Nieurodziwa Halina

Brzydka Halinka

Matko Boska, czy to w ogóle facet?! Coś nieporozumiałego! Naprawdę Halina sama nie widzi, za kogo chce wyjść za mąż?! Niski, cherlawy, brzydki jak noc!

No już, nie przesadzaj! Niski zgoda. Ale nie od dziś wiadomo, że z twarzy się nie je! Halinka też nie jest pięknością.

Ano fakt. Ale wyobraź sobie, jakie będą mieli dzieci?! Strach!

Młode mamy, które z nudów obgadywały ludzi na ławce pod blokiem, jednocześnie poprawiły kołderki w wózkach i z dumą spojrzały na swoje śpiące pociechy. Co tam jakieś wymyślone dzieci Halinki przy ich skarbach!

Halina tymczasem, wyjmując z samochodu narzeczonego torby z zakupami dla mamy, uśmiechnęła się do sąsiadek i zaczęła pomagać.

Dymitrze, kochany, nie za ciężko ci? Daj, może coś poniosę! próbowała odebrać choć jedną torbę, ale się nie dało.

Halinko, lepiej przytrzymaj drzwi do klatki! Ciężary to nie damska sprawa! Ty nie możesz!

Sąsiadki wymieniły porozumiewawcze spojrzenia.

Patrzcie go! Nie damska sprawa, widzisz! Nic tylko do ślubu tacy troskliwi! Po ślubie pogadamy, zobaczymy, kto miał rację!

Halina z Dymkiem dawno już zniknęli w klatce schodowej, a sąsiadki jeszcze długo dyskutowały o ich wzroście, wadze, urodzie, cenie samochodu narzeczonego i kroku przyszłej pani młodej. Cóż poradzić obgadywanie to łatwa sprawa.

Halina nie miała głowy do plotek. Spieszyła się do mamy, której nie widziała od dwóch tygodni. Najpierw delegacja, zaraz potem remont nowego mieszkania, który razem z Dymkiem chcieli skończyć przed ślubem. Mama kazała jej dbać o siebie, nie denerwować się i nie przyjeżdżać bez potrzeby. Lodówka pełna, telefon działa, do ślubu już niedaleko jak tu wszystko ogarnąć?

Ale Halina i tak nie wytrzymała. Nigdy nie była tak długo i tak daleko od mamy. Nie nauczyła się jeszcze radzić sobie z tęsknotą.

Halinkę matka urodziła mając trzydzieści pięć lat. Na nosawej, niezdarnej i mało urodziwej Mariolce, pracującej jako ekspedientka w osiedlowym spożywczaku, dawno już postawiono krzyżyk. Klasyczna stara panna mówiło się. Jakie tu dzieci?

A Mariolka wszystkich zaskoczyła! Pojechała na urlop nad Bałtyk, a przywiozła stamtąd narzeczonego. I to nie byle jakiego, tylko przystojniaka jak z reklamy. Wysoki, barczysty, z oczami jak niebo. Mariolka wyglądała przy nim jak mała myszka przy dużym kocie w drogiej sierści. Słowem nie para.

Ale po pojawieniu się w życiu Mariolki Aleksandra to ona nosiła teraz futra.

Mąż Mariolki był człowiekiem mądrym i pracowitym. Potrafił nie tylko zarobić, ale i pomnożyć pieniądze. A na żonę, którą kochał do szaleństwa, nie żałował grosza. Mariolka rozkwitła, zaczęła się stroić, zrobiła sobie modną fryzurę, przegoniła wszystkie koleżanki od domu.

Bliskich przyjaciółek nie miała. Nie wyszło jakoś. Chciała kontaktu, ale omijano ją szerokim łukiem. Za brzydka. Ani do towarzystwa, ani na tańce by sobie humor psuć, patrząc na nią?

Dlatego te kilka znajomych, które wpadały czasem na herbatę tylko po to, by coś załatwić lub liczyć na obiecaną dostawę deficytowego towaru, żegnała bez żalu.

Bała się plotek. Bo plotka gorsza od pistoletu nigdy nie wiadomo, skąd strzeli i jak zaboli. Mariolka doskonale zdawała sobie sprawę, że jej Aleks, według wielu, nie jest dla niej, a więc znajdą się tacy, co będą mu radzić rzucić żonę, a może i obsmarować, żeby wyolbrzymić swoje racje. Dlatego uczyniła z domu twierdzę zamkniętą dla wszystkich oprócz najbliższych. Nie chciała tracić swojego szczęścia.

Niepotrzebnie się bała. Aleks nikogo prócz Mariolki nie chciał znać. Szybko zrozumiał, że powiedzenie „nie szata zdobi człowieka” nie jest puste. Ludowa mądrość nie z przypadku przetrwała wieki i była przekazywana z pokolenia na pokolenie. Aleks, wychowany przez pijącą babcię, po śmierci rodziców, najlepiej to wiedział.

Stracił rodziców wcześnie. Nawet nie miał trzech lat, kiedy ich zabrakło. Ojciec, trochę pod wpływem, wracając z wesela najlepszego przyjaciela, nie opanował samochodu na mokrej szosie.

Aleks został z babcią, która, po utracie jedynego syna, już nie była w stanie poradzić sobie z bólem. Najpierw popijała czasem, potem coraz więcej, aż Aleks już w wieku ośmiu lat sam umiał sobie ugotować, wyprasować koszule, żeby w szkole nie zadawali pytań. Starał się dobrze uczyć. Uroda była jego problemem, a nie atutem od razu rzucał się w oczy, a od natrętnych dorosłych trudno było się opędzić.

Wyrósł uparty i zamknięty w sobie. Bo jak tu być innym, gdy nikt nie dał mu czułości? Babci butelka była bliższa sercu niż wnuk, a ludzie ograniczali się do zachwytów nad urodą, nie pytając, jak mu się żyje na tym świecie.

Nikt, oprócz piekarki, u której codziennie kupował chleb. Ta kobieta, samotnie wychowująca dwóch synów, wiedziała, co znaczy brak matki. Sama wychowana w domu dziecka, dała chłopakom dom, pieczywo, ziemniaki z patelni i herbatę z miodem, który przynosił sąsiad pszczelarz.

Oj, kochana, ile płacę?!

To od serca! Sama ludzi obsługujesz, a innym nie dasz? Nie obrażaj mnie!

Chłopcu dorzucała codziennie do chleba bułkę.

Zjesz w szkole! mówiła stanowczo i głaskała po włosach.

Ta czułość bezinteresowna, tak po prostu ogrzewała serce i pomagała wytrzymać do końca dnia. Na początku Aleks odmawiał bułki, ale potem pojął, że robi jej przykrość. Zaczął więc dziękować za serdeczność. Po szkole wpadał pomagać w piekarni, i z czasem zaczął traktować panią Walentynę jak matkę.

Potem los postawił wszystko na miejsce. Gdy miał piętnaście lat i umarła babcia, Walentyna przygarnęła go jak własnego syna.

Jesteś mój syn, tylko teraz załatwimy formalności.

Tak Aleks zyskał rodzinę matkę i braci. A frustracja odeszła. Bo teraz miał kto ją przegonić, gdyby znów chciała wrócić.

Po technikum znalazł pracę, zrobił remont w babcinym mieszkaniu, ale w życiu osobistym nie szło. Dziewczyny chętnie go poznawały, lecz później nie angażowały się. Ta, która mu się spodobała, nie siliła się nawet na wymówki:

Nie chcę poważnych relacji. Za ładny jesteś. I tak odejdziesz, zostawisz mnie dobrze, jak samą, a jeśli z dzieckiem? Taki ładniutki jak ty, nie dla rodziny. Dziewczyny lecą na ciebie tylko wybieraj!

Złość znów zapukała sercu, ale Aleks wiedział, gdzie iść po radę.

Synku, znaczy, nie twoja. Twoja gdzieś chodzi, czeka. Nie trać wiary! Bez niej nic na świecie się nie dzieje! Poczekaj tylko! Wszystko będzie!

Walentyna zawsze potrafiła powiedzieć to, co potrzeba, by zrobiło się lżej. Aleks odzyskał spokój, postanowił czekać.

Lata mijały i wymarzonej nie było. Znów ogarnęło go przygnębienie. Walentyna znów postanowiła działać. Z jej inicjatywy Aleks pierwszy raz pojechał nad morze.

Ach, Alek! Musisz je zobaczyć! Jest takie…

Jakie, mamo?

Ogromne! Czułe! Groźne! Zawsze inne! Sam zobaczysz, co ja ci będę opowiadać? Jedź! To szczęście!

To wtedy Aleks poznał Mariolkę. Dziewczyna patrzyła z promenady na wzburzone morze po burzy nikt jej nie zauważał. A Aleks zaniemówił była podobna do Walentyny! Poznawszy bliżej, zrozumiał, że los dał mu największy dar od czasu, gdy pojawiła się Walentyna. Mariolka była równie ciepła i dobra, jak przybrana mama. Pełna czułości i pragnienia dawać miłość Aleks wiedział, że to właśnie ta! Na którą prosił niebo tyle lat!

Nie zamierzał wypuszczać szczęścia z rąk.

Córkę Aleks i Mariolka kochali tak bardzo, że sami się czasem bali tej miłości.

Tylko jej nie zepsujmy, Aleksie! martwiła się Mariolka. Nie przeleciemy jej?

Nie przelecimy! całował córkę w czubek głowy Aleks. Nasza to mądra dziewczyna!

Tak mocno w to wierzył, że Halinka nie miała wyjścia, jak cieszyć rodziców swoim dobrym sercem i spokojem.

Po mamie! głaskała wnuczkę Walentyna. Taka dobra jak Mariolka! Synku, dbaj o swoje dziewczyny! Szczęście to dom pełen miłości!

Aleks z rodziną utrzymywał bliskie relacje. Gdy poczuł się gorzej, powiedział najpierw braciom, bojąc się martwić żonę i matkę.

Dobrze zrobiłeś, Aleks! Damy radę! bracia byli konkretni.

W kilka dni zorganizowali mu lekarza. Diagnoza była okrutna, ale nie pozwolili mu się załamać.

Nawet nie myśl! Masz córkę, jesteśmy z tobą. Pomożemy! Medycyna idzie do przodu!

Walka trwała dziesięć lat. Aleks zadziwiał lekarzy uporem i wolą życia.

Pan naprawdę silny! mówili.

A Aleks myślał, że cała jego siła jest w Mariolce i Halince, która po szkole leciała do szpitala z jedzeniem dla taty.

Nie chcę, córuś odmawiał Aleks.

Jedz, tata! Zupa przesolona, bo mama płakała, jak ją gotowała, ale ja powiedziałam, że już nie ma płakać, bo szybko wyzdrowiejesz! Zrobiłam dobrze?

Dobrze, Halinko… Tak będzie.

I Aleks za każdym razem wracał do domu, choć prognozy były coraz gorsze. Ale w domu czekali! Jak miał nie wrócić?!

Odszedł cicho. W domu, na ramieniu Mariolki. Zasnął i się nie obudził. A ona do rana tuliła go, wspominając całe swoje życie.

Alek… Nie mam na co narzekać… Byłam taka szczęśliwa! Dziękuję ci, kochany…

Halinka rano weszła do rodziców przed śniadaniem i zapiszczała cienko, jak ptaszek schwytany w dłoń.

Cicho, kochanie! Tacie już nie boli… Jest mu dobrze… Słyszysz? Nie płacz… Mariolka nie próbowała nawet powstrzymać łez. Jestem z tobą…

Mariolka z Halinką nie zostały same. Bracia Aleksa pomagali, Walentyna wpadła w odwiedziny. Rodzina się zjednoczyła, żeby nieść siebie przez żałobę nikt nie poradzi sobie sam.

Czas płynął. Halina rosła. Coraz mniej lubiła spoglądać w lustro. Wiedziała, że jest nieładna. Nie mogła nic zrobić.

Czy mogła zrobić nos krótszy albo oczy większe? Nawet marchewka, którą jadła z nadzieją, że podrośnie, nie pomagała.

W szkole się z niej śmiali, a Mariolka tuliła ją i szeptała:

Zobaczymy jeszcze, kochanie, kto będzie szczęśliwszy! Poczekaj tylko!

Halina skończyła liceum, dostała się na uczelnię, ale i tam nikt jej nie docenił. Patrzono na urodziwe i energiczne, a od Halinki brano konspekty na sesję miała najlepsze, bo na wykładach nie rozpraszała się po kątach wiedząc, że w grupie, gdzie dziewczyn więcej niż chłopaków, nic nie zdziała.

Co my zrobimy, mamo? martwiła się Mariolka, widząc, że córka jest świetnym fachowcem, zrobiła karierę, ale nie wie, jak ułożyć sobie życie.

Co? Nad morze ją wyślemy! śmiała się Walentyna. Raz się udało, może znów się powiedzie! Co powiecie?

Dobre! Ale sama nie pojedzie. Będzie się upierać!

Pojedziemy wszyscy! Braci z rodzinami weźmiemy. Całą ekipą! A tam Halina i tak od nas ucieknie, jak ostatnio z działki do miasta! Walentyna śmiała się, wspominając wnuki. Naszych urwisów nikt nie przebije! Ich dużo, ona jedna! Będzie musiała sobie radzić!

No to zbierać się! zdecydowała Mariolka.

Ale los wymyślił inaczej.

Halina pojechała nad morze, ale uparcie nie chciała wychodzić gdziekolwiek bez rodziny.

Nie chcę nigdzie sama, po co mnie ciągniecie?! i koniec.

Rodzina musiała się pogodzić.

A los już szykował niespodziankę. Halina wróciła do miasta i tuż pod blokiem spotkała przeznaczenie. Wracając z pracy, zaparkowała auto, a wtedy lunął deszcz. Zrezygnowana z nowych lakierków, zdjęła buty i boso chlupotała przez kałuże, spiesząc się do domu, gdzie już martwiła się mama. Już niemal w wejściu, kałuża rozbryzgiwana przez auto oblała ją od stóp do głów.

No super! wymsknęło się Halinie i… zaczęła się śmiać. Tak szczerze, że kierowca, zatrzymawszy się, by przeprosić, po prostu nie mógł oderwać od niej wzroku.

Los się uśmiechnął, postawił kolejną fajkę na liście spraw i popędził dalej, wiedząc, że Halinie i Dymkowi ułoży się świetnie.

I tak było.

Po latach te same sąsiadki, doglądając podrośniętych dzieci, zaczęły szeptać, gdy pod dom zajechał samochód Dymitra:

Patrz, co za futro na tej Halinie! Mojemu nie mogę wyprosić, a u niej proszę bardzo!

I znowu zaczynasz!

A to się jej nie należy! Nie pasuje jej!

Ty złośliwa jesteś! Tobie Halinki szczęście przeszkadza?! Może mąż nie jest piękny, za to czuły, dzieci kocha i ją rozpieszcza! A ciebie zazdrość zżera!

No jasne! Dlaczego tak jest, że jednym wszystko, innym nic?! Patrz, ani wyglądu, ani sylwetki, a dzieci śliczne! Skąd te ładne dzieci z takich rodziców?!

Geny! Mój tata mówił, że ojciec Haliny był przystojniakiem! To genetyka, kochana.

Tak? To czemu Halina taka łagodna? Co jej się nie powie wszystko z uśmiechem i podziękowaniem, nigdy nie odeśle nikogo precz! Co to za człowiek?! Przecież powinna świat nienawidzić za brak urody!

Powinna, ale nie musi! Może mniej zazdrości, to i tobie humor się poprawi!

Ech, już przestań! Ja o Janku, a ty swoje! Jak to zrobić, żeby mąż cię tak kochał?! Noszony na rękach i zachwycony?! Może zna jakiś sekret?!

To zapytaj! Może się podzieli?

Cooo?! Ja od takiej uczyć się życia? Daj spokój!

No to skacz dalej z zazdrości!

A Halina się nie przejmowała plotkami. Miała do dopilnowania swoje sprawy! Kiedy o innych myśleć? Mama coraz starsza, Walentyna zaraz się przeprowadzi, by być bliżej i pomóc przy prawnukach. Wujkowie zapraszają na święta. Dymek obiecał pomóc przy remoncie. Dzieci wymagają uwagi.

Szymonku, Marysia, do domu! Babcia już ciasto wyjęła z pieca! Nieładnie kazać jej czekać!

Będzie jeszcze wiele takich wieczorów na szczere rozmowy, gitarę i bajki Mariolki dla wnuków.

Trwa życie…©A potem, gdy czasem siadała sama przy kuchennym stole, gdzie wciąż stał zaparzony czajnik i odłożona na talerzyku kromka chleba, Halina patrzyła przez okno na równomiernie rozlane światło ulicznych latarni i słuchała śmiechu dzieci dobiegającego z pokoju obok. Wtedy czuła, że wszystko, co usłyszała o sobie od ludzi złośliwe szepty, półuśmieszki, osądy rozpuszcza się gdzieś w cieple codzienności. Miała w sobie spokój, na który tak długo czekała. Wiedziała już, że szczęście nie przychodzi w lśniących opakowaniach, lecz w drobiazgach w ręce męża, która znów odgarnia włosy za ucho, w śladzie dziecięcych stóp na świeżo umytej podłodze, w zapachu pieczonego ciasta, który wracał jak dom, jak obietnica, że miłość nigdy nie pyta, czy zasłużyłeś.

Tylko tyle i aż tyle a dla Haliny to było wszystko. Cicho powtarzała w myślach: Widzisz, mamo, miałaś rację. Jestem szczęśliwa. Właśnie tak.

Za oknem powoli cichła ulica. Gdzieś daleko rozbrzmiewał śmiech, ktoś wracał do domu, ktoś ścigał się z czasem, żeby zdążyć na wieczorne przytulenie. Halina zgasiła światło i jeszcze raz zerknęła na śpiące dzieci, na Dymka oddychającego równo w półmroku, na zdjęcia rodziców i babci Walentyny stojące na kredensie. I poczuła mocniej niż kiedykolwiek, że to, jak widzą cię inni, to tylko cień wobec tego, jak kochasz i jesteś kochana.

A wtedy, w jej cichym domu, znowu rozbrzmiała najprawdziwsza bajka ta o zwykłym, niepozornym szczęściu, które nie potrzebuje nawet pięknego imienia, by trwać.

Oceń artykuł
TwojaCena
Nieurodziwa Halina