie twoja druga mama. Dajmy już spokój temu tematowi! wytrzymał Romek.
Lubka była mu wdzięczna…
Do następnej niedzieli czas minął błyskawicznie, jakby ktoś wcisnął pedał gazu i nie puszczał.
W sobotę Paweł pojechał po panią Marię, a Lubka, odwoławszy wszystkie lekcje, szykowała się na przyjęcie gościa.
Romek został wysłany do fryzjera, pies Gucio wykąpany i wtulony przez Lubkę aż do skomlenia, a okna lśniły przykładem idealności.
Lubko, będziemy na trzecią, nie wcześniej uprzedził Paweł. Nie stresuj się, zajmij się sobą. Pani Maria bardzo się martwi, że przeszkadza.
Spokojnie, wiem. Czekamy na trzecią, na obiad.
Na obiad Lubka miała upiec kurczaka, ugotować ziemniaczki, zrobić sałatkę… Przyjąć gościa jak należy.
Wstała o siódmej, wysłała Romka na spacer z Guciem a sama stanęła pod gorącym prysznicem, podśpiewywała cicho refren znanej piosenki. Dopiero zabrała się za mycie zębów, gdy w przedpokoju zadudnił zamek. Odezwał się głos męża, wtórował mu delikatny kobiecy głos, szczekał radośnie Gucio, a Romek jęczał w tle.
W zamglonym lustrze Lubka zobaczyła, w jakim stanie przyszło jej witać gościa…
No i jesteśmy… oznajmił Paweł, skinąwszy żonie, która z szczoteczką w ustach i w szlafroku na gołe ciało patrzyła, jak mąż taszczy wielką czerwoną walizkę, a za nim idzie uśmiechnięta kobieta, pani Maria we własnej osobie. Zachwycona, rozchwalając dom, wszystko jej się podoba, jakby we Francji. Ale Lubka wie przecież jest w szlafroku, na głowie ma bałagan, kurczak jeszcze nie upieczony, Gucio ma brudne łapy i teraz brudna podłoga… Lubka zła gospodyni! I już pani Maria marszczy usta, patrząc na kałuże od Gucia, a Lubka śmiga do łazienki.
Tu twoja sypialnia, otworzył drzwi Paweł. Rozgość się. Zaraz zrobię coś do zjedzenia, tylko się przebiorę.
Maria podziękowała i zamknęła drzwi za sobą.
Czemu tak wcześnie? syknęła Lubka zza parawanu. Nie spodziewałam się! Tak nie można, Pawle, ośmieszyłeś mnie!
Paweł, siedząc na łóżku, patrzył na odbicie żony w lśniącej szafie rozkoszował się jej figurą, ramionami jak z brzozy…
Słucham? zamruczał.
Dlaczego tak wcześnie? Lubka już miała sukienkę, układała włosy. Zamek zapnij, proszę.
A, pani Maria miała dziś wizytę u lekarza, zapomniałem. Pojechaliśmy wcześniej wzruszył ramionami mężczyzna, podszedł do żony, chciał pocałować, nie pozwoliła.
Czemu tyle bagaży? spytała.
No… Kobiety nigdy nie są praktyczne. Prawdziwe przekupki! ucieszył się z żartu.
Usiedli do śniadania. Lubka usmażyła jajecznicę, Romek widząc nerwy matki, przygotował kanapki.
Maria weszła ostatnia, obejrzała się. Dla niej zostawiono miejsce obok Romka.
Smacznego wszystkim. Bardzo tu przytulnie. Lubka, pamiętam, że na ślub dałam wam serwis porcelany z makami… Nie? Może komuś innemu?
Lubka wzruszyła ramionami. Serwis rozbił się już dzień po ślubie Paweł zrzucił pudełko z piątego schodka. Wszystko się rozpadło…
Paweł spokojnie jadł. Nie pamiętał już o makach i porcelanie.
Może komuś innemu Lubka nalewała kawy.
Lubko, tu mi przeciąga nagle specjalnie poskarżyła się pani Maria. Mogę się przesiąść na twoje miejsce?
Romek podniósł głowę, spojrzał na matkę. Ta tylko rozłożyła ręce.
Paweł rozprostował ramiona. To on tu opoka i opiekun!
Lubka, przesiądź się. Gdyby pani Maria się przeziębiła przed operacją, byłoby źle! powiedział, uniósł delikatnie żonę i przestawił na nowe miejsce, gościa zaś posadził po drugiej stronie.
Pamiętam, jak opiekowałam się Pawłem od malutkiego dodała nagle Maria. Pieluszki wymieniałam, był trudnym dzieciakiem, bardzo niejadek. Potem się wyrobił. Ale zawsze miał swój charakterek!
Lubka się zakrztusiła, Romka rozbawiło.
A pan, młody człowieku, powinien zabrać się za lekcje. Paweł zawsze robił lekcje rano, wtedy wszystko układało się w głowie! Maria sprzątnęła Romkowi naczynia, rzuciła ojcu spojrzenie. Chciała coś powiedzieć, ale się rozmyśliła.
Romek dopił herbatę na stojąco i poszedł do pokoju.
Podziękowawszy za śniadanie, Maria zamknęła się w swoim pokoju, zaczęła coś przestawiać, zawołała Pawła, żeby przestawił telewizor.
Macie mało książek zauważyła, kiedy wszyscy tłoczyli się w korytarzu, żegnając Romka wybierającego się na trening. Romkowi przydałaby się klasyka, na przykład Sienkiewicz czy Dąbrowska. Przywiozłam mały zestaw. Wieczorem siądziemy i omówimy, co twój syn zna, Pawełku.
Tak, pani Mario. Bo tylko ten piłka i piłka, nie daj Boże, żeby był nieoczytany! Paweł porozumiewawczo mrugnął do syna i podał mu torbę z butami sportowymi.
On wiedział, że pani Maria zawsze woziła te swoje klasyki, układała je na stoliku w kawiarni, trzymała w teatrze, spała z Sienkiewiczem obok łóżka. Choć z żadnej chyba nie przeczytała ani strony; ale z książką wyglądała poważniej. Do szpitala też ją zabierze, by personel wiedział, że mają do czynienia z wykształconą kobietą.
Odprawili Romka, wyszedł także Paweł.
A pani kiedy wychodzi? zapytała Lubka panią Marię.
Ja? Ach, tak, na trzynastą zaproszenie. Muszę się już szykować. Lubko, a czy Romek ma już dziewczynę? Paweł od szóstej klasy miał wianuszek koleżanek. Była jedna, Rysia. Taka uległa, wszystko robiła co się powiedziało. Dobre, prawda? A może psa lepiej zamknąć? spojrzała do pokoju Lubki. Galanterię przenieście, bo się potykam. O widzisz! Maria potknęła się o półkę na buty, buty i pantofle Lubki rozleciały się po podłodze. A takie pantofle szkodzą stopom… No nic, idę już. Lubko, dziękuję, że mnie przygarnęliście!
Maria pogłaskała Lubkę po ramieniu i zniknęła w windzie.
Lubka chwilę postała, zamknęła drzwi…
Mamo, czemu ona tak rozkazuje? Gucia postraszyła, że nie może leżeć na kanapie, a on zawsze może! narzekał Romek, wracając po treningu i głaszcząc psa po łbie. Gucio wzdychał boleśnie.
No bo ona taka jest, lubi rządzić. Ale to niedługo, wytrzymaj, Romku…
Lubce było wstyd przed synem i Guciem, że nagle przestała być gospodynią we własnym domu. Ale nie umiała się postawić. No jak nie poświęcić się i nie pomóc kobiecie, która przewijała twojego własnego męża, zanim podrósł?!
Wieczorem Maria zorganizowała wspólne lepienie gołąbków, dla każdego znalazło się zajęcie, a Paweł aż się rozpływał w uprzejmości, tylko pod ręce jej nie nosił.
Potem jeszcze gorzej. W poniedziałek pani Maria nastawiła budzik, wszystkich postawiła na równe nogi, kazała ćwiczyć.
A kiedy was operują? spytała Lubka, zdyszana po marszu w miejscu. Maria włączyła zegarek, ćwiczyli czterdzieścidziesięć. Czterdzieści sekund wysiłku, dziesięć odpoczynku.
Romek od razu dał sobie spokój ze zdrowym trybem życia i poszedł do szkoły. Paweł ćwiczył sumiennie.
Dawaj, Lubko! Jeszcze trochę! dopingował żonę.
To kiedy w końcu? dopytywała Lubka.
Jutro. Jutro mnie przyjmują. A potem Pawle, będziesz mnie odwiedzać? zapytała Maria smutno.
To cię przecież tylko dwa dni nie będzie! Operacja drobna! zdziwił się Paweł, ale kiwnął…
Poniedziałek był nerwowy. Lubce wypadały lekcje jedna po drugiej: ktoś chory, ktoś na działkę, ktoś nie chciał przychodzić.
Telefon dzwonił, za oknem krakały wrony, a pani Maria słuchała w swoim pokoju Mieczysława Fogga. Ten śpiewał Ta ostatnia niedziela, potem Jesienne róże i przeciągle Ach, jak przyjemnie, kołysać się wśród fal…. Maria podśpiewywała, tupiąc nogą. Przez matowe szkło było widać, jak tańczy.
Lubka zatrzymała się w korytarzu, westchnęła…
Ona się po prostu denerwuje tłumaczył Paweł. A jak się boi, zawsze słucha Fogga, to ją uspokaja.
Wieczorem, zmęczona, Maria zawołała Romka, chciała z nim czytać Nad Niemnem, ale chłopak odmówił. Pani Maria spojrzała na niego ze zdziwieniem, wysłuchała jego zdania o książce, którą przeczytał już rok temu, i o samym goszczeniu Marii w domu, podskoczyła, gdy trzepnął drzwiami i poszedł, po czym zawołała Lubkę. Ta, z telefonem przy uchu, mruczała, że zaraz przyjedzie sama. Mówiła, że teraz jedzie do Ursusa, bo Andrzejek ledwie się doczołgał na lekcję.
Nie! Maria wyrwała jej telefon, wrzasnęła do słuchawki: Nie i basta! Jeśli chce pani, żeby dziecko korzystało z rad logopedy z dobrym doświadczeniem, to przywiezie go pani natychmiast! Jak nie, to żałować będziecie. W starości syn też nie przyjdzie, bo zmęczony. Macie pół godziny! Kto ja? Sekretarka Lubki. Do widzenia.
Oddała telefon Lubce, spojrzała przez okno. Lubka denerwowała się, tupała nogą, oddychała szybko, aż w końcu wybuchła. Przyszedł posłuchać nawet Romek.
Wie pani co, pani Mario? Nie wtrącaj się w nasze życie! I w moją pracę też nie! Gołąbki sobie rób w swojej kuchni. I nie obchodzi mnie, ile pieluch zmieniłaś mojemu mężowi! Dość! Nie będziesz nam rozkazywać. Czytaj sobie Dąbrowską, ćwicz sport jak chcesz, ale to mój dom! I Gucio leży tam, gdzie mu pozwolę. I kupuję konserwy, nawet jeśli twierdzisz, że niezdrowe. To jest moje życie, mój dom, moi uczniowie i ja decyduję. Mam nadzieję, że operacja pójdzie dobrze i szybko wrócisz do siebie. Bardzo na to liczę!
Romek bił brawo, Gucio szczekał u nóg Lubki, a Maria odwróciła się i uśmiechnęła.
Lubka aż zgłupiała. Myślała, że ją zaraz zbeszta. Ale…
I bardzo dobrze, Lubko. Nigdy się nie poddawaj, bądź stanowcza, mów nie jeśli to nie kwestia życia lub śmierci. Podobasz mi się, tylko myślałam, że jesteś miękka, uległa, że zrobisz wszystko, by cię polubili… A tak nie wolno. Niech myślą co chcą, a ty sobie swoje. Nie chcesz, żebym była, powiedz uczciwie. To proste i spokojniej żyć. Odwagi, Lubko, żyj po swojemu. Przepraszam, przegięłam. Zawsze byłam prowokatorką. Paweł wie… No, nie patrzcie tak! Strasznie się boję operacji! To dlatego taka bywam. Gucio, fajny z ciebie pies, dobrze wychowany! pogłaskała zwierzaka. A ktoś chce marmoladki? Przywiozłam z Jabłonnej najlepszą jabłkową marmoladę. Romek, skosztujesz?
Chłopak przewrócił oczami. Wiedział, że kobiety to zagadkowe stworzenia, ale aż tak…
Zadzwonił dzwonek. Przywieziono na lekcję pulchnego Andrzejka. Po lekcji dostał kawałek marmoladki. Mama chłopca, zawiedziona, na osobności przeprosiła Lubkę i poprosiła, by nie wykreślała ich z listy.
Albo mam dzwonić do sekretarki? spytała.
Nie. Nie ma potrzeby. Chłopak jest fantastyczny.
Lubka porozumiała się wzrokiem z sekretarką.
Wieczorem, gdy Paweł i Romek grali na konsoli, Maria usadowiła się wygodnie w fotelu i opowiadała, jaki był Pawełek, jak przyłapała go na drapaniu tapet, jak się obrażał, jak prawie utonął na stawie, a ona na brzuchu czołgała się po kruchym lodzie, wyciągnęła go, poiła herbatą z miodem…
Ta Rysia, ta jego pierwsza dziewczyna, nie podobała mi się. Bez charakteru… Nie żałuję tego serwisu z makami. Na szczęście się rozbił, to się dobrze wam żyje. Pawełek bardzo mnie kocha, wszystko mi wybaczy… I ty mi wybacz, Lubeczko. Dzięki, że mnie przyjęliście, jesteś bardzo dobrą osobą…
Marmolada znikała z talerzyka, zmierzch szarzał za oknem, na wschodzie powoli rozszerzał się pomarańczowy pas.
Pora… wyszeptała Maria. Na ósmą mam być już w szpitalu…
Paweł zapakował ją do auta, jechał pustymi ulicami. Lubka jechała z nimi, siedziała obok, czując jak Maria drży.
Zadzwonię wieczorem powiedziała Lubka, poprawiając pani Marii płaszcz. I nie dyskutuj! Potem wracaj do nas.
Maria kiwnęła głową. Dobrze jest pobyć z młodymi, zresztą Romek taki ciekawy, niepodobny do ojca, bardzo zadziorny. Ale jak sam mówi taka już jego natura, zmienić się nie da, ale badać swoją wewnętrzną środowisko gotów do końca świata…




